Wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz uznał, iż najlepszym sposobem na uporządkowanie skomplikowanej rzeczywistości jest wpisanie jej do Konstytucji. Najlepiej na stałe, najlepiej tak, by już nikt nie musiał zadawać pytań. Jego propozycja, by zagwarantować w ustawie zasadniczej członkostwo Polski w Unii Europejskiej, przedstawiana jest jako akt odpowiedzialności, troski o bezpieczeństwo i sprytnego zabezpieczenia się przed „nieodpowiedzialnymi” decyzjami w przyszłości. W rzeczywistości to deklaracja wyzbycia się niepodległości oraz próba oddania Polski za garść paciorków.
Kosiniak-Kamysz chce wpisania członkostwa w Eurokołchozie do Konstytucji. Brzmi to zaskakująco znajomo. Polska już raz przerabiała pomysł, by bieżące sojusze wynosić do rangi nienaruszalnych zasad ustrojowych. W 1976 roku, w czasach Gierka, do konstytucji PRL chciano wpisać „nierozerwalny sojusz” ze Związkiem Sowieckim. Wtedy również chodziło o bezpieczeństwo, stabilność i zabezpieczenie państwa przed jakimiś bliżej nieokreślonymi „odchyleniami”. Różniły się dekoracje, zmienił się język, zmieniły się garnitury, ale sam mechanizm mentalności niewolniczej pozostał zdumiewająco odporny na upływ czasu.
Zwolennicy obecnej propozycji przekonują, iż to tylko techniczny bezpiecznik, rodzaj politycznej polisy ubezpieczeniowej. Problem polega na tym, iż konstytucja z definicji nie jest instrukcją obsługi bieżącej sytuacji geopolitycznej, ale dokumentem, który powinien wytrzymywać próbę dekad. Tymczasem organizacje międzynarodowe mają tendencję do zmieniania się, reformowania, a czasem po prostu przekształcania w coś zupełnie innego. Wpisanie konkretnego układu politycznego do konstytucji przypomina więc próbę zatrzymania rzeki w kadrze zdjęcia i oczekiwania, iż już nigdy nie zmieni biegu.
W tle tej propozycji pobrzmiewa jeszcze jeden wątek, znacznie mniej subtelny: przekonanie, iż pewnych tematów lepiej nie zostawiać obywatelom do rozstrzygania. Skoro potencjalna decyzja o zmianie kursu miałaby być „nieodpowiedzialna”, to najprościej ją uniemożliwić. Konstytucyjnie. Raz na zawsze. Demokracja, owszem, jest cenna — ale najwyraźniej tylko wtedy, gdy prowadzi do adekwatnych wniosków.
W Konstytucji kwestie ustrojowe są jasno określone – wymagają jedynie przestrzegania. jeżeli ustawa zasadnicza wymaga doprecyzowania to w kierunku wzmocnienia naszego bezpieczeństwa.
Dlatego wpiszmy członkostwo w Unii Europejskiej do Konstytucji! Utrwalmy naszą obecność we…
— Władysław Kosiniak-Kamysz (@KosiniakKamysz) May 3, 2026
Najciekawsze jest jednak to, jak bardzo ta logika przypomina dobrze znane schematy z przeszłości. Najpierw pojawia się przekonanie o wyjątkowości i trwałości aktualnego układu, potem potrzeba jego usankcjonowania, a na końcu wiara, iż odpowiedni zapis prawny zagwarantuje niezmienność rzeczywistości. Historia wielokrotnie pokazała, iż to założenie bywa, delikatnie mówiąc, optymistyczne. Układy się zmieniają, sojusze ewoluują, a konstytucje — jeżeli są nadmiernie przywiązane do konkretnego momentu — zaczynają przypominać kapsuły czasu zamiast fundamentów państwa.
Propozycja Kosiniaka-Kamysza nie jest więc szczególnie rewolucyjna. To raczej kolejna odsłona starej pokusy: uczynić z bieżącej polityki coś trwałego i nienaruszalnego poprzez zapisanie jej w najwyższym akcie prawnym, po to by zrzucić z siebie odpowiedzialność za rządzenie krajem na instytucję ponadnarodową. Po co samemu rządzić się na swoim terytorium, skoro można za te same, gigantyczne pieniądz, bezpiecznie wykonywać dyrektywy z centrali? To takie bezpieczne, bez ryzyka, bez konieczności uruchamiania własnego myślenia…
Lekcję na ten temat dał nam już Bolesław Chrobry. Tenże, mając na stole propozycję zostania jednym z wasali Cesarstwa, bezpiecznego życia jako trybutariusz i wyjadacz resztek z pańskiego, niemieckiego stołu, wybrał niepodległość i suwerenne kierowanie własnym, choć mniejszym i biedniejszym państwem.
NASZ KOMENTARZ: Mentalni niewolnicy i eurokołchoźnicy jak Kosiniak-Kamysz, którzy nie potrafią niczego innego jak tylko płaszczenie się przed obcymi i liczenie na objęcie przez nich kurateli nad naszym państwem, nie powinni w ogóle funkcjonować w polityce. Nie potrzeba nam takich przywódców, bo to żadni przywódcy. Tacy głupcy i zdrajcy nie nadają się choćby na sołtysa.
Polecamy również: Niemieccy lewacy chcą likwidacji małżeństwa

4 godzin temu











