Kłopoty w aborcyjnym „raju”. Aborcjonistki płaczą, iż Meta blokuje ich profile i biegną po pomoc do Parlamentu Europejskiego

5 godzin temu

W ciągu jednego tygodnia z Facebooka zniknęło pięć organizacji zajmujących się „pomocą” w aborcji: Aborcyjny Dream Team, Legalna Aborcja, Przychodnia Abotak, Women Help Women oraz Ogólnopolski Strajk Kobiet. Aktywistki natychmiast ogłosiły stan oblężenia, zaczęły pisać petycje do Parlamentu Europejskiego i lamentować nad „cenzurą”. Zdaje się, iż nie zadały sobie podstawowego pytania: czy to przypadkiem nie konsekwencja tego, iż łamią prawo?

Trudno o lepszy przykład tego, jak środowiska proaborcyjne funkcjonują w świecie równoległym do rzeczywistości prawnej. Meta zablokowała im strony – i zamiast zastanowić się, dlaczego akurat one wzbudziły zainteresowanie platformy, aktywistki od razu przeszły do trybu ofiary. Bo przecież zawsze są ofiarami – państwa, systemu, Kościoła, konserwatystów, fundamentalistów itp. Nie może być tak, iż po prostu łamią prawo – bo, przypomnijmy, pomocnictwo w aborcji jest w Polsce zagrożone karą do 3 lat więzienia – i powinny ponosić tego konsekwencje.

Cenzura czy przestrzeganie prawa?

Sam Aborcyjny Dream Team opisał sprawę w typowym dla siebie, dramatycznym tonie. Organizacja poinformowała, iż straciła dostęp do profilu razem z kilkoma innymi kolektywami, po czym część kont odzyskała dostęp, ale nie wiadomo, na jak długo. W kolejnym wpisie ADT przekonywało, iż bez „systemowego wsparcia” w aborcji, jakie – ich zdaniem – powinno istnieć w Polsce, jedyną alternatywą jest wsparcie oddolne, czyli właśnie ich działalność. Ograniczanie kontaktu z takimi organizacjami miałoby więc bezpośrednio zagrażać bezpieczeństwu kobiet.

Brzmi szlachetnie, prawda? Problem w tym, iż ta „oddolna pomoc” w rzeczywistości oznacza pomocnictwo w przerywaniu ciąży, czyli czyn zabroniony na mocy art. 152 Kodeksu karnego. Aborcyjny Dream Team i podobne organizacje od lat otwarcie przyznają się do przesyłania kobietom środków poronnych, udzielania instrukcji, jak samodzielnie dokonać aborcji farmakologicznej oraz organizowania wyjazdów na aborcję za granicę. Same aktywistki przecież wielokrotnie chwaliły się liczbami – tysiącami kobiet, którym „towarzyszyły” w przerywaniu ciąży. Nie jest to więc żadna abstrakcyjna, teoretyczna działalność ani tajemnica. To konkretne czyny, którymi chwalą się publicznie – a za każdym z nich stoi śmierć dziecka.

Wlepki na mieście i petycja w Brukseli

Gdy część kont – w tym samego ADT, Abotaku i Legalnej Aborcji – wróciła po tygodniowej blokadzie, aktywistki nie ukrywały, iż nie wiedzą, jak długo to potrwa. Women Help Women oraz Toruńska Brygada Feministyczna miały „pecha” – ich blokady się przedłużały.

Zamiast zastanowić się nad tym, dlaczego akurat organizacje zajmujące się „pomocą” w przerywaniu ciąży budzą tak duże zainteresowanie moderatorów Mety, aborcjonistki zaproponowały rozwiązanie iście „podziemne”: rozwieszanie po mieście wlepek z informacjami o „bezpiecznej aborcji”.

Padły przy tym słowa, które chyba najlepiej oddają mentalność tego środowiska: skoro państwo i korporacje są przeciwko nim, muszą wziąć sprawy w swoje ręce. Nie przyszło im jednak do głowy, iż państwo mogłoby być „przeciwko nim” po prostu dlatego, iż to, co robią, narusza obowiązujące w tym państwie prawo. I adekwatnie to chciałoby się powiedzieć – najwyższy czas, bo jak dotąd polski wymiar sprawiedliwości bardzo skutecznie przymyka oko na ich działalność, a postawiony pod ścianą – jak w przypadku procesu jednej z czołowych aktywistek ADT Justyny Wydrzyńskiej ­– raczej pozoruje działania, zamiast realnie próbować zapobiegać kolejnym przestępstwom.

Ale w tym wypadku to przecież choćby nie problem z polskim państwem, a raczej z cyfrowym gigantem, który próbuje chyba pokazać, iż nie pozwala na łamanie prawa na swoich platformach – to też należałoby chyba uznać za pozory, bo same aborcjonistki przyznają, iż takie „bany” ich profile dostają regularnie i… adekwatnie nic więcej z tego nie wynika.

Nie mogło oczywiście zabraknąć klasycznego narzędzia polskiej lewicy: apelu o ratunek do instytucji unijnych. W petycji do Parlamentu Europejskiego aborcjonistki domagają się między innymi zbadania okoliczności blokowania kont, oceny zgodności działań Mety z unijnym prawem oraz – co szczególnie wymowne – zapewnienia, iż organizacje udzielające „rzetelnych informacji dotyczących zdrowia reprodukcyjnego” nie będą traktowane jak podmioty prowadzące działalność nielegalną lub szkodliwą.

Otóż to. Cały spór sprowadza się właśnie do tego jednego zdania. Aktywistki chcą, żeby Unia Europejska formalnie zagwarantowała im coś, czego nie może zagwarantować żadna platforma społecznościowa ani żaden parlament: iż pomocnictwo w przerywaniu ciąży, będące w Polsce przestępstwem, nie będzie traktowane jako nielegalne. To trochę tak, jakby domagać się od Facebooka gwarancji, iż promowanie sprzedaży narkotyków albo kradzieży nie będzie uznawane za promowanie czegoś nielegalnego, tylko dlatego, iż sprzedający uważają, iż czynią dobro.

Media, które nie zadają pytań

Sprawę oczywiście chętnie podchwyciły przychylne środowisku proaborcyjnemu media, opisując całą sytuację jako starcie Mety z „prawami reprodukcyjnymi”, w którym to platforma jest stroną atakującą, a organizacje – niewinnymi ofiarami walczącymi o dostęp do rzetelnej wiedzy. Nie pojawia się w tej narracji ani jedno zdanie o tym, iż owa „rzetelna wiedza” to w praktyce instrukcje, jak obejść polskie prawo (i tak już w minimalnym stopniu chroniące życie), ani iż sama działalność opisywanych organizacji od lat budzi poważne wątpliwości prawne. Nikomu z redakcji nie przyszło też do głowy zapytać wprost: czy strona, która krok po kroku tłumaczy, jak zamówić tabletki poronne i jak ich użyć bez wiedzy lekarza, powinna funkcjonować bez ograniczeń na platformie zobowiązanej przestrzegać prawa krajów, w których działa?

Trzeba przy tym przyznać, iż działania samej Mety trudno nazwać spójną polityką – blokady były chaotyczne, jedne organizacje wracały po kilku dniach, inne czekały dłużej, co bardziej przypomina przypadkowe potknięcie algorytmów moderacyjnych niż świadomą decyzję koncernu. Nie zmienia to jednak faktu, iż choćby taka niedoskonała reakcja jest krokiem we adekwatnym kierunku. Organizacje otwarcie przyznające się do pomocnictwa w przerywaniu ciąży nie powinny mieć nieograniczonej przestrzeni do promowania swojej działalności na platformie, która sama deklaruje przestrzeganie lokalnych przepisów.

Ofiary do kwadratu

Symptomatyczne jest to, jak bardzo aktywistki przyzwyczaiły się do roli ofiar. Regularnie przygotowują roczne raporty ze swojej „pracy”, chwaląc się w mediach społecznościowych rekordową liczbą kobiet, którym „pomogło”, a przypomnijmy, iż w gronie korzystających z ich „wsparcia” znajdowały się (jak same przyznawały) nastolatki, w przypadku których zachodziło podejrzenie, iż ciąża powstała w wyniku przestępstwa i kobiety w ciążach tak zaawansowanych, iż można było rozwiązać je porodem, a nie aborcją.
Teraz te same organizacje, dumne ze swojej działalności, oburzają się, iż nie mogą jej swobodnie reklamować. Trudno o bardziej wymowny przykład tego, jak bardzo to środowisko żyje w przekonaniu, iż stoi ponad prawem – i iż każda próba jego wyegzekwowania jest prześladowaniem, a nie zwyczajną konsekwencją łamania przepisów.

Można się spodziewać, iż kolejne petycje, apele do europarlamentu i akcje z wlepkami będą się mnożyć. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, iż cała ta walka o możliwość dalszego reklamowania „siostrzanej pomocy” to w rzeczywistości walka o prawo do niezakłóconej promocji działalności, która samym aktywistkom zapewnia chyba dość profitów, by nie tylko żyć, ale stać się aborcyjnymi celebrytkami.

Aleksandra Gajek

Centrum Życia i Rodziny

Idź do oryginalnego materiału