Koniec mitu Morawieckiego. Prezes PiS uruchomił proces dezintegracji własnej partii

18 godzin temu
Zdjęcie: Morawiecki


W polityce partyjnej momenty szczerości bywają groźniejsze niż otwarte konflikty. Taki właśnie moment przeżywa dziś Prawo i Sprawiedliwość. Publiczne – choć podane kanałami kontrolowanego przecieku – przyznanie przez Jarosława Kaczyńskiego, iż Mateusz Morawiecki „nie będzie ponownie premierem”, nie jest tylko personalną decyzją. To sygnał, iż fundamenty dotychczasowej konstrukcji PiS zaczynają pękać.

„Choć Mateusz Morawiecki ma swoje zasługi, to nie będzie ponownie premierem, ponieważ PiS potrzebuje kogoś innego” – miał powiedzieć Kaczyński podczas posiedzenia prezydium komitetu politycznego. W normalnej partii taka deklaracja byłaby elementem planowanej sukcesji. W PiS brzmi jak wyrok. Morawiecki był przez lata twarzą rządu, parasolem ochronnym dla prezesa i politykiem, na którym skupiała się lojalność znacznej części aparatu. Odsunięcie go w tak demonstracyjny sposób to zaproszenie do otwartej wojny frakcyjnej.

Nieprzypadkowo zaraz po spotkaniu ścisłego kierownictwa odbyło się wyjazdowe posiedzenie klubu parlamentarnego – w atmosferze apeli o jedność i dyscyplinę. Jak relacjonował informator „Rzeczpospolita”, prezes „wielokrotnie wzywał do jedności”, apelował też, by „unikać dyskusji na Twitterze”. To klasyczny objaw kryzysu: im głośniej mówi się o spójności, tym bardziej jej brakuje. Jedność ogłaszana z mównicy rzadko bywa jednością realną.

Kontrastuje z tym triumfalny ton wiceprezesa Przemysława Czarnka, który w rozmowie z DoRzeczy.pl zapewniał, iż „jesteśmy skonsolidowani, jak nigdy”, a przywództwo Kaczyńskiego jest „niepodważalne”. W istocie te słowa brzmią jak zaklęcia. jeżeli lider musi być nieustannie potwierdzany, to znaczy, iż jego pozycja nie jest już oczywista.

Najostrzejszy spór w PiS dotyczy kierunku ideowego i personalnego. Oponenci Morawieckiego chcą „skrętu w prawo”, licząc na twardy, konserwatywny elektorat. Jego zwolennicy ostrzegają, iż taka strategia zamknie partię w wąskim getcie wyborczym. Sam Morawiecki miał mówić, iż jego przeciwnicy „chcą mieć PiS ciasny, ale własny”. To zdanie – niezależnie od intencji – trafnie opisuje stan partii, która z formacji masowej coraz bardziej staje się klubem interesów.

Decyzja Kaczyńskiego, by jeszcze w tym roku wskazać nowego kandydata na premiera, tylko przyspiesza dekompozycję. Na giełdzie nazwisk pojawiają się kolejne postacie młodszego pokolenia, ale żadna z nich nie ma pozycji, która mogłaby naturalnie scalić partię. W efekcie zamiast odnowy grozi PiS walka wszystkich ze wszystkimi, prowadzona pod hasłami lojalności wobec prezesa.

Najbardziej symboliczna jest jednak sytuacja samego Morawieckiego. Według doniesień po długiej rozmowie z Kaczyńskim miał wyjść „bardzo niezadowolony”. Trudno się dziwić. Były premier, który przez lata brał na siebie polityczne koszty rządzenia, dziś słyszy, iż jego czas minął – bez jasnej oferty dalszej roli. To nie tylko osobista porażka, ale także dowód, iż PiS nie potrafi zarządzać własnymi elitami.

Coraz wyraźniej widać więc, iż problemem PiS nie jest brak jedności deklarowanej, ale brak wiarygodnej wizji przyszłości. Kaczyński, krytykując Morawieckiego, nie proponuje nowego projektu – jedynie odsłania słabość starego. A partia, która żyje głównie rozliczaniem własnej przeszłości, zaczyna się rozpadać, zanim jeszcze zdążyła opowiedzieć wyborcom, dokąd adekwatnie zmierza.

Idź do oryginalnego materiału