Karol Nawrocki coraz wyraźniej pokazuje, iż prezydentura jest dla niego nie tyle zmianą roli, ile kontynuacją kampanii wyborczej innymi środkami. Wystąpienie w obronie Telewizji Republika nie jest przypadkowym gestem w imię „wolności słowa”, ale czytelnym sygnałem politycznej lojalności wobec środowiska PiS i medialnego zaplecza, które przez miesiące budowało jego wizerunek. W przypadku Republiki Nawrocki nie występuje jako bezstronny strażnik konstytucji, ale jako wierny żołnierz partyjnej formacji – spłacający zobowiązania zaciągnięte w trakcie kampanii.
Prezydent wyraził „zdziwienie” informacjami o możliwym odebraniu Republice koncesji. „Dla mnie to jest nie do pojęcia, iż telewizja może być pod presją. Wolność słowa, dostęp Polaków do telewizji takiej, jaką chcą oglądać, jest jedną z podstaw demokracji” – mówił na antenie tej samej stacji. Brzmi szlachetnie. Tyle iż w całej tej opowieści brakuje podstawowego faktu: nikt nie mówi o zamykaniu stacji z powodów ideologicznych. Mowa jest o koncesji, opłacie i procedurach administracyjnych, które obowiązują wszystkie podmioty na rynku mediów.
Republika ma opłaconą możliwość nadawania tylko do końca stycznia 2026 roku. Kwota 1,85 mln zł za przedłużenie koncesji okazała się na tyle wysoka, iż nadawca zwrócił się do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji o rozłożenie jej na raty. To nie jest „presja polityczna”, ale elementarna ekonomia rynku medialnego. Telewizja prywatna musi płacić za dostęp do częstotliwości. Tak samo jak inne. Nawrocki jednak zamienia ten problem w dramatyczną opowieść o walce dobra ze złem.
„Ja nigdy się nie zgadzałem, nie zgadzam i nie zgodzę na to, aby za wolność słowa, aby ‘Dom Wolnego Słowa’ był pod presją. Nie ma na to po prostu mojej zgody” – deklaruje prezydent. Tyle iż „Dom Wolnego Słowa” to w praktyce stacja o jednoznacznie partyjnym profilu, pełniąca funkcję propagandowego megafonu PiS. To tam Nawrocki był jednym z najczęstszych gości w kampanii. To tam budowano jego narrację o „oblężonej Polsce”, „zdradzie elit” i „wojnie z systemem”. Dziś prezydent spłaca ten dług.
Symboliczne było zdanie: „Te miliony widzów, które oglądają Telewizję Republika, muszą mieć prawo do tego, aby obejrzeć sobie redaktora Rachonia czy jego gościa, Karola Nawrockiego”. W jednym zdaniu prezydent wymienia nazwisko propagandysty PiS i własne, jakby były elementami tej samej medialnej oferty. To już nie jest troska o pluralizm. To jest autopromocja w przebraniu obrony wolności słowa.
Najbardziej problematyczne jest jednak to, iż Nawrocki świadomie ignoruje kontekst decyzji KRRiT. Przypomnijmy: 21 czerwca 2024 roku, podczas przyspieszonego posiedzenia, Rada przyznała miejsca na ósmym multipleksie Republice Tomasza Sakiewicza oraz wPolsce24 braci Karnowskich – czyli dwóm mediom bezpośrednio związanym z PiS. Odrzucono natomiast wnioski węgierskiej TV2 Média oraz Grupy MWE Networks, która proponowała kanał poświęcony walce z dezinformacją. Innymi słowy: pluralizm został poświęcony na rzecz partyjnego monopolu.
Nawrocki nie widzi w tym nic niepokojącego. Nie mówi o tym, iż państwowy regulator preferuje media jednej opcji politycznej. Nie zastanawia się, czy prezydent powinien wchodzić w rolę rzecznika konkretnej stacji. Zamiast tego buduje narrację o „wolności słowa zagrożonej przez system”, co idealnie wpisuje się w język PiS z ostatnich lat.
To właśnie tutaj widać, jak krucha jest opowieść o „niezależnym prezydencie”. Gdy chodzi o Republikę, Nawrocki nie jest arbitrem. Jest uczestnikiem sporu. Gdy chodzi o interesy zaplecza PiS, nie ma mowy o dystansie czy bezstronności. Jest za to odruch lojalności – szybki, instynktowny, niemal automatyczny.
W istocie więc nie obserwujemy obrony wolności słowa, ale obronę własnej politycznej biografii. Republika była trampoliną do prezydentury. Teraz prezydent staje się jej tarczą. I w tym sensie cała historia z koncesją jest mniej o mediach, a bardziej o władzy: o tym, jak gwałtownie „prezydent wszystkich Polaków” potrafi zamienić się w prezydenta jednej telewizji. I jednej partii.

1 godzina temu









