
Stany Zjednoczone zmagają się z paradoksem dominacji: wyłącznym statusem dolara jako światowej waluty rezerwowej, strukturalną przewagą tak trwałą, iż zaczęła być postrzegana jako przeznaczenie.
Ten „wygórowany przywilej” obniża koszty pożyczek i osłabia dyscyplinę fiskalną, katalizując chroniczne deficyty budżetowe i napędzając dług publiczny na trajektorię wykładniczą. Jednocześnie utrzymujący się globalny popyt na dolary utrzymuje kurs walutowy na strukturalnie wysokim poziomie, osłabiając eksport i pogłębiając deficyty na rachunku bieżącym.
Te nierównowagi są finansowane, z rozbrajającą łatwością, poprzez zagraniczną absorpcję aktywów amerykańskich, która utrwala utajoną, ale wiążącą dźwignię nad amerykańską gospodarką. W ten sposób wywołują one uspokajające, ale ostatecznie złudne poczucie równowagi.
Zwodnicza akomodacja działa nie jak wahadło, ale jak mechanizm zapadkowy obracający się tylko w jednym kierunku. Jej skutkiem jest ukrywanie kumulującej się realokacji mocy produkcyjnych w USA z sektorów handlu międzynarodowego w kierunku finansów i konsumpcji.
Ten trend pokazuje, iż amerykański prymat monetarny sprowadza się nie tyle do bezkosztowego, zbawiennego zysku, co do podstępnej, długotrwałej odmiany choroby holenderskiej, maskowanej pozorami wyjątkowej i pozornie niepodważalnej sprawności. Historia gospodarcza, pobieżnie przestudiowana, uwypukla ten schemat w bardziej dosadny sposób.
Logika choroby holenderskiej: Jak wąski sukces rodzi powszechną porażkę
„Choroba holenderska” to sprzeczna z intuicją patologia ekonomiczna, w której rzekomo pomyślny rozwój, taki jak odkrycie ogromnych zasobów naturalnych, niepostrzeżenie podważa produktywne podstawy gospodarki.
Ukuty w następstwie holenderskiej boomu gazowego w latach 60. XX wieku, termin ten oznacza dynamikę, w której nieoczekiwane dochody przyciągają inwestycje i siłę roboczą do dynamicznie rozwijającego się sektora, a poprzez wzrost popytu na krajową walutę powodują realną aprecjację kursu walutowego, która podważa konkurencyjność innych branż podlegających obrotowi handlowemu.
Z perspektywy ekonomii politycznej, koncentracja rent surowcowych (nadwyżki zysków przekraczającej normalne zyski rynkowe wynikające z posiadania zasobów naturalnych, a nie ze zdywersyfikowanej działalności produkcyjnej) oraz fiskalne uzależnienie od nich przekierowują bodźce na ich wydobycie i dystrybucję, a nie na dywersyfikację produkcji.
Alokacja rent przynosi natychmiastowe i widoczne korzyści polityczne. Dywersyfikacja, z kolei, wymaga szeroko rozproszonych i wolno dojrzewających inwestycji, którym brakuje skoncentrowanego elektoratu, co czyni je bardziej ryzykownymi politycznie. Ta asymetria bodźców politycznych utrwala zależność od jednego, zmiennego źródła dochodu w całej gospodarce.
W miarę jak dochody państwa rosły w szybkim tempie, a sektor energetyczny się rozrastał, siła robocza i kapitał migrowały do dynamicznie rozwijającego się sektora energetycznego i chronionych sektorów gospodarki. W ich cieniu, produktywne przedsiębiorstwa z tradycyjnych branż, które niegdyś stanowiły podstawę gospodarki eksportowej, walczyły o przetrwanie w obliczu nagłego pogorszenia konkurencyjności kosztowej. Wiele z nich odpowiedziało masowymi zwolnieniami, po czym całkowicie zniknęło. Długoterminowe inwestycje zostały wyparte, mimo iż główne wskaźniki przez cały czas sugerowały trwały dobrobyt.
Wspierane dochodami z gazu, władze holenderskie uznały poprawę sytuacji makroekonomicznej kraju za dowód trwałej przestrzeni fiskalnej. Działając w oparciu o tę ocenę, przyjęły bardziej ekspansywną politykę fiskalną, która przełożyła się na wzrost płac i transferów w sektorze publicznym, a ostatecznie doprowadziła do wzrostu deficytu budżetowego.
Pod koniec lat 60. i na początku lat 70. XX wieku decydenci polityczni doszli do wniosku, iż boom gazowy nie tylko zwiększył bogactwo narodowe, ale także zreorganizował gospodarkę w sposób osłabiający jej przemysłowe jądro. Ironia losu była wyraźna: choćby silne instytucje i niegdyś szeroko zakrojona, konkurencyjna struktura przemysłowa nie zapewniły Holandii odporności na szkodliwe strukturalne skutki uboczne jej własnego sukcesu.
Epizod ten stał się paradygmatyczny, ponieważ przekształcił egzogeniczny szok w dochodach sektora surowcowego w kanoniczny przypadek strukturalnej nierównowagi w zorganizowanych systemach. W istocie ujawnił on ogólną dynamikę: nagłe zyski mogą osłabiać, a nie wzmacniać społeczeństwa, gospodarki, instytucje lub powiązane z nimi struktury.
Nawet dobrze zarządzane, zaawansowane systemy mogą zawieść, gdy nagłe, skoncentrowane zyski – finansowe, technologiczne, geopolityczne lub inne – zniekształcają sygnały informacyjne i wypaczają bodźce polityczne. Z czasem te rozbieżności osłabiają dyscyplinę, sprzyjają strategicznej krótkowzroczności i odwracają zasoby od ich najbardziej produktywnych zastosowań. W tym kontekście krótkoterminowe zyski wypierają cierpliwe, zwiększające produktywność inwestycje, stopniowo podważając długoterminową konkurencyjność. Gdy korzystne warunki przestają obowiązywać, ujawnia się podstawowa kruchość.
W swojej istocie, choroba holenderska stanowi mechanizm ekonomiczny, poprzez który nieoczekiwane bogactwo prowadzi do szerszego paradoksu obfitości, dylematu zarządzania wynikającego z obfitości. Sam nieoczekiwany zysk jest „dobrym problemem”, ale może stać się destrukcyjny, gdy dobrobyt złagodzi ograniczenia w całym zorganizowanym systemie.
Dylemat ten można rozwiązać poprzez rozsądne działania strategiczne i organizacyjne. W sferze ekonomicznej pociąga to za sobą aktywną politykę przemysłową (w tym strategiczne wsparcie dla branż zbywalnych), wspieraną przez ostrożnościowe instytucje fiskalne (takie jak państwowe fundusze majątkowe).
Wędrująca choroba: holenderska choroba na świecie
Choroba holenderska, pomimo swojej nazwy, jest nie tyle osobliwą holenderską anomalią, co uporczywą globalną tendencją do potykania się o nagłe bogactwa. Jest to powtarzający się schemat historyczny, w którym skoncentrowany sukces, w szerokim spektrum przejawów, zakłóca równowagę systemową, ponieważ nieoczekiwane zyski sprzyjają uzależnionej od renty gospodarce politycznej, podnosząc wartość walut, eliminując produkcję z rynków globalnych i osłabiając bodźce do modernizacji strukturalnej.
Napływ srebra z Nowego Świata do Hiszpanii w XVI wieku napędzał utrzymującą się inflację i nadmierne rozciągnięcie imperialne, jednocześnie niszcząc krajowe moce produkcyjne; australijska gorączka złota w XIX wieku napędzała wzrost płac i cen, podkopując rodzącą się produkcję; ekspansja ropy naftowej w XX wieku przekształciła Kuwejt, Nigerię i Wenezuelę, wywierając presję na wzrost realnego kursu walutowego, utrwalając zależność fiskalną od rent surowcowych i zwiększając narażenie na wahania cen surowców.
Albo rozważmy Nauru, maleńkie wyspiarskie państwo na Pacyfiku, którego boom wydobycia fosforanów w XX wieku ostatecznie doprowadził do nadzwyczajnego bogactwa na mieszkańca w latach 70. i na początku lat 80., zanim wyczerpywanie się zasobów i niegospodarność finansowa nie doprowadziły go w ciągu jednego pokolenia do poważnej niestabilności gospodarczej.
Nawet dobrze zarządzane państwa nie były odporne: ropa naftowa z Morza Północnego zmieniła bodźce przemysłowe w Norwegii i Wielkiej Brytanii w latach 70. i 90. XX wieku, wywierając presję na wzrost płac i realny kurs walutowy oraz podważając konkurencyjność sektorów zbywalnych.
Boom finansowy w Wielkiej Brytanii po 1986 roku przyczynił się do rozwoju metropolitalnej odmiany choroby holenderskiej, koncentrując kapitał i talenty w Londynie kosztem regionów produkcyjnych w regionie Midlands i na północy. Po drugiej stronie Atlantyku bogactwo technologiczne w obszarze Zatoki San Francisco również podniosło koszty i wyparło alternatywne gałęzie przemysłu.
Bardziej współczesne przejawy klątwy surowcowej, rozumianej zarówno w wąskim, jak i szerokim sensie, są strukturalnie analogiczne: gwałtowny wzrost eksportu ropy naftowej i metali nieszlachetnych podniósł wartość dolara kanadyjskiego w okresie supercyklu surowcowego na początku XXI wieku; gwałtowne wzrosty cen minerałów napędzały ekspansję górniczą w Chile i Australii w latach 2000. i na początku XXI wieku; napływ pomocy po katastrofach, który wywołał inflację w niektórych częściach Azji po tsunami na Oceanie Indyjskim w 2004 roku; czy też pojedynczy korporacyjny gigant, lider farmaceutyczny Novo Nordisk, wywierający nieproporcjonalnie duży wpływ na duński wzrost gospodarczy w latach 2010. i 2020.
Przez stulecia i kontynenty schemat ten ulegał ciągłym zmianom, ale logika niezamierzonych konsekwencji pozostała niezmienna: skoncentrowany dobrobyt, niezależnie od jego źródła, wielokrotnie destabilizował równowagę systemową, podnosząc koszty, zawężając zakres produkcji i przekierowując bodźce na zarządzanie nieoczekiwanymi zyskami zamiast ich przekraczania.
Strukturalny paradygmat ambiwalentnej obfitości oferuje trwałe lekcje: kiedy dobrobyt zawęża, a nie poszerza gospodarkę, dzisiejsze nieoczekiwane zyski przekształcają się w jutrzejsze ograniczenie; kiedy dominujące źródło dochodu zyskuje nieproporcjonalnie dużą wagę, wypiera pozostałe.
W praktyce zależność od zasobów często wiąże się z ograniczonym wzrostem, wysoką zmiennością i postępującym rozkładem instytucjonalnym. jeżeli nieoczekiwane zyski nie zostaną wykorzystane do dyscyplinowania i dywersyfikacji gospodarki, to, co zaczyna się jako błogosławieństwo, może kulminować w powolnym, samosprowadzonym upadku.
Choroba holenderska w transpozycji: prymat dolara i erozja przemysłowa
Choć szczegóły różnią się, globalną dominację dolara amerykańskiego można zdiagnozować jako współczesny przejaw choroby holenderskiej, patologii źle zarządzanej obfitości – rozciągniętej na całą skalę, a jednak działającej w zwolnionym tempie; mniej spektakularnej niż nieoczekiwany boom surowcowy, ale nie mniej znaczącej.
„Wygórowany przywilej” dolara jako światowej waluty rezerwowej był zarówno filarem dominacji finansowej, jak i źródłem obciążeń strukturalnych, wzmacniając dominację finansową, jednocześnie stopniowo niszcząc bazę produkcyjną kraju, strukturalnie ją osłabiając.
W szerokim ujęciu, wyjałowienie przemysłu – efekt uboczny dominacji dolara, przypominający holenderską chorobę – nie oznacza wyginięcia fabryk: Ameryka przecież nie przestała produkować. Stanowi raczej zmianę strukturalną, charakteryzującą się osłabieniem systemowej obecności przemysłu wytwórczego.
Właściwie rozumiane wyjałowienie przemysłu nie polega zatem na wytwarzaniu mniejszej ilości dóbr, ale na wytwarzaniu mniejszej części tego, co gospodarka musi być w stanie wyprodukować, aby sprostać strategicznym potrzebom w gwałtownie zmieniającym się krajobrazie geoekonomicznym.
W szerszej gospodarce USA przemysł wytwórczy stracił na znaczeniu gospodarczym, gęstości ekosystemu i strategicznej centralności, mimo wzrostu wydajności. W szczególności, zatrudnienie w przemyśle spadło, udział tego sektora w dochodzie narodowym zmniejszył się, krajowe łańcuchy dostaw uległy fragmentacji, a zbywalne moce produkcyjne uległy zawężeniu. Mechanizm degradacji jest podstępny: stopniowy, strukturalny i kumulatywny.
Ponieważ świat domaga się dolarów i amerykańskich aktywów finansowych, do USA stale napływają duże ilości kapitału zagranicznego. Ten dodatkowy popyt wywiera stałą presję wzrostową na realny kurs walutowy, podnosząc go powyżej poziomu zgodnego z fundamentalnymi założeniami handlu realnej gospodarki przy braku stałego popytu na aktywa rezerwowe.
Aprecjacja waluty z kolei osłabia konkurencyjność eksportu i zwiększa penetrację importu, działając na niekorzyść nie tylko eksporterów, ale także branż nastawionych na rynek krajowy, narażonych na zagraniczną konkurencję. Z czasem to nastawienie na kurs walutowy stopniowo osłabia najważniejsze segmenty gospodarki produkcyjnej, zmniejszając jej znaczenie systemowe i strategiczny zasięg.
Patrząc z perspektywy ekonomii politycznej, swoboda fiskalna tworzona przez tanie pożyczki i utrzymujący się popyt zagraniczny na amerykańskie zobowiązania zmienia układ bodźców. Uprzywilejowuje ona pozyskiwanie i dystrybucję rent bilansowych – nadwyżek zysków pochodzących ze strukturalnych korzyści finansowych i rewaluacji aktywów, a nie z inwestycji zwiększających produktywność. Podobnie, polityka gospodarcza skłania się ku wspieraniu cen aktywów, których utrzymujący się wzrost nabrał większego znaczenia systemowego i wyborczego w warunkach dominacji dolara.
Ta dynamika nie oznacza celowego ukierunkowania cen aktywów, a raczej asymetrię ryzyka: wraz z pogłębianiem się rynków finansowych i ekspansją kredytową, majątek gospodarstw domowych staje się coraz bardziej zależny od aktywów, co sprawia, iż wyceny aktywów stają się coraz bardziej integralną częścią stabilności gospodarczej.
W takiej konfiguracji kary za niewystarczającą stabilizację są natychmiastowe i skoncentrowane, podczas gdy koszty nadmiernej akomodacji są odroczone i rozproszone. Wsparcie cen aktywów przynosi natychmiastowe i widoczne korzyści polityczne; dywersyfikacja natomiast wymaga szeroko rozproszonych, długoterminowych i politycznie ryzykownych dostosowań.
Decydenci polityczni stoją zatem przed silnymi bodźcami, aby unikać przedłużających się spadków na rynkach, stawiając stabilizację finansową ponad długoterminową rebalansację przemysłową; w związku z tym reformy strukturalne tracą na znaczeniu. W Stanach Zjednoczonych ta niespójność bodźców, zakorzeniona w dominacji dolara, zarówno sprzyjała, jak i utrwalała erozję zdolności produkcyjnych.
Klinicznie, amerykański szczep choroby holenderskiej okazał się wyjątkowo zjadliwy, powodując głębokie konsekwencje systemowe. Ocenę tę potwierdzają dane empiryczne, które ujawniają niezwykłą skalę i głębokość wyniszczenia przemysłu w Ameryce.
[Część 4 z serii o globalnym dolarze. Ciąg dalszy nastąpi. Poprzednie felietony z serii:
Część 1, opublikowana 16 stycznia 2026 r.: Kompas prof. Schlevogta nr 38: Detronizacja zielonego boga – Wenezuela i spiski petrodolara;
Część 2, opublikowana 30 stycznia 2026 r.: Kompas prof. Schlevogta nr 39: Pułapka wygórowanych przywilejów – Jak władza dolara uwikłała Amerykę;
Część 3, opublikowana 5 lutego 2026 r.: Kompas prof. Schlevogta nr 40: Globalna zapadka rezerwowa – Jak rządy dolara blokują deficyty handlowe]







