Kraków wyborczych obietnic. Kto da więcej? (Nie) Polityczny Kraków

1 godzina temu

Kampania wyborcza w Krakowie wchodzi w decydującą fazę. Krakowskie wybory pokazują, iż można już obiecać w zasadzie wszystko. Tylko czy to dobrze?

Miło słucha się różnych obietnic, bo one uruchamiają marzenia i, a nuż widelec, ktoś weźmie i poprze śmiałe wizje. Chyba taki mechanizm przyjęli za pewnik nasi kandydaci na prezydenta miasta i tak ruszył istny festiwal obietnic wyborczych. Tak, kampania wyborcza ma to do siebie, iż się obiecuje. Znamy też podejście współczesnych polityków do wyborczych obietnic. Zawiera się ono w zeszłorocznej publicznej wypowiedzi jednego z polityków koalicji rządzącej, brzmiącej: „co szkodzi obiecać”. No, szkodzi, bo warto, żeby obietnice chociaż ocierały się o rzeczywistość, a w obecnej kampanii pod Wawelem często zdarzało się, iż odlatywały gdzieś w siną dal. Poniżej wybór kilku najciekawszych.

Gdy Łukasz Gibała obiecuje poprawę transportu do najgorzej skomunikowanych dzielnic Krakowa, to są przesłanki, by wierzyć w powodzenie takiego projektu. Po pierwsze, Kraków jeszcze umie budować (choć nie wiadomo, czy umie wybudować) linię tramwajową, co pokazuje przypadek linii do Mistrzejowic. To jest w sferze zadań i możliwości miasta. Po drugie, Gibała jest liderem przedwyborczych sondaży, więc może choćby dane mu będzie tę obietnicę spełnić. Ale kiedy kandydat mówi, iż skróci kolejki do lekarzy, bo zwiększy sieć przychodni POZ w Krakowie, to przesłanek, by w to wierzyć, nie ma za dużo. Chcemy czy nie, polski system ochrony zdrowia jest zarządzany centralnie. Możemy postawić sobie i 50 przychodni – jeżeli nas oczywiście stać – ale krakowski samorząd w zasadzie nie ma instrumentów, by skłonić lekarzy do tego, by te przychodnie „zasiedlili”. W najlepszym wypadku będziemy więc mieć budynki na przychodnie, ale ich uruchomienie jest wątpliwe i w zasadzie od miasta niezależne.

Pozostając w sferze ochrony zdrowia, Jan Hoffman obiecuje seniorom swoiste 500+, ale na leki. Szlachetne, tylko skąd wziąć na to pieniądze? W Krakowie jest ok. 200 tysięcy seniorów, czyli tyle, ile wszystkich mieszkańców Rzeszowa. Mamy więc nowy wydatek rzędu 100 mln zł rocznie. Kto bogatemu zabroni? Tylko czy Kraków wciąż jest bogaty?

Zdaniem niektórych kandydatów jest. I mają na to swoje wyliczenia. Jedną z najhojniejszych obietnic tej kampanii jest bezpłatna komunikacja miejska dla mieszkańców. Proponuje ją Sławomir Pietrzyk, który liczy tak: trzeba wprowadzić opłatę turystyczną 2 euro za dobę, co przy średnim trzydniowym pobycie i 18 milionach turystów da 600 milionów, a to ma wystarczyć na darmową komunikację i jeszcze zostanie resztówka, za którą Kraków zrobi się na bóstwo. Cała bieda polega na tym, iż w polskim prawie instytucja opłaty turystycznej niestety nie istnieje, na czym nasz kraj bardzo traci. W tej chwili realizowane są prace nad zmianami legislacyjnymi, które umożliwiają samorządom wprowadzenie takiego instrumentu. Po pierwsze jednak, on wciąż nie istnieje, a podpis Karola Nawrockiego pod tego typu ustawą, w sytuacji, gdy Nawrocki reklamował się wyborcom jako ten, który nie podniesie podatków i opłat, wydaje się wątpliwy. Po drugie, choćby jeżeli opłatę uda się wprowadzić, to projekt ustawy ustala jej maksymalną wysokość na 5 zł, a więc mniej więcej połowę tego, co proponuje Pietrzyk. Mamy więc ok. 300 mln zł. Tymczasem Kraków wydaje na komunikację miejską ok. miliarda złotych rocznie. Wpływy z biletów nie pokrywają choćby połowy tej kwoty. Można więc śmiało rzec, iż krakowskie MPK stoi nad przepaścią, a po realizacji pomysłu Sławomira Pietrzyka wykona śmiały krok naprzód.

Odważne kroki nad przepaścią proponują też kandydatki lewicy: Daria Gosek-Popiołek i Aleksandra Owca. Kandydatki chcą, by miasto prowadziło zaawansowane programy komunalnego budownictwa mieszkaniowego. Godne to i sprawiedliwe, wciąż pozostaje jednak pytanie: za co? Czy też za wirtualne daniny publiczne, jak ta na bezpłatną komunikację?

Kandydaci dzielą na rozmaite szlachetne działania wirtualne pieniądze, naprzeciw których stoi zupełnie niewirtualny, sięgający prawie miliarda złotych dług, który dziwnym trafem nie jest głównym bohaterem krakowskiej kampanii. Dług jest brzydki, kłopotliwy i wiadomo, iż łatwiej się z nim walczy, tnąc wydatki, a nie je mnożąc. Na bohatera kampanii nadaje się więc słabo. Skoro tak, to kandydaci kreślą wizje osobliwych z punktu widzenia prawa, ekonomii i rozsądku projektów, a wszystko po to, by uruchomić nasze marzenia, a przy okazji zrealizować własne – o miejscu w gabinecie przy placu Wszystkich Świętych 3/4. Niech więc się dzieje, w końcu nie od dziś wiadomo, iż marzenia są najtańszą formą relaksu. Za tydzień przy urnach zdecydujemy, kto sprzedaje je najlepiej.

Jakub Olech, politolog, wykładowca akademicki, krakowianin z importu, obserwator (bliższy) i uczestnik (dalszy) życia miasta i regionu.

Idź do oryginalnego materiału