W PiS znów zawrzało. Tym razem nie z powodu kolejnej afery ani spektakularnej porażki wyborczej, ale z powodu czegoś znacznie bardziej niebezpiecznego dla każdej partii która straciła władzę: walki o sukcesję. Najnowszy sondaż dotyczący „młodego kandydata na premiera” stał się zapalnikiem. I jak to zwykle bywa w obozie Jarosława Kaczyńskiego, zapalnikiem rzuconym w skład pełen wzajemnej nieufności, ambicji i urazów.
Pytanie zadane przez SW Research brzmiało niewinnie: „Prezes PiS Jarosław Kaczyński poszukuje młodego kandydata na premiera. Kto pani/pana zdaniem powinien nim zostać?”. Odpowiedzi okazały się jednak druzgocące. Patryk Jaki zdobył 14,9 proc. wskazań, Zbigniew Bogucki 9,1 proc., Przemysław Czarnek 7,9 proc., Tobiasz Bocheński 7,5 proc. Najważniejsze jednak jest to, iż aż 60,6 proc. ankietowanych odpowiedziało: „ktoś inny”.
To jedno zdanie mówi o PiS więcej niż długie analizy politologiczne. Społeczne zaufanie do partii Kaczyńskiego i jej kadr zostało zużyte. choćby potencjalni „młodzi następcy” nie budzą większych nadziei, a prezes, zamiast projektować przyszłość, zajmuje się selekcją lojalnych pretendentów.
Sondaż – jak ujawnia „Newsweek” – natychmiast został „wyłapany” przez frakcję skupioną wokół Patryka Jakiego, Tobiasza Bocheńskiego, Przemysława Czarnka i Jacka Sasina. Dla nich ważne było to, iż nie uwzględniono Mateusza Morawieckiego. Kaczyński bowiem wykluczył polityków po 50. roku życia. To drobny szczegół, który wiele mówi o stylu zarządzania partią: arbitralnym, personalnym i coraz bardziej oderwanym od realiów.
Jeden z polityków tej frakcji nie krył satysfakcji, mówiąc: „To Morawiecki pierwszy sam się ogłaszał premierem i mówił, kto będzie, a kogo nie będzie w jego rządzie”. Po drugiej stronie emocje były skrajnie odmienne. W obozie byłego premiera sondaż przyjęto „ze złością”. „Każdy sondaż o wewnętrznych sprawach PiS jest dla nas szkodliwy” – przyznał bliski współpracownik Morawieckiego.
To już nie jest spór programowy. To klasyczna, darwinowska walka buldogów pod dywanem – brutalna, cicha, ale coraz bardziej widoczna. Partia, która przez lata przedstawiała się jako monolit, dziś zaczyna pękać na frakcje, z których każda liczy na błogosławieństwo prezesa. Tyle iż Jarosław Kaczyński nie jest już tym samym arbitrem co kiedyś.
Według medialnych ustaleń jego faworytem ma być Zbigniew Bogucki. „Jednak prezydent Karol Nawrocki nie chce, aby odchodził on z funkcji szefa Kancelarii Prezydenta. jeżeli nie Zbigniew Bogucki, to prezes PiS może postawić na europosła Tobiasza Bocheńskiego” – czytamy. Sam fakt, iż nazwiska potencjalnych premierów krążą dziś głównie w kuluarach i przeciekach, pokazuje słabość przywództwa. Kaczyński nie buduje zespołu, ale zarządza rywalizacją.
To model, który przez lata działał, ale dziś przynosi odwrotne skutki. Zamiast dyscypliny mamy chaos, zamiast strategii – taktyczne rozgrywki, zamiast jedności – rosnącą nieufność. PiS coraz bardziej przypomina partię zmęczoną własną historią i niezdolną do przekonującej odpowiedzi na pytanie: co dalej?
Najbardziej uderzające jest jednak to, iż walka toczy się w sytuacji, gdy społeczna baza poparcia wyraźnie się kurczy. Sześćdziesiąt procent badanych, którzy wolą „kogoś innego”, to nie jest drobna rysa, ale pęknięcie fundamentów. A fundamentów nie da się naprawić kolejną roszadą personalną.
Jarosław Kaczyński przez lata był mistrzem kontroli. Dziś wygląda raczej na strażnika coraz bardziej pustego pałacu. I choć buldogi pod dywanem wciąż warczą, to coraz trudniej nie odnieść wrażenia, iż walczą już nie o władzę, ale o resztki wpływu w partii, która przestaje być politycznym hegemonem, a zaczyna być areną wewnętrznych rozliczeń.

2 godzin temu









