Kpina, która zabolała. Czarzasty jednym zdaniem rozbroił Nawrockiego

6 godzin temu
Zdjęcie: Czarzasty


Od kiedy Włodzimierz Czarzasty objął urząd marszałka Sejmu, obiecywał dwa słowa: „spokój” i „dystans”. Obietnica — bądźmy szczerzy — brzmiała jak zapowiedź nudnej kadencji. Tymczasem minęło zaledwie kilka tygodni, a Czarzasty udowodnił, iż spokój bywa znacznie bardziej dotkliwy niż agresja, a dystans potrafi kąsać ostrzej niż najbardziej emocjonalny komentarz.

Widać to wyraźnie w jego odpowiedzi na apel Pałacu Prezydenckiego o „rzetelną, merytoryczną debatę” nad projektami ustaw kierowanymi z Belwederu. W piątek Kancelaria Prezydenta RP stwierdziła, iż ustawy „idą wolno przez Sejm” i zasugerowała istnienie czegoś na kształt „sejmowej zamrażarki”. I wtedy na konferencji prasowej we Wrocławiu Czarzasty zrobił coś, czego w polskiej polityce brakuje: nie podniósł głosu, nie atakował, nie insynuował. Zamiast tego zagrał subtelną ironią, która zabolała bardziej niż najcięższa krytyka.

„Jak przejmowałem urząd, to słyszałem, iż nie ma żadnej zamrażarki w Sejmie, a ja nie podjąłem jeszcze żadnej decyzji” — powiedział z rozbrajającą szczerością. Nie przesadził, nie nagiął faktów: jedynie wskazał absurd, w jakim prezydent próbuje umieścić parlament. Ironia była prosta: jak można krytykować pracę Sejmu za spowalnianie ustaw, skoro marszałek dopiero zaczął urzędowanie?

Jednak prawdziwa pointa padła chwilę później — i stała się już klasycznym przykładem politycznego „uderzenia w bawełnie”.

„Może niech pan, panie prezydencie, konsultuje własne projekty z Sejmem już na wczesnym etapie prac. Takie działanie usprawniłoby proces legislacyjny” — zasugerował Czarzasty.

To już nie była kpina. To była profesjonalna reprymenda, ubrana w formułę „rady”, ale de facto odsłaniająca realny problem prezydentury Karola Nawrockiego: skłonność do traktowania Sejmu nie jak równorzędnej władzy, ale jak sekretariatu mającego przyklepać gotowe już projekty.

Właśnie dlatego Czarzasty mógł sobie pozwolić na kolejny, jeszcze mocniejszy komentarz — przez cały czas w tonie chłodnej uprzejmości. „Jeżeli pan uznał, iż powołanie następnego Parku Narodowego może poczekać 20 lat, o ile pan uznał, iż powołanie młodych osób na stopień oficerski (…) może być odłożone na czas nieokreślony, to ja do pana apelu odniosę się wtedy, kiedy przyjdzie adekwatny czas”.

To było już coś więcej niż kpina. To była precyzyjna diagnoza. Nawrocki chętnie apeluje o sprawne procedowanie ustaw, jednak sam blokuje najważniejsze nominacje, decyzje i działania państwowe. Przez miesiące pokazuje, iż potrafi zatrzymać cały proces, jeżeli tylko politycznie mu to odpowiada. Czarzasty jedynie odwrócił ten obraz i lustro okazało się wyjątkowo ostre.

A potem marszałek dołożył element, który powinien budzić niepokój w Belwederze:

„Będę przyglądał się dwóm licznikom: temu, który pokaże ustawy zawetowane przez pana prezydenta, i temu, który będzie pokazywał ustawy podpisane”.

To nie jest zapowiedź konfliktu. To zapowiedź rozliczalności. Jasny sygnał: każdy gest prezydenta zostanie odnotowany, a opinia publiczna będzie mogła obserwować, czy Nawrocki jest partnerem legislacyjnym, czy hamulcowym.

W czasie gdy prezydent apeluje o „rzetelną debatę”, a jednocześnie grozi wetem budżetowym, powstrzymuje nominacje i podważa decyzje rządu, odpowiedź Czarzastego — spokojna, ironiczna, celna — okazała się jedną z nielicznych prób przywrócenia proporcji między władzami. Lewicowy polityk nie użył wielkich słów, nie wzywał do protestów, nie żądał zmiany kursu. Po prostu przypomniał, iż prezydent nie może domagać się przywilejów, których sam sobie odmawia.

Czarzasty zareagował więc nie agresją, ale polityczną elegancją. I dlatego jego słowa tak mocno wybrzmiały: bo w odróżnieniu od prezydenckich apeli, w jego słowach obecna była logika. Nawrocki powinien to usłyszeć — zanim licznik zawetowanych ustaw faktycznie zacznie bić.

Idź do oryginalnego materiału