Wołodymyr Zełenski wziął we wtorek, 18 sierpnia 2026 roku, udział w ponownym pochówku Jewhena Konowalca, pierwszego przywódcy OUN, po sprowadzeniu jego prochów do Kijowa. Dla Polski to nie jest zwykła ceremonia: Kijów państwowo wzmacnia mit formacji, której dziedzictwo wymaga od Warszawy twardej pamięci.
Państwowy gest Kijowa
Jak podał Bankier.pl, prezydent Ukrainy uczestniczył we wtorek w uroczystościach ponownego pochówku Jewhena Konowalca. Zełenski mówił, iż Konowalec wrócił do ojczyzny, o którą walczył, i łączył ten gest z obrazem współczesnej Ukrainy jako państwa budującego jedną z najsilniejszych armii w Europie.
W Kijowie to czytelny komunikat państwowy. Ukraina, walcząca z rosyjską agresją, szuka ciągłości, symboli i bohaterów mobilizujących naród. Tyle iż polski czytelnik nie może patrzeć na OUN wyłącznie oczami ukraińskiej polityki wojennej. Dla nas ta nazwa nie jest neutralnym skrótem z podręcznika. Dotyka pamięci o Kresach, o Wołyniu, o rodzinach, które przez dekady słyszały, iż mają milczeć dla dobra tak zwanych wyższych racji.
OUN nie jest pustym znakiem
Jewhen Konowalec był pierwszym przywódcą Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Został zamordowany w 1938 roku w Rotterdamie przez agenta NKWD. Nie był sprawcą rzezi wołyńskiej, bo zginął przed wojenną eskalacją ukraińskiego nacjonalizmu. To trzeba powiedzieć uczciwie. Ale równie uczciwie trzeba powiedzieć drugą rzecz: stanął na czele formacji, której tradycja polityczna została później wpisana w nurt OUN-UPA, dla Polaków nierozerwalnie związany z ludobójstwem na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.
Dlatego sprawa pochówku nie jest wyłącznie ukraińskim rytuałem pamięci. Dziennik Narodowy pisał już o ekshumacji lidera OUN i polskiej pamięci, wskazując, iż w relacjach z Kijowem Polska nie może oddzielać pomocy wojskowej i humanitarnej od własnej godności historycznej. Sojusz przeciw Moskwie nie wymaga amnezji. Przeciwnie, dojrzały sojusz wymaga prawdy.
Polska pomoc nie oznacza milczenia
Warszawa ma interes w tym, aby Ukraina nie została złamana przez Rosję. To jest twardy realizm, nie sentyment. Rosyjskie imperium na naszej granicy oznacza zagrożenie dla Polski, presję wojskową, koszt gospodarczy i kolejną próbę rozgrywania regionu. Z tej oceny nie wynika jednak zgoda na to, by polska pamięć była spychana na bok zawsze wtedy, gdy w Kijowie trwa budowanie narodowego panteonu.
W ostatnich miesiącach coraz wyraźniej widać, iż ukraińska polityka historyczna idzie własnym kursem. Gdy Zełenski mówi o wspólnej walce i przyszłości, polskie państwo powinno odpowiadać językiem konkretu: ekshumacje ofiar, godne upamiętnienie Polaków, jasne nazwanie zbrodni, koniec relatywizowania OUN-UPA. Tak samo przy okazji sporów o pamięć 1920 roku i warunki wobec Kijowa potrzebna jest polityka spokojna, ale stanowcza.
Stawką jest godność polskiego państwa
Najgorszą odpowiedzią byłaby histeria. Druga najgorsza to milczenie. Polska prawica powinna odrzucić oba odruchy. Nie wolno pchać Polski w rusofilię tylko dlatego, iż Kijów popełnia błędy pamięci. Nie wolno też udawać, iż te błędy są bez znaczenia, bo trwa wojna.
Stawka dla Polaków jest prosta. Państwo, które nie broni własnych zmarłych, gwałtownie przestaje być traktowane poważnie przez żywych partnerów. o ile Ukraina chce pełnego zaufania Polski, musi rozumieć, iż Wołyń i OUN nie są przypisem do historii. Są sprawdzianem szacunku. A polski rząd, każdy rząd, ma obowiązek stawiać tę sprawę jasno, bez kompleksów i bez handlu pamięcią.
Źródło: Bankier.pl, Interia, opracowanie własne.
Źródło: Bankier.pl













