Wezwanie do urzędu migracyjnego, plik dokumentów wyłącznie po rosyjsku i podpis, który w rzeczywistości oznacza kontrakt z armią. Tak, według organizacji praw człowieka i niezależnych mediów, Rosja pozyskuje kolejnych żołnierzy spośród cudzoziemców, głównie z Azji Centralnej. Metoda opiera się na strachu przed deportacją i barierze językowej. Ilu ludzi trafiło w ten sposób do rosyjskich okopów na Ukrainie?
Schemat, który opisują ukraińscy aktywiści, organizacje praw człowieka i niezależne redakcje, jest niepokojąco prosty. Cudzoziemiec dostaje wezwanie do urzędu migracyjnego, na komisariat lub do centrum obsługi, rzekomo w sprawie aktualizacji dokumentów albo rejestracji pobytu. Na miejscu wręcza mu się plik formularzy w języku, którego często nie zna, bez tłumacza i bez czasu w spokojne przeczytanie. Wśród kartek ukryty bywa kontrakt z armią. Kto się waha, słyszy o możliwej deportacji.
Ośrodek, w którym wojna czeka w kolejce
Ponurą sławę zyskało podmoskiewskie Sacharowo, największe rosyjskie centrum migracyjne. Według analiz think tanku Foreign Policy Research Institute cudzoziemcom stojącym w kolejkach po zezwolenia na pracę rozdaje się tam ulotki werbunkowe: kontrakt, uproszczona ścieżka do obywatelstwa i pensja liczona w setkach tysięcy rubli. Mężczyzn, którzy trafili do ośrodka po zatrzymaniu, naciska się, by dobrowolnie włożyli mundur. Fundamentem tego nacisku jest przepis z 2024 roku, zgodnie z którym cudzoziemiec z rosyjskim paszportem musi zarejestrować się do służby wojskowej albo liczyć się z wydaleniem.
Historia jednego kuriera
Ludzki wymiar tej machiny pokazuje sprawa opisana przez katarską telewizję Al Jazeera. Hushruzjon Salohidinov, dwudziestosześcioletni kurier z Tadżykistanu, został zatrzymany w Petersburgu i spędził dziewięć miesięcy w areszcie. Jak relacjonuje, zastraszano go, także groźbą gwałtu, by zgodził się wyjechać na front. To jeden z wielu przypadków, w których areszt i podrzucone zarzuty stają się narzędziem rekrutacji, a wolność oferuje się w zamian za podpis na wojskowym zobowiązaniu.
Liczby, których nie da się łatwo potwierdzić
Skala zjawiska pozostaje przedmiotem sporu, bo każda ze stron liczy inaczej. Ukraiński projekt "Chcę żyć", który namawia rosyjskich żołnierzy do poddawania się, szacuje, iż w 2025 roku wysłano na front około dwudziestu tysięcy obywateli państw Azji Centralnej z rosyjskimi paszportami, a rok wcześniej blisko dziesięciu tysięcy. Rosyjskie ministerstwo spraw wewnętrznych, cytowane przez polskie media, przyznaje jedynie, iż obywatelstwo po podpisaniu kontraktu otrzymało w 2024 roku kilka tysięcy osób. Human Rights Watch dokumentuje z kolei rosnącą falę ksenofobicznej przemocy wobec przybyszów. Dane są rozbieżne, ale kierunek jeden: ludzie z biedniejszych państw stają się w Rosji rezerwuarem mięsa armatniego.
Cena rosyjskiego paszportu
Za tą praktyką kryje się coś więcej niż doraźny brak rekrutów. To obraz państwa, które traktuje życie obcokrajowca jak zasób do zużycia, a obietnicę obywatelstwa jak przynętę. Dla Polski, kraju leżącego na granicy Unii i będącego częstym przystankiem migrantów ze Wschodu, to również przypomnienie, z jakim przeciwnikiem sąsiadujemy. Reżim, który tak chłodno wycenia ludzki los w Sacharowie, tą samą miarą mierzy wszystko, co znajdzie się w zasięgu jego interesów.
Źródło: WP Wiadomości












