Wbrew temu, czego chciałyby dwa zwaśnione obozy, tj. obóz prezydenta Miszalskiego i obóz tych, którzy chcą go odwołać, nie wszystko idzie po myśli i jednych i drugich.
O referendum w Krakowie mówiło się od dawna, a im więcej się mówiło, tym większe było znudzenie i narastające przekonanie, iż nic z tego. Tymczasem 27 stycznia część mieszkańców powiedziała „sprawdzam”, no i się zaczęło.
Zaczęło się oczywiście od zbierania podpisów pod inicjatywą referendalną. Imponujące jest zorganizowanie przeciwników prezydenta oraz impet zbierania tych podpisów. Tyle miodu. Teraz trochę więcej niż łyżka dziegciu. Przede wszystkim, wielka skala zgromadzonych podpisów w pierwszej fazie ich zbiórki jest czymś zupełnie naturalnym. Gdyby tego nie było na początku, znaczyłoby, iż nie ma potencjału w całym pomyśle i należałoby rozważyć jego natychmiastowe zawieszenie. Na początku tego tygodnia organizatorzy mieli podobno 40 tysięcy podpisów. Robi wrażenie, ale… taką liczbę dał przede wszystkim efekt świeżości projektu. Trzeba jednak powiedzieć sobie jasno, iż jeżeli prezydent, czy kojarzona z nim większość rządowa w Polsce, nie zaliczą do końca marca jakiejś spektakularnej wpadki, to dynamiczniej nie będzie. To z kolei oznacza, iż inicjatorom referendum brakuje jeszcze ok. 18 tysięcy podpisów do minimalnej liczby wymaganej do przeprowadzenia głosowania. Im bliżej tego minimalnego progu skończą zbiórkę, tym gorzej. Pamiętają to doskonałe wszyscy, którzy śledzili inicjatywę Łukasza Gibały sprzed 10 lat. Wtedy komitet, który chciał odwołać Jacka Majchrowskiego zebrał ok. 86 tysięcy podpisów, z czego ok. 40% była podpisami osób nieuprawnionych i do referendum nie doszło. choćby jeżeli dzisiejsi inicjatorzy odrobili lekcję z doświadczeń Gibały, trzeba sobie jasno powiedzieć, iż 35 tysięcy podpisów to wynik dobry, ale tylko dobry i dynamika zbierania podpisów najpewniej już nie wzrośnie, dlatego starania organizatorów, by te podpisy zebrać, też musi rosnąć. Czy wystarczy im do tego sił i środków? Zobaczymy.
Po drugie, pojawiają się zachwyty nad niespotykanym zjednoczeniem różnych środowisk przy zbiórce podpisów. Żadna łaska, bowiem i PiS i Konfederacja i wszyscy inni mają w perspektywie albo obalić to co jest, a co nie jest dla nich korzystne i spróbować skorzystać z szansy, którą daje obalenie władzy, albo tkwić pod rządami tej władzy przez kolejne 3 lata. Wybór wydaje się oczywisty. Wiadomo, iż wśród przedstawicieli PiS na ogół nie widać entuzjazmu w zbieraniu podpisów, bo choćby jeżeli referendum się powiedzie, to wprowadzić kandydata Prawa i Sprawiedliwości do Pałacu Wielopolskich będzie bardziej niż trudno, ale przynajmniej pojawia się szansa. Tak, czy inaczej, fakt, iż przeciwnicy Miszalskiego jednoczą się, by go obalić, nie powinien nikogo dziwić. Problem dla prezydenta zacznie się, gdy inicjatywę wesprą w tej chwili niezdecydowani.
I właśnie tych niezdecydowanych prezydent chce przekonać inwestycjami i kampanią medialną. Media zalewa właśnie fala informacji z Magistratu o rozpoczynających się inwestycjach w różnych obszarach. Dodatkowo, periodyk Kraków.pl ma co miesiąc trafiać do skrzynek Krakowian, by informować o aktywności włodarza miasta. Wszystko to może odbić się czkawką. Po pierwsze, dlatego iż właśnie niezdecydowani mogą odnieść wrażenie, iż trzeba było referendum, żeby władze wzięły się do roboty. Na przykład, na początku tego tygodnia Magistrat ogłosił, iż w dziedzinie edukacji przechodzi od drobnych remontów, jak malowanie korytarzy i klas, do dużych projektów infrastrukturalnych. Innymi słowy, zamiast pudrować dziury, zaczął je łatać. Chwalebne. Tylko czy naprawę trzeba straszyć rajców referendum, żeby zaczęli robić to po co zostali przez społeczeństwo wybrani? Podobnie strzałem w stopę może okazać się comiesięczne zapychanie skrzynek Krakowian porządnie wydaną, a więc drogą, gazetą? Większość wyrzuci natychmiast po wyjęciu iż skrzynki. Źle nastawieni do prezydenta natychmiast policzą ile kosztowało cale przedsięwzięcie, a będą to koszty niemałe.
Odwołanie dyrektora Zarządu Transportu Publicznego Łukasza Franka też nie musi być gamechangerem, albo może zmienić grę nie w tym kierunku, o który Aleksandrowi Miszalskiemu chodzi. Prezydent chce tym ruchem przekonać do siebie bardziej tych, którzy są mu nieprzychylni. To zaś konstrukcja karkołomna, podobna w formie do słynnego referendum Bronisława Komorowskiego z 2015 r. Ówczesny prezydent, przegrywając pierwszą turę boju o reelekcję chciał zachęcić elektorat trzeciego w wyścigu Pawła Kukiza i naprędce zainicjował referendum o pytaniach tak osobliwych, iż elektorat Kukiza nie uwierzył mu i tak, za to niezdecydowani oraz niektórzy popierający go w drugiej turze przyłożyli rękę do jego porażki. Współczesnym, krakowskim niezdecydowanym i popierającym prezydenta Miszalskiego dość nieśmiało trudno oprzeć się wrażeniu (o czym świadczą liczne komentarze w mediach po środowej dymisji), iż prezydent znajduje kozła ofiarnego, a takie ruchy często znajdują więcej przeciwników niż zwolenników.
Prezydentowi i jego środowisku nie przyniosą też fanów opowieści o tym, iż referendum jest próbą sięgnięcia po władzę tylnymi drzwiami, iż suweren już przecież zdecydował kto ma być prezydentem itp. Owszem, zdecydował, ale dwa lata temu, a zbieranie podpisów i ewentualne referendum to też przejaw suwerenności. Do tego przejawu prawo daje Ustawodawca, który zresztą daje także każdemu organowi samorządu szansę, by okrzepł i wdrożył się w obowiązki. W tym czasie nie organizuje się referendów o odwołanie. Ale ten czas nie trwa pięć lat, a pół roku i w Krakowie dawno się skończył.
Co więc powinien zrobić prezydent Miszalski zamiast zżymać się, iż mieszkańcy korzystają z prawa organizacji referendum? Odpowiedź jest prosta i ulubiona przez polityków. Nic! Nic, ponieważ dwie najważniejsze szansę prezydenta w sytuacji, w której się w tej chwili znalazł to brak wystarczającej liczby podpisów do uruchomienia referendum, a jeżeli już do niego dojdzie, brak wystarczającej frekwencji. W większości referendów zwolennicy odwoływania władz najczęściej mają większe zdolności mobilizacyjne, nie ma więc sensu kopanie się z koniem. Prezydentowi Miszalskiemu potrzebna jest więc teraz cisza, która uśpi elektorat, a jego przeciwnikom wrzask, który ich obudzi, z tym, iż za duży i za częsty wrzask też może się znudzić.
Przed oboma stronami sporu stoi więc nie lada zadanie. Kto będzie zwycięzcą pierwszego, a być może ostatniego aktu tego dramatu, dowiemy się już w marcu.
Jakub Olech, politolog, wykładowca akademicki, Krakowianin z importu, obserwator (bliższy) i uczestnik (dalszy) życia miasta i regionu.

2 godzin temu



![Poseł Grabowski na zebraniach OSP. Medale sejmowe dla zasłużonych [ZDJĘCIA]](https://www.eostroleka.pl/luba/dane/pliki/zdjecia/2026/collage_3-0.jpg)








![Roman Dołżycki – „Między formą a materią”. Wystawa otwarta w Multimedialnym Centrum Artystycznym [zdjęcia]](https://tarnow.ikc.pl/wp-content/uploads/2026/02/wernisaz-MCA-fot.-Artur-Gawle0004.jpg)