Klęska Ziobry. choćby Nawrocki ma go dość

3 godzin temu

Decyzja Zbigniew Ziobry o przyjęciu azylu politycznego na Węgrzech miała być – w jego narracji – aktem odwagi i obrony przed „politycznymi represjami”. W praktyce okazała się politycznym samobójem, który wywołał konsternację nie tylko wśród krytyków byłego ministra sprawiedliwości, ale również w jego własnym obozie. Co więcej, choćby Karol Nawrocki, formalnie życzliwy PiS, nie ukrywał, iż takiej decyzji by nie podjął. To sygnał, iż Ziobro przekroczył granicę, za którą kończy się polityczna lojalność, a zaczyna zwykłe poczucie niestosowności.

Oficjalna wersja wydarzeń, przekazana przez pełnomocnika polityka, brzmi dramatycznie. Mecenas Bartosz Lewandowski informował, iż Ziobro „uzyskał ochronę międzynarodową i azyl polityczny na Węgrzech w związku z naruszeniami praw i wolności na terytorium Polski”. W tle mają być działania prokuratury i służb, „noszące znamiona politycznie motywowanych represji”, w tym zapowiedzi unieważnienia paszportów czy zabezpieczenia majątkowe. Język tej deklaracji jest starannie dobrany: ma sugerować sytuację graniczną, niemal rodem z państw autorytarnych. Problem polega na tym, iż Ziobro nie jest opozycyjnym dysydentem, ale byłym ministrem, który przez lata współtworzył system, w którym prokuratura była narzędziem władzy.

Najbardziej kłopotliwa dla Ziobry okazała się jednak reakcja prezydenta. Nawrocki, pytany w Londynie, czy sam zdecydowałby się na wyjazd z kraju, odpowiedział bez wahania: „Nie opuściłbym [Rzeczypospolitej], bo jestem historykiem i wiem, iż polski system był łamany także przez komunistów po 1945 roku”. To zdanie, choć ubrane w historyczną refleksję, jest w istocie politycznym policzkiem. Prezydent jasno dał do zrozumienia, iż choćby jeżeli dostrzega problemy z praworządnością, to ucieczka za granicę nie jest rozwiązaniem godnym polityka, który przez lata odwoływał się do etosu państwowości i suwerenności.

Owszem, Nawrocki dodał, iż „są tacy, którzy nie mogąc liczyć na sprawiedliwy proces, Polskę opuszczają”, a Węgry „mają prawo” udzielić azylu. Ale to już dyplomatyczna kurtuazja, a nie realne poparcie. Między wierszami wybrzmiewa chłodna ocena: Ziobro wybrał drogę, która nie mieści się w tradycyjnym, patriotycznym imaginarium, tak chętnie przez niego samego eksploatowanym.

Bo jak pogodzić opowieść o „represjach” z faktem, iż prokuratura chce postawić mu konkretne zarzuty, w tym dotyczące nadużyć w resorcie sprawiedliwości? Jak zestawić narrację o prześladowaniach z latami sprawowania realnej władzy, w trakcie których Ziobro bez skrupułów atakował sędziów, trybunały i instytucje kontrolne? Azyl w Budapeszcie wygląda raczej na próbę zamiany sali sądowej na konferencję prasową – i to w kraju rządzonym przez politycznego sojusznika.

W tym sensie decyzja Ziobry jest nie tylko osobistą ucieczką, ale i symbolem kryzysu wiarygodności całej formacji. jeżeli choćby prezydent, wywodzący się z tego samego środowiska, mówi: „ja bym nie wyjechał”, to znaczy, iż granica została przekroczona. Polityk, który przez lata budował swoją pozycję na twardych deklaracjach o suwerenności i odwadze, wybrał azyl – rozwiązanie kojarzone raczej z bezsilnością niż z siłą.

Ziobro chciał prawdopodobnie pokazać się jako ofiara systemu. Wyszedł jednak na kogoś, kto nie potrafi ponieść konsekwencji własnych decyzji. A gdy choćby sojusznicy mówią półgłosem, iż „oni zostaliby w kraju”, trudno o bardziej wymowną recenzję.

Idź do oryginalnego materiału