Już od kilku lat jesteśmy świadkami niezwykle niepokojących wydarzeń w Europie i na Bliskim Wschodzie, które w ostatnim czasie nabrały zastraszającego tempa.
W Europie szczególnie niepokojąca jest gwałtownie postępująca ogromna eskalacja wojny zastępczej, jaką na terytorium Ukrainy NATO prowadzi z Rosją. Także na Bliskim Wschodzie obserwujemy gwałtowny wzrost napięcia, skutkujący rozszerzającą się wojną amerykańsko-irańską, która zasysa coraz więcej krajów.
Jako Polacy, którzy zajmujemy obszar w centrum Europy, powinniśmy odbierać eskalację NATOwsko-rosyjską jako prawdziwy koszmar. Gdy słuchamy wypowiedzi czołowych zachodnich polityków, okazuje się, iż wszyscy kochają wojnę, zaś pokój interesuje tylko nielicznych. choćby dyplomaci – i to jest przerażające – zamiast intensywnie pracować nad powstrzymaniem tego szaleństwa śmierci za naszą wschodnią granicą, wydają się jedynie dolewać oliwy do ognia. Akademickim przykładem tego typu postawy na europejskim podwórku jest szefowa dyplomacji UE Kaja Kallas, u nas zaś równie żałosna osobliwość w osobie ministra spraw zagranicznych RP, Radosława Sikorskiego.
Nie lepiej jest za Oceanem. W 2025 roku, kiedy polityczny i medialny mainstream na całym Zachodzie trwożliwie krzyczał, iż Donald Trump dogaduje się z Władimirem Putinem, sprawy miały się zupełnie inaczej. W rzeczywistości Trump, ściśle współdziałając z CIA i korporacją Palantir, przygotowywał potężną eskalację konfliktu z Federacją Rosyjską w postaci trwającej od kilku miesięcy wojny dronowej. W tle wizyt Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera (Flip i Flap militarnej komiwojażerki USA) w Moskwie, Waszyngton planował zakrojone na szeroką skalę ataki na cele i krytyczną infrastrukturę położoną w głębi Rosji. Mrocznym preludium do trwającej w tej chwili wojny dronowej był przeprowadzony w nocy z 28 na 29 grudnia 2025 roku ukraiński atak na rezydencję prezydenta Federacji Rosyjskiej w Wałdaju. Innymi słowy, pomimo deklaracji, iż wojnę można zakończyć jednym telefonem, a choćby po ubiegłorocznym szczycie w Anchorage, w rzeczywistości Donald Trump ani na chwilę nie odstąpił od swojej strategii podporządkowania Rosji i jej zasobów zachodnim plutokratom. W tym właśnie tkwi istota problemu.
Wojno trwaj!
W kontekście tych wszystkich pozornych sprzeczności w działaniach administracji Trumpa, niebagatelną rolę odgrywa wspomniana spółka Palantir, która doskonale wpisuje się w logikę bieżących wydarzeń i naszych czasów w ogóle. Jako zarządca należącego do Pentagonu systemu Maven znajduje się ona w samym sercu amerykańskiej machiny wojennej i ze względu na lukratywne kontrakty z Pentagonem użyje wszelkich wpływów i pieniędzy, aby wojny nigdy się nie skończyły. I nie ma tutaj znaczenia czy będzie to wojna z Rosją, Iranem, czy też niekończąca się wojna z terroryzmem, która w tej chwili przyjmuje postać wojny z zaganianymi do globalnego obozu koncentracyjnego narodami świata.
Bez wątpienia interesy globalistycznej finansjery i sektora zbrojeniowo-technologicznego idealnie połączyły się w osobie Donalda Trumpa, który jest w bliskich relacjach z założycielem i przewodniczącym rady nadzorczej Palantir, Peterem Thielem. Z kolei jeżeli przyjrzeć się dyrektorowi wykonawczemu Palantir, Alexowi Karpowi, to jest on wyjątkowo obleśnym podżegaczem wojennym, który wierzy, iż broni całej zachodniej cywilizacji i iż zabijanie mas ludzi dzięki sztucznej inteligencji ma wymiar zbawczy oraz jest konieczne. To indywiduum o mentalności banderowca jest z kolei bliskim przyjacielem byłego ministra obrony Ukrainy, Michaiła Fiodorowa, za sprawą którego firma Palantir jest wszechobecna na Ukrainie, odgrywając pierwszoplanową rolę w dronowej wojnie z Rosją. Karp przyznał, iż to Palantir wybiera większość celów, które atakuje Ukraina w głębi Rosji. Należy podkreślić, iż wszystkich ich łączy ekstremalny brak zasad moralnych, przejawiający się w niepohamowanej chciwości i żądzy władzy.
Wygodna tajność, czyli kluczowa rola CIA
Sposób, w jaki prowadzi się w tej chwili wojnę, z perspektywy amerykańskich i europejskich polityków nie ma znaczenia, bo są oni bezpieczni i dalecy od bitewnego zgiełku. Dla nich realia wojny są abstrakcją, czymś w rodzaju gry wideo. Dlatego Trump, mówiąc o bombardowaniu Iranu, mówi tak, jakby brał udział co najwyżej w kowbojskim mordobiciu na Dzikim Zachodzie. Wydaje się on w ogóle nie dostrzegać barbarzyństwa wojny, która w krótkiej perspektywie jest opłacalna dla takich polityków, jak on, i stojących za nim koterii biznesowych.
To wszystko oczywiście odbywa się na koszt amerykańskiego i europejskiego podatnika, ponieważ swoją szaleńczą polityką zarówno prezydent USA, jak też i jego europejscy wasale kumulują potężne długi, które pomnożą bogactwo nielicznych, a pogłębią biedę milionów. Nie oszukujmy się, tych długów nie będą spłacać właściciele Palantira, Lokheed Martina czy Chevrona, ale zwykli ludzie. Pod pretekstem prowadzenia „słusznych” wojen z „agresywną” Rosją czy „terrorystycznym” Iranem, z wiszącym nad światem złowieszczym cieniem Chin, dokonuje się na Zachodzie na ogromną skalę transfer publicznych pieniędzy na prywatne konta.
Aby nie tłumaczyć się przed społeczeństwem, amerykańskie elity polityczno-biznesowe już kilka dekad temu postawiły w samym centrum amerykańskiej polityki zagranicznej CIA. Z punktu widzenia okupujących Stany Zjednoczone grup interesu tak jest ze wszech miar wygodnie, bo jeżeli coś jest tajne, to można się tego wyprzeć. jeżeli coś jest tajne, to wystarczy powiedzieć, iż jest to kwestia bezpieczeństwa narodowego i nie ma potrzeby wyjaśniać czegokolwiek opinii publicznej. Sekretność jest więc jednym z najistotniejszych czynników w amerykańskiej polityce zagranicznej.
Z punktu widzenia zwykłego człowieka jest to katastrofa, która może doprowadzić do wojny nuklearnej i końca naszej cywilizacji, ale dla Trumpa i środowiska, które reprezentuje, nie ma w tym żadnego ryzyka, bo nikt z nich za to nie odpowiada. Wszystko dzieje się w dużej mierze w tajemnicy i na kredyt, a z perspektywy USA może to trwać bardzo długo, ponieważ istnieją konkretne grupy nacisku, które mają interes w tym, aby to się nie skończyło. A lobby numer jeden to oczywiście szeroko rozumiany kompleks militarno-przemysłowy, czy też raczej przemysłowo-technologiczny.
Najbardziej aktywnymi lobbystami na rzecz wojny są w tej chwili Dolina Krzemowa, na czele z Palantir, Space X oraz inne korporacje technologiczne, bo dzięki temu testują swoje wysokotechnologiczne systemy uzbrojenia w realiach bojowych. Warunkuje to tak szybki postęp, iż zmiana całych generacji technologicznych następuje w ciągu tygodni, a najwyżej miesięcy. Alex Karp nie kryje zachwytu, iż tak gwałtownie udoskonalane są technologie służące do zabijania Palestyńczyków w Strefie Gazy, do celowego niszczenia cywilnej infrastruktury w Iranie, czy do uderzeń w głębi Rosji. Tymczasem amerykańskie społeczeństwo nie ma nad tym realnej kontroli i podobnie jest w państwach Europy Zachodniej. Cały ten szwindel ukrywa się za szyldem CIA, co pozwala elitom tak łatwo kontynuować tę lukratywną zabawę jako realną wojnę.
Rzucić Rosję na kolana
Jednak nie da się zachować tak ogromnego i nikczemnie zdobytego bogactwa oraz zapewnić dalszego jego pomnażania bez zdobycia absolutnej władzy, najlepiej na poziomie globalnym. Wspaniała perspektywa ku temu otworzyła się po rozpadzie Związku Radzieckiego, w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1991 roku. Wówczas to talmudyczno-anglosaskie elity zleciły CIA, aby obrała sobie za cel ostateczne rzucenie Rosji na kolana. Zainicjowaną wówczas aktywność ujął w spójną doktrynę Zbigniew Brzeziński w wydanej w 1997 roku książce Wielka Szachownica. Szczególnie znamienny i wiele mówiący jest jej podtytuł: Prymat Ameryki i jego imperatywy geostrategiczne, który oddaje sens całej ówczesnej amerykańskiej polityki zagranicznej. W swojej istocie sprowadzała się ona do trwałego podporządkowania Rosji Stanom Zjednoczonym. Po Rosji następne miały być Chiny. Od tamtego czasu nic się w tej kwestii się nie zmieniło.
Jednym ze sposobów osiągnięcia tego celu jest to, co Brzeziński nazwał państwami geopolitycznego zwrotu. Są to te państwa, które same w sobie nie mają dla Amerykanów żadnego znaczenia poza jednym – można je wykorzystać jako swoje narzędzia przeciwko wielkim mocarstwom. Na szczycie listy takich państw Brzeziński postawił Ukrainę, bo – jak trafnie zauważył – z chwilą, gdy Amerykanie „zdobędą” Ukrainę, Rosja przestanie być mocarstwem.
Chociaż idea ta została sformułowana dekady temu, to jest ona konsekwentnie realizowana, pomimo iż w trakcie tego procesu giną i milionami odnoszą obrażenia konkretni, kompletnie nie związani z tą ideą ludzie. Na naszych oczach Ukraina rozpada się jako państwo, ale dla spragnionych dominacji nad światem rządzących Stanami Zjednoczonymi grup interesów nie ma to żadnego znaczenia. Dlatego sprowokowana przez nich wojna na Ukrainie będzie kontynuowana bez zbędnych wyrzutów sumienia tak długo, jak uznają to za konieczne.
Drugim państwem geopolitycznego zwrotu na liście Brzezińskiego był Iran, identyfikowany przez niego jako najważniejszy ze względu na położenie i zasoby kraj dla regionu Zatoki Perskiej i Morza Kaspijskiego. Kto kontroluje Iran, ten kontroluje wszystko, a więc ma dominację nad światem i jego zasobami. Wszystko to sięga więc bardzo głęboko (nie tylko w przeszłość) i zasadniczo ma kilka wspólnego z Trumpem, choć w sposób idealny uosabia on chciwość, korupcję i przemoc talmudyczno-anglosaskich plądrowników. Jest on tylko marionetką w ich ręku, podobnie jak jego poprzednicy na urzędzie prezydenta Stanów Zjednoczonych, począwszy od Billa Clintona.
Obejmując urząd prezydenta w 1993 roku, Clinton wyznaczył kurs, zgodnie z którym celem amerykańskich elit była globalna dominacja USA nad światem. Wprawdzie sam pomysł pojawił się w napisanej w 1992 roku (kilka tygodni po upadku ZSRR) przez Paula Wolfowitza strategii Pentagonu jeszcze za prezydentury George’a Busha starszego (tzw. Doktryna Wolfowitza), ale to właśnie Clinton skierował Amerykę na tę ścieżkę. Z tego względu można powiedzieć, iż prezydentury Clintona, Busha młodszego, Baracka Obamy, Trumpa w pierwszej kadencji, Joe Bidena i Trumpa w drugiej kadencji mają ten sam wspólny mianownik – niekończącą się wojnę. Doktryna Wolfowitza polegająca zasadniczo na eliminowaniu konkurentów USA w Eurazji jest aktualna i uporczywie realizowana po dzień dzisiejszy.
Wszyscy chcieli pokoju, USA wybrały wojnę
Co szczególnie interesujące, w czasach, kiedy powstała doktryna Wolfowitza wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, iż trwały pokój, taki na wiele pokoleń, jest na wyciągnięcie ręki. Rok 1992 to był właśnie ten moment, kiedy wszyscy w Europie chcieli pokoju, ale przede wszystkim to Rosjanie pragnęli pokoju i normalnego życia, czyli takiego jak na Zachodzie. Dlatego ówczesna Rosja szeroko otworzyła się na Zachód, praktycznie podporządkowując mu swoją gospodarkę. Wszystko to jednak zostało odrzucone przez ówczesne elity polityczne Stanów Zjednoczonych, które nie chciały pokoju, ale pełnej dominacji nad światem. Nie tylko nie chcieli, żeby Rosja stanęła na nogi, ale wręcz przeciwnie, aby – jak marzył Brzeziński – rozpadła się na trzy słabe państwa: Rosję Europejską, Rosję Syberyjską i Rosję Dalekowschodnią. Echa tego słyszeliśmy później z ust Anny Fotygi, minister spraw zagranicznych RP za pierwszych rządów PiS. Wszystko to miało oczywiście na celu zachowanie amerykańskiej dominacji.
Militarnym gwarantem tej dominacji stało się NATO, które – jak to trafnie w akcie szczerości zauważył sekretarz generalny Mark Rutte – „służy do projekcji amerykańskiej siły”. Nie chodzi więc o bezpieczeństwo, ale o projekcję siły w ramach realizacji idei amerykańskiej dominacji nad światem, która na przestrzeni 35 lat ani o jotę się nie zmieniła. Ameryka dąży do dominacji, a to oznacza, iż bycie bezpiecznym i życie w dobrobycie to za mało.
Niestety, wszystko wskazuje na to, iż Pakt Północnoatlantycki był narzędziem w rękach Amerykanów do osiągnięcia dominacji od początku swego istnienia. To, co stało się w pierwszych tygodniach po upadku Związku Radzieckiego (Doktryna Wolfowitza) pokazuje, iż w zimnowojennych zmaganiach wcale nie chodziło o dobro milionów ludzi zniewolonych przez „imperium zła”, ale tylko i wyłącznie o zdobycie przez USA dominacji nad światem. Gdyby było inaczej, NATO zostałoby rozwiązane dzień po rozwiązaniu Układu Warszawskiego. Kto tu więc był tak naprawdę przez cały powojenny okres „imperium zła”?
Założenie, iż Stanom Zjednoczonym uda się tego dokonać było najsłabszym punktem koncepcji Brzezińskiego. Jego główna teza była taka, iż Ameryka utrzyma pozycję światowego lidera, ponieważ nikt nie może się z nią równać i nigdy się nie zrówna w sferze gospodarczej, technologicznej i militarnej. Jednak po upływie 30 lat okazało się to nieprawdą, i to nie tylko ze względu na rozwój Chin. Stany Zjednoczone całkowicie się pomyliły także w odniesieniu do Iranu, postrzegając ten kraj jako relikt średniowiecznego państwa, które rozpadnie się, gdy tylko uderzy w nie amerykańska potęga technologiczno-militarna. Tymczasem Iran to zaawansowane technologicznie państwo, które od dziesięcioleci i z powodzeniem przygotowywało się do obrony przed spodziewaną agresją USA.
Fiducjarna potęga Ameryki
Bankructwo idei Brzezińskiego nie powstrzymuje jednak amerykańskiej machiny wojennej w działaniach na rzecz realizacji strategii dominacji. Do 28 lutego 2026 roku opierała się ona z niezłym skutkiem nie tyle na wielkim potencjale wojskowym USA, ale na tworzeniu wrażenia wyższości technologicznej i niezwyciężoności. Wszyscy mieli wierzyć, iż Stany Zjednoczone są niekwestionowaną potęgą, z którą nikt nie może się równać. Operacja „Absolute Resolve” (porwanie prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro w nocy z 2 na 3 stycznia 2026 roku) wydawała się choćby wzmacniać to wrażenie, jednak przegrana wojna z Iranem wszystko zmieniła.
Ale czy to coś zmieniło w postępowaniu amerykańskiej administracji? Oczywiście nie, bo Amerykanie, tak długo, jak długo będą usiłowali realizować strategię dominacji, nie przyznają się do porażki. Ameryka musi nieustannie deklarować (obecnie ustami Donalda Trumpa), iż wygrywa. Oczywiście tak nie jest, bo po rozlewie krwi i zniszczeniach spowodowanych przez USA i Izrael, okazuje się, iż Iran wygrywa, niwecząc cały dotychczasowy wysiłek USA i czyniąc coraz mniej poważnymi przyszłe roszczenia Ameryki do dominacji nad światem.
Dla zwolenników globalnego prymatu Ameryki to prawdziwa katastrofa, chociaż wciąż udają, iż sprawy mają się zupełnie inaczej. I będą to robić tak długo, jak długo będą mogli bezkarnie generować monstrualne deficyty budżetowe, nie ponosząc z tego tytułu żadnej odpowiedzialności ani przed skorumpowanym Kongresem, ani tym bardziej przed opinią publiczną. choćby jeżeli Demokraci zdobędą kilka dodatkowych miejsc w Kongresie w listopadowych wyborach, to i tak niczego to nie zmieni, bo jak pokazało ostatnie 35 lat wcale nie chodzi tutaj o różnice partyjne.
Wszystko… czyli nic
Brzeziński nie bez słuszności uważał, iż geopolityka to przede wszystkim kwestia terytorium. Dlatego szczególne znaczenie przypisywał on Eurazji, jako obszarowi, gdzie koncentruje się większość światowego terytorium, ludności i zasobów. Dlatego patrząc z punktu widzenia Waszyngtonu istnieją trzy linie frontu: z Rosją na zachodzie Eurazji, z Chinami na wschodzie i z Iranem na południowym zachodzie. Z perspektywy Waszyngtonu są to trzy główne państwa, które należy pokonać i właśnie z tymi trzema państwami Stany Zjednoczone są w tej chwili w konflikcie.
Ale aby osiągnąć ten cel, Ameryka wyznaczyła konkretną rolę państwom przyfrontowym, takim jak na przykład Ukraina i Polska na zachodzie, które bez wyrzutów sumienia można poświęcić na ołtarzu wojny o dominację USA nad światem. Jednakowoż, widząc jak Ukraina wykrwawia się na śmierć, widzimy coraz więcej symptomów wpychania bezpośrednio do wojny całej Europy. Stany Zjednoczone stawiają wszystko na jedną kartę, ponieważ jeżeli nie pokonają Rosji, Iranu i Chin, to w efekcie pchną te kraje do jeszcze bliższego sojuszu.
Wygląda więc na to, iż dotarliśmy do bardzo niebezpiecznego momentu, kiedy to skonfliktowane kraje są skłonne iść na ogromne ryzyko. Gołym okiem widać, iż znaczący komponent dyplomacji Trumpa skupia się na przerzuceniu ciężaru wojny na barki Europy. jeżeli przyjrzymy się jak bardzo zaostrzyło się stanowisko Europy w odniesieniu do Rosji od czasu dojścia do władzy Trumpa, to trzeba przyznać, iż bardzo dobrze mu idzie. Jednak choćby sekretarz stanu Marco Rubio ma duże wątpliwości, czy Europa udźwignie brzemię wojny.
Sytuacja jest o tyle niebezpieczna, iż Amerykanie w ogóle nie dostrzegli fundamentalnego błędu w koncepcji Brzezińskiego, która zakładała, iż przewaga technologiczna USA jest tak wielka i niezawodna, iż Rosja nigdy nie będzie w stanie na tym polu przeciwdziałać. Oczywiście, to wszystko okazało się nieprawdą. Jakże ironicznie w tej chwili brzmi wypowiedziana w 1997 roku teza Brzezińskiego, iż żadna amerykańska strategia nie będzie tak głupia, aby pchnąć Rosję, Chiny i Iran ku sobie. Tymczasem Ameryka dokładnie to zrobiła, i nie była to tylko taktyczna reakcja tych trzech państw na agresywność Ameryki, ale stało się to projektem o wymiarze strategicznym.
Kurs na pokój i współpracę
Szeroko rozumiana kooperacja eurazjatycka powinna być tym kierunkiem, do którego powinny zmierzać wszystkie liczące się geopolityczne podmioty istniejące na tym obszarze. Bez wątpienia stworzyłyby one bardzo udane połączenia polityczno-gospodarcze. Chiny i Rosja mają naturalną komplementarność gospodarczą, a w obliczu agresywnych działań Zachodu także i polityczną. Ich sojusz to nie jest doraźna taktyka, ale głębokie, obustronnie korzystne więzi gospodarcze. To samo dotyczy Iranu i Chin. Dlatego sojusz między tymi trzema krajami wydaje się całkiem logiczny, a wręcz naturalny.
Jeśli chodzi o gospodarkę, to samo co o Chinach i Rosji można powiedzieć o Europie i Rosji. Europa jest uboga w zasoby naturalne, a jednocześnie bardzo gęsto zaludniona, tymczasem Rosja ma niską gęstość zaludnienia, ale jest bogata w zasoby naturalne, co stwarza doskonałą podstawę do wzajemnej gospodarczej komplementarności. Na podstawie tej komplementarności znajdująca się na odległym zachodnim krańcu Eurazji Europa mogłaby rozkwitać, ale sama się odcina od swoich naturalnych partnerów handlowych, jakimi są Rosja i Chiny. Ostentacyjnie deklarowanym motywem tego szaleńczego działania jest obrona wysokich standardów moralnych w relacjach międzynarodowych. Motywem rzeczywistym jest chęć działania na rzecz zachowania amerykańskiej dominacji nad światem, która ma jakoby uchronić Europę przed nieistniejącym zagrożeniem ze strony Federacji Rosyjskiej.
Niestety Europa nie rozumie, iż Stany Zjednoczone i rządzące Starym Kontynentem globalistyczne elity wcale nie są jej przyjacielem. Naiwnie wierząc, iż amerykańska dominacja zapewni jej bezpieczeństwo, Europa nie była w stanie wznieść się ponad wasalne relacje ze Stanami Zjednoczonymi i dała się zapędzić w przysłowiowy kozi róg. Gdyby europejscy politycy czytali Brzezińskiego, to dostrzegliby, iż już 30 lat temu europejscy sojusznicy USA byli postrzegani przez Waszyngton jako wasale, a w tej chwili jest to jeszcze bardziej oczywiste.
Najlepszą chyba nadzieją na wyjście z tego szaleństwa pychy i chciwości jest rosnąca świadomość ludzi w USA i Europie, którzy są tym wszystkim bardzo zmęczeni i widzą, iż to, co wyprawiają ich elity rządzące nie leży w ich interesie. Mieszkańcy regionu euratlantyckiego dostrzegają gwałtownie postępującą dezintegrację ich państw. I nie chodzi tutaj tylko o katastrofę demograficzną czy też gwałtownie postępujące zubożenie społeczeństw, ale choćby dezintegrację coraz gorzej działającej infrastruktury. Na to wszystko nakłada się potężna demoralizacja demolująca duchowe fundamenty tych państw. Europa jest o krok od cywilizacyjnej implozji.
Tymczasem w obliczu nadchodzącej katastrofy, zachodnich liderów stać jedynie na deklaracje, iż ich celem jest wojna z Rosją. Można być raczej pewnym, iż nikogo z nich nie otrzeźwiłoby choćby to, gdyby rzeczywiście zaczęła się gorąca wojna. Przeciwnie – z pewnością dostrzegliby nowe perspektywy szybkiego wzbogacenia się. A tymczasem zwykli mieszkańcy, którzy nie chcą wojny, zachowują się jak ślepcy błądzący w absolutnej ciemności. Mając przetrącony przez pozbawionych zasad moralnych liberałów system wartości, nic nie mogą zrobić, bo nie bardzo wiedzą co mają robić.
Wybić się na niepodległość, i to szybko
Cała ta koszmarna sytuacja, którą w tej chwili przeżywamy, została zbudowana na idei amerykańskiego prymatu i na zmuszeniu europejskich wasalnych państw do zaakceptowania tej logiki, aby Stany Zjednoczone mogły dominować w Eurazji. Spoiwem, które jednoczy Europę dla tej nierealnej idei jest wdrukowane w umysły Europejczyków kłamstwo, iż Federacja Rosyjska stanowi dla Europy śmiertelne zagrożenie. Zaślepienie tym kłamstwem nie pozwala dostrzec Europejczykom, iż idea amerykańskiej dominacji nad światem jest nierealnym projektem, który gwałtownie zbliża nasz kontynent do nuklearnej wojny.
Jako Polacy nie jesteśmy tutaj żadnym wyjątkiem i nie jest to optymistyczna obserwacja. Wchodząc do świata euroatlantyckiego blisko cztery dekady temu, ponosimy teraz wszystkie wynikające z tego negatywne konsekwencje. Aby się uratować, pierwsze co musimy zrobić to wybić się gwałtownie na niepodległość, i to dosłownie. Tylko wtedy przejrzymy na oczy i będziemy mogli zerwać z prowadzącym nas ku przepaści konfesyjnym paradygmatem, iż Rosja jest naszym wrogiem. Musimy w ogóle przestać myśleć w tych kategoriach, a jednocześnie zacząć myśleć w kategoriach interesu narodowego.
Jeśli tego nie zrobimy, to na jeszcze większą skalę staniemy się płatnikami rachunków zaciągniętych przez Stany Zjednoczone na poczet ich wojen. A płacenie rachunków (nie tylko finansowych, ale i politycznych) jest nieuniknione i raczej nie będzie to przyjemne. Musimy więc wysiąść z tego pociągu samobójców jak najszybciej, bo jak pokazała wojna na Ukrainie, Amerykanie nie zamierzają płacić za swoje krwawe awantury – ich interesują wyłącznie profity. Ostatecznie, jak trafnie zdefiniował Stany Zjednoczone w 1925 roku prezydent Calvin Coolidge, business of the America is business.
Krzysztof Warecki
fot. wikipedia
Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)















