Zniknięcie Antoniego Macierewicza z pierwszego planu polityki nie jest przypadkiem. W Prawie i Sprawiedliwości dobrze wiedzą, iż postać, która przez lata była jednym z najbardziej rozpoznawalnych – i najbardziej kontrowersyjnych – symboli tej formacji, dziś stała się dla niej ciężarem. Dlatego PiS Macierewicza nie atakuje, nie rozlicza i nie żegna. PiS go po prostu chowa. Po cichu, bez deklaracji, licząc na to, iż wyborcy sami zapomną.
Antoni Macierewicz przez lata był dla obozu Jarosława Kaczyńskiego narzędziem niezwykle użytecznym. To on nadawał ton smoleńskiej narracji, on podsycał emocje, on budował opowieść o zamachu, zdradzie i wewnętrznych wrogach. Jego radykalizm nie był wypadkiem przy pracy – był elementem strategii. Problem w tym, iż strategia ta zużyła się szybciej niż jej autor.
Dziś aktywność polityczna Macierewicza wyraźnie osłabła. Nie jest już głównym mówcą, nie nadaje kierunku debacie, nie stanowi twarzy partyjnej mobilizacji. Zamiast tego PiS eksponuje innych – głośnych, ale mniej obciążonych przeszłością. Macierewicz został przesunięty na boczny tor, bo jego obecność przestała pomagać, a zaczęła szkodzić. Stał się żywym przypomnieniem najbardziej skrajnych, kompromitujących elementów historii tej partii.
Ale PiS nie potrafi – i nie chce – powiedzieć tego wprost. Bo oznaczałoby to przyznanie się do błędu. A na to partia Prawo i Sprawiedliwość nigdy sobie nie pozwala. Zamiast rozliczenia mamy więc strategię przemilczenia. Macierewicz nie znika formalnie, nie traci mandatu, nie zostaje potępiony. Jest po prostu mniej widoczny. Jakby nigdy nie był centralną postacią całej epoki.
W tym sensie decyzja o „ukryciu” Macierewicza jest decyzją Jarosława Kaczyńskiego. To prezes PiS przez lata dawał mu polityczną ochronę, legitymizował jego tezy i pozwalał mu na działania, które w normalnym państwie skończyłyby się dymisją. Komisja smoleńska, podkomisje, raporty bez konkluzji, kompromitujące wystąpienia międzynarodowe – wszystko to działo się za wiedzą i zgodą Kaczyńskiego.
Dziś Kaczyński udaje, iż problemu nie ma. Macierewicz jest formalnie w partii, ale faktycznie poza grą. To wygodne: nie trzeba tłumaczyć się z lat narracyjnego ekstremizmu, nie trzeba przepraszać, nie trzeba przyznać, iż polityka oparta na teoriach spiskowych okazała się ślepą uliczką. Wystarczy schować autora tej strategii za kulisy.
Tyle iż polityczna pamięć bywa dłuższa, niż zakładają partyjni stratedzy. Macierewicz nie jest postacią marginalną, którą da się wymazać jednym ruchem. Jest symbolem epoki PiS, epoki, w której emocje zastąpiły fakty, a ideologia – kompetencje. Jego zniknięcie nie unieważnia tego dorobku. Przeciwnie: tylko go uwypukla, pokazując, iż partia nie potrafi się z nim zmierzyć.
Co więcej, „chowanie” Macierewicza to sygnał słabości PiS. Partia, która jeszcze niedawno opierała swoją tożsamość na radykalnej narracji, dziś boi się jej własnych twórców. To dowód, iż strategia oparta na eskalacji konfliktu wyczerpała się, a PiS nie ma pomysłu na nową opowieść. Zamiast refleksji – cisza. Zamiast rozliczenia – zapomnienie.
Macierewicz jest dziś dla PiS niewygodnym lustrem. Przypomina, dokąd prowadzi polityka oparta na obsesjach i personalnych krucjatach. Dlatego partia Kaczyńskiego woli go nie pokazywać. Ale chowanie problemu nie sprawia, iż on znika. Sprawia tylko, iż odpowiedzialność za niego staje się jeszcze bardziej widoczna.

20 godzin temu












