Są w polityce ludzie, którzy budują, są tacy, którzy planują, a są też tacy, którzy… szukają gniazdka elektrycznego, żeby włożyć w nie widelec. Wojciech Komarzyński od dawna specjalizuje się w tej trzeciej kategorii.
Radny sejmiku województwa opolskiego, z Opozycji 13 grudnia czyli PiS, ogłosił światu, iż marszałek odmówił mu informacji publicznej. Marszałek – Szymon Ogłaza – odpowiada spokojnie: interpelacja nie służy do prowadzenia kontroli, są tryby, są procedury, zapraszamy, dokumenty czekają. Brzmi to jak nudna instrukcja obsługi samorządu.
A nuda, jak wiadomo, jest największym wrogiem politycznego showmana.
Dlatego na scenę wchodzi wsparcie specjalne – Kamil Bortniczuk. Kontrola poselska, kamery, poważne miny i zapowiedzi „skandalicznego zachowania”. W tle słychać szelest segregatorów i echo słowa „transparentność” odmienianego przez wszystkie przypadki. Poseł, niczym notarialne potwierdzenie ambicji radnego, ogłasza „skandaliczną odmowę” marszałka, choć marszałek od miesiąca spokojnie czekał na kontrolę i tylko delikatnie próbował zasugerować, iż interpelacja to jednak nie to samo, co tryb kontrolny. Ale po co znać procedury…
Trzeba przyznać: konsekwencja jest.
W tle opolskiej awantury majaczy Nysa, gdzie poseł Bortniczuk tropi „aferę marynarkową”. Dwie marynarki i skarpetki kupione z karty prezentowej dla młodzieży – to brzmi jak zbrodnia stanu. Można by pomyśleć, iż politycy PiS, przyzwyczajeni do rozmachu w wydawaniu publicznych milionów na lewe fundacje czy respiratory, których nie było, nagle stali się tak oszczędni, iż będą liczyć marszałkowi Ogłazie każdą parę stopek w delegacji. Gdyby ktoś prowadził kronikę wystąpień radnego Komarzyńskiego, mógłby dojść do wniosku, iż Opolszczyzna to kraina nieustannego finansowego Armagedonu, w której jedyną ostoją prawa jest konferencja prasowa.
Problem w tym, iż za każdym razem rzeczywistość okazuje się mniej widowiskowa. Regionalna Izba Obrachunkowa, Najwyższa Izba Kontroli, CBA – wszystkie te instytucje już istnieją i działają. Ale one nie organizują briefingów z dramaturgią godną teatru telewizji.
Komarzyński natomiast konsekwentnie buduje wizerunek samotnego strażnika budżetu. Człowieka, który – niczym audytor z westernu – wkracza do urzędu i mówi: „Sprawdzam”. Tyle iż gdy przychodzi moment formalnego „sprawdzam”, okazuje się, iż najpierw trzeba było napisać pismo we właściwym trybie. A to już brzmi zbyt technicznie jak na polityczną epopeję. Warto zauważyć pewną prawidłowość. Najpierw głośna zapowiedź, potem moralne oburzenie, następnie oskarżenia o łamanie prawa. A na końcu – zwykle cisza albo informacja, iż wszystko odbędzie się „w ustawowym trybie”.
Spektakl się kończy, kurtyna opada, ale radny już pracuje nad kolejnym aktem.
Tym razem hasłem przewodnim są wyciągi bankowe z ostatnich pięciu lat. Brzmi groźnie. Pięć lat! Delegacje! Promocja! Gabinet marszałka! Bizancjum! W praktyce – standardowa dokumentacja finansowa, którą każdy urząd musi prowadzić i rozliczać. Ale przecież nie chodzi o dokumenty. Chodzi o narrację.
Ironia polega na tym, iż gdy marszałek mówi „czekaliśmy miesiąc”, brzmi to jak suchy komunikat administracyjny. Gdy radny mówi „to złamanie prawa”, brzmi jak zapowiedź procesu norymberskiego. Skala emocji rośnie, choć przedmiot sporu pozostaje prozaiczny. Można odnieść wrażenie, iż w tej opowieści mniej chodzi o kontrolę, a bardziej o kontrolowanie uwagi. Bo im głośniejsza zapowiedź, tym większa szansa, iż ktoś zapamięta nazwisko. A w polityce pamięć bywa walutą cenniejszą niż wyciągi bankowe. I tak Opolszczyzna znów dostaje swój cykliczny spektakl: radny Komarzyński kontra urząd. W roli gościnnej poseł Bortniczuk. W tle paragrafy, interpelacje i słowo „skandal”, które – używane odpowiednio często – zaczyna brzmieć jak przerywnik muzyczny.
Czy coś z tej kontroli wyniknie? prawdopodobnie dokumenty zostaną obejrzane, podpisy złożone, a procedury odhaczone. Urząd będzie działał dalej. Radny prawdopodobnie też – już z nowym tematem, nową konferencją i kolejnym alarmem.
Bo w tym przedstawieniu najważniejsze nie jest to, czy coś się pali. Najważniejsze, by syrena była dobrze słyszalna. Na końcu pozostaje więc jedno, bardzo opolskie pytanie: ile jeszcze razy da się zagrać tę samą sztukę, zmieniając tylko rekwizyty – raz marynarki i skarpetki, raz karty kredytowe, raz odszkodowania sprzed lat – zanim widownia zorientuje się, iż to nie jest walka o pieniądze publiczne, tylko o własne miejsce w kadrze?
Fot. melonik












