Koniec bezkarności w internecie. Stanowski zderzył się z granicą prawa

17 godzin temu
Zdjęcie: Stanowski


W polskim internecie mało kto potrafi nakręcać konflikty tak sprawnie jak Krzysztof Stanowski. Jego ulubioną bronią od lat są zaczepki, szyderstwo i pozorna nonszalancja, która ma sprawiać wrażenie siły, swobody i bezkarności.

Tym razem jednak ta strategia odbiła się od czegoś twardszego niż kolejny celebryta czy polityk, na którym zwykle testuje swoje ostre metafory. Odbiła się od sądu, a ten – w przeciwieństwie do widowni jego programów – nie reaguje śmiechem, ale postanowieniem procesowym. Na mocy decyzji wydanej na wniosek Doroty Wysockiej-Schnepf Stanowski oraz Robert Mazurek przez rok nie mogą jej nazywać „arcykapłanką propagandy” ani zestawiać z komunistycznymi zbrodniami, a w szczególności z Obławą Augustowską. Otrzymali również wyraźny zakaz naruszania dóbr osobistych jej syna, którego dotąd chętnie wciągali w medialną przepychankę.

Wysocka-Schnepf, od miesięcy zasypywana insynuacjami i połajankami ze strony twórcy Kanału Zero, zareagowała spokojnie, ale stanowczo. Przypomniała Stanowskiemu jego własne słowa, gdy próbował ją publicznie uciszyć: „Jak to szło, panie @K_Stanowski? ‘Masz jedno zadanie: zamknąć się’? Tak mnie pan zaczepiał? Karma wraca. To pan ma teraz zamilknąć. Na mój temat. I mojego dziecka też.” To nie jest wybuch osobistej satysfakcji, ale twarde przypomnienie zasad, które w ostatnich latach zbyt wielu znanych internetowych komentatorów uważało za archaiczne. W debacie publicznej nie wolno obrażać dzieci. Nie wolno zestawiać dziennikarzy z oprawcami totalitarnego reżimu tylko dlatego, iż nie podzielają naszych poglądów. Nie wolno redukować ludzi do inwektyw w imię klikalności.

Jak to szło, panie @K_Stanowski? "Masz jedno zadanie: zamknąć się"? Tak mnie pan zaczepiał? Karma wraca. To pan ma teraz zamilknąć. Na mój temat. I mojego dziecka też. I dodać stosowne info do swoich paszkwili. Niezwłocznie. Sąd wydał postanowienie o zabezpieczeniu. Sprawa w toku pic.twitter.com/ituxtgfBPr

— Dorota Wysocka-Schnepf (@DorotaWSch) November 28, 2025

Spór zaczął się od typowej twitterowej zaczepki, ale gwałtownie urósł do rozmiarów regularnej kampanii, którą Stanowski i Mazurek prowadzili z pełną świadomością — chętnie drwiąc zarówno z Wysockiej-Schnepf, jak i z jej rodziny, szczególnie z imienia jej syna. Gdy dziennikarka wystosowała wezwanie przedsądowe, Kanał Zero odpowiedziało drwiną i deklaracją, iż „nie mają sobie nic do zarzucenia”. Sąd uznał, iż jednak mają. I to na tyle dużo, by tymczasowo ograniczyć ich działalność.

Reakcja Stanowskiego była przewidywalna. W swoim stylu napisał: „Otwieram konkurs na nowe określenie działalności pani Schnepf”. To stała strategia: udawać, iż sprawa dotyczy jedynie niewinnych metafor, żartów i „opinii”. Problem w tym, iż postanowienie sądu nie dotyczyło opinii, ale naruszenia dóbr osobistych — działań, które w świetle prawa nie mają nic wspólnego z dziennikarstwem ani satyrą. Nie chodzi o kneblowanie mediów, tylko o standardy, które od lat są łamane przez osoby, dla których agresja stała się paliwem medialnym. W krajach o bardziej dojrzałych instytucjach kilka osób broniłoby dziennikarza, który publicznie obraża dziecko swojego krytyka.

Stanowski lubi przekonywać swoich odbiorców, iż jest gladiatorem wolności słowa walczącym z „układem”, choć tym razem tym „układem” jest zwyczajnie Kodeks cywilny. Gdy sprowadzić sprawę do faktów, mamy do czynienia wyłącznie z ochroną prywatności, godności i reputacji — zasad, które powinny być oczywistością dla wszystkich, kto uważa się za dziennikarza. Wysocka-Schnepf, obiektem internetowych napaści od miesięcy, wreszcie otrzymała wsparcie instytucjonalne. A jej komentarz: „Sąd wydał postanowienie o zabezpieczeniu. Sprawa w toku” jest nie triumfem, ale uspokojeniem sytuacji i zwróceniem uwagi na to, iż państwo wciąż ma narzędzia do ochrony jednostki przed medialnym nadużyciem.

Ta historia nie jest tylko konfliktem dwóch osób. To test dla polskich mediów i całego środowiska komentatorskiego. Czy można publicznie kłamać, ośmieszać i poniżać, licząc na to, iż publiczność nagrodzi to kliknięciami? Czy można przenosić prywatne wojny na dzieci? Czy można używać ciężkich historycznych porównań tylko po to, by zniszczyć reputację przeciwnika?

Sąd odpowiedział wyraźnie: nie. I dobrze, iż wreszcie ktoś tę odpowiedź wypowiedział głośno.

Idź do oryginalnego materiału