KIM NAPRAWDĘ JEST JACEK KURSKI?

14 godzin temu

Współautor „Lewego czerwcowego” od dziesięcioleci zaskakuje nas działaniami, skutkiem których zasadne jest pytanie, kim on tak naprawdę jest i jakim sprawom rzeczywiście służy.

Jacek Kurski ma swoje zasługi, z których największą jest film pt. „Nocna zmiana”. Nie równoważą one jednak szkód, wyrządzanych przez niego wielokrotnie. I to szkód ogromnych, gdyż z przyczyn, które trudno mi odgadnąć, wiele razy wynoszony był na jedne z najwyższych stanowisk w naszym kraju. A na stanowiskach tych wyczyniać potrafił wolty najprzedziwniejsze i najbardziej destrukcyjne. Przy czym stanowiska te powierzano mu pomimo cynicznego przeskakiwania z jednej partii politycznej do drugiej. Wiele procederów realizowanych przez Jacka Kurskiego woła o pomstę do Nieba a nie jest przy tym jasne, czy są one skutkiem osobistych fobii, czy też czegoś więcej. Należała do nich np. polityka informacyjna, realizowana przez zarządzaną przez Kurskiego Telewizję Polską. Przez niemal cztery lata kierowane przez niego TVP zachowywało się tak, jakby w Polsce nie istniał urząd prezesa rady ministrów. Można wtedy było odnieść wrażenie, iż niektórzy posłowie niemal mieszkają w studiach telewizyjnych, gdyż kamery pokazywały ich nieustannie. Tymczasem o bezliku aktywności premiera Mateusza Morawieckiego z zarządzanej przez Kurskiego telewizji zwanej publiczną lub rządową (!!!) nie można się było dowiedzieć niemal niczego. Przyglądając się tej kuriozalnej sytuacji główny serwis informacyjny telewizji, od nazwiska prezesa zwanej Kur – Wizją, śledziłem ze stoperem w ręce. Tym sposobem ustaliłem, iż postaci premiera ówczesnego rządu nigdy nie poświęcano czasu więcej, niż sześć sekund. Zważywszy, iż wielu posłom oddawano kilkadziesiąt razy więcej czasu antenowego stwierdzić można, iż antenowa obecność czwartej osoby w państwie, szefa rządu (!!!) była niemal literalnie – żadna. Fakt ten rodził oczywiste pytanie o przyczyny, dla których szef rządu – jest eliminowany z medialnej obecności w rządowej telewizji. Czy to tylko efekt kuriozalnych fobii Kurskiego czy powody są – poważniejsze. Jedno i drugie uzasadniało powrót pytania: Kim tak naprawdę jest Jacek Kurski? Jaki jest cel jego działania? Powodów do postawienie takiego pytania Kurski dawał więcej. Ostatnio – krańcowo absurdalnym atakiem znów wymierzonym w Mateusza Morawieckiego. Podjętym w momencie najgorszym z możliwych, w czasie największych od parunastu lat spadków sondażowych partii Prawo i Sprawiedliwość, w okresie największego zagrożenia rozpadem tej formacji. Bez dwóch zdań – ten krok Kurskiego działał na rzecz trwałego wyeliminowania PiS – u spośród partii mogących liczyć na jakikolwiek sukces w najbliższych wyborach. Czyli na rzecz utrwalenia reżimu Tuska, na przedłużenie jego rządów na kolejną kadencję. Kim jest więc ktoś wykonujący takie działania?

Jacek Kurski daje więc często powody do postawienia sobie dwóch pytań. Pierwsze dotyczy jego brata Jarosława, od roku 1989 nieustannie funkcjonującego na samych szczytach elit politycznych i medialnych skrajnie przeciwstawnych tym, z którymi związany jest Jacek Kurski. Różni ich niewielka, dwuipółroczna różnica wieku. Obydwaj stanowią dla siebie jedyne rodzeństwo, wychowali się w tym samym domu, chodzili do tych samych szkół, funkcjonowali w tych samych środowiskach. Podobni do siebie niemal jak bliźnięta, przez wielu często byli myleni. A od samego początku ustrojowej transformacji – ustawieni po przeciwległych stronach barykady. I to na ich szczytach – Jarosław od wielu lat jest faktycznym liderem koncernu Agora, faktycznym redaktorem naczelnym „Gazety Wyborczej” a Jacek podobną rolę odgrywa po przeciwległej stronie sceny politycznej, w latach rządów PiS – u jako prezes Telewizji Polskiej szefował najważniejszym w kraju mediom. Takie „rozstawienie się” tych braci zawsze mnie intrygowało. Czy rzeczywiście wynika ono z powodów stricte ideowych? Liczne wolty i akty tak dla prawej strony sceny politycznej szkodliwe, iż niemal zabójcze, między bajki pozwalają włożyć zdefiniowanie motywacji Jacka Kurskiego jako wyrazu jakichś idei czy poglądów. W ten sposób nikt szczerze nie służy żadnej sprawie.

Drugie pytanie, które zawsze do mnie wraca, kiedy Jacek Kurski w momentach najgorszych z możliwych zadaje dotkliwe ciosy Polakom, dla których wartością naczelną jest polska niepodległość, dotyczy rodzinnych korzeni Jacka Kurskiego. Nikt oczywiście nie odpowiada za to, jakich miał dziadków. Osobiście uważam, iż każdego Żyda zasłużonego dla Polski należy czcić jako polskiego narodowego bohatera i każdemu z nich powinno się postawić pomnik w każdym polskim mieście. I miejsca i spiżu na te pomniki nam wystarczy, bo przecież nie było ich aż tak wielu. W czasach dla Polski trudnych, niestety nie stanowili oni jednak w swych narodowych kręgach większości. Stąd też obowiązek pamięci o nich spada na nas, na etnicznych Polaków, bo nikt inny nie odda czci ani Berkowi Joselewiczowi ani jego żołnierzom. Ani innym im podobnym. Najbliżsi jednak krewni Jacka Kurskiego nie byli ludźmi w rodzaju Berka Joselewicza. Niestety, ale w tym przypadku, za strawą jednej, ale wyjątkowo nikczemnej postaci, mieliśmy do czynienie z odmiennością najbardziej totalną z totalnych. Taką najbardziej skrajną z ekstremalnie skrajnych…

Do najczarniejszych z czarnych postaci polskiej historii bez cienia wątpliwości zalicza się bowiem Davied Louis Bernstein – Namier. Obcobrzmiące imiona i nazwiska nie powinny nas mylić. Urodził się on w roku 1888 w starym szlacheckim dworze w Woli Okrzejskiej. Tym samym, w którym w roku 1846 przyszedł na świat Henryk Sienkiewicz. Rodzina wielkiego polskiego pisarze majątek ten utraciła w następstwie antypolskich represji, rozpętanych przez carat po stłumieniu Powstania Styczniowego. Nieruchomości konfiskowane czy (jak w przypadku majątku w Woli Okrzejskiej) pod byle pretekstem wywłaszczane, stawały się własnością państwa rosyjskiego lub rosyjskich oficerów, wynagradzanych tym sposobem za utopienie we krwi zrywu polskiej wolności. Rosyjskie urzędy i nowi rosyjscy właściciele zagrabione majątki najczęściej chcieli gwałtownie sprzedać. Polacy trzymali się jednak zasady, iż tego, co zaborca zrabował, kupować nie będą. Nieruchomości chętnie nabywali jednak Żydzi, którzy właśnie wtedy stali się w tej dziedzinie potentatami. Proceder ten miał skalę kolosalną, gdyż był wspierany przez Bank Kronenberga i przez innych żydowskich bankierów. Kredyt na zakup kamienicy, pałacu, dworu, szlacheckiego folwarku zabezpieczony hipoteką na nieruchomości był zresztą obciążony ryzykiem minimalnym. Kierowane pod adresem Polaków zawołanie „Wasze ulice, nasze kamienice” pochodzi właśnie z tamtych czasów. Majątek w Woli Okrzejskiej kupiło wtedy małżeństwo warszawskich Żydów – Józef Bernstein i Anna Sommerstein. Wiele przemawia za tym, iż ich stosunek do Polski i polskości był na tyle pozytywny a nasze narodowe tradycje tak bardzo im bliskie, iż zaczęli w Woli Okrzejskiej żyć na sposób jak najbardziej polski. Zmienili też swoje nazwisko i od lat osiemdziesiątych XIX wieku znani byli jako Niemirowscy. Doczekali się dwojga dzieci – Ludwika i Teodory. Syn Ludwik (owa jedna z najczarniejszych postaci polskiej historii) studiował we Lwowie, Lozannie i Oxfordzie. Mimo wychowania w domu wypełnionym polską tradycją przez rodziców ochrzczonych w Kościele katolickim – w czasie studiów Ludwik zdecydował o przejściu na judaizm. niedługo też zaczął wykazywać krańcową wrogość w stosunku do Polski, Polaków i wszystkiego, co polskie. I wrogość tę, w momentach dla polskiego losu decydujących, miał on możliwość przekładania na ciosy bardzo bolesne. Takie z kategorii ciosów niemal śmiertelnych, stanowiących o „polskim być albo nie być”. W okresie poprzedzającym Konferencję Wersalską, na której ważyć się miała przyszłość polskiego państwa i jego granic, został on bowiem najważniejszym ze współpracowników premiera Wielkiej Brytanii – Davieda Lloyda Georga. Syn Bernsteina – Namierowskiego nosił już wówczas imiona Davied – Louis i nazwiska Bernstein – Namier. Dla premier Lloyda George’a, nuworysza bez rzeczywistego wykształcenia, co chwilę kompromitującego się nieznajomością najbardziej elementarnej geografii, mylącego nazwy miast z nazwiskami generałów Davied – Louist Bernstein – Namier był kimś więcej, niż chodzącą encyklopedią i znającym odpowiedź na każde pytanie ekspertem od wszystkiego. Był guru, mentorem i wyrocznią. A w tym, iż często cynicznie kłamał, brytyjski premier w żaden sposób zorientować się nie był w stanie. Skutki – dla Polski i Polaków były straszne. I o mały włos a w ogólne nie przekreśliłyby istnienia polskiej państwowości. Początek Konferencji Wersalskiej był jeszcze dla Polski bardzo obiecujący. Brytyjczyków reprezentował wówczas minister spraw zagranicznych Arthur Balfaur. Po pierwszych z nim rozmowach przewodniczący polskiej delegacji Roman Dmowski odnotowywał: „Jest wspaniale! Cała zachodnia granica Polski ma przebiegać tak, jak przed rozbiorami, Gdańsk nasz, Warmia i zasadnicza część Mazur – nasze!” Kiedy jednak miejsce Balfaura zajął Lloyd George z Namierem Dmowski natychmiast musiał telegrafować do Ignacego Paderewskiego, który na parę dni oddalił się od Paryża: „Wracaj natychmiast! Polska z dnia na dzień – jest coraz mniejsza!!” Radykalna zmiana w polskich sprawach była wynikiem działań Namiera, wyczarowującego najbardziej oszczercze dane na temat historycznej przynależności i stanów narodowościowych kolejnych fragmentów rdzennie polskich ziem. Skutkiem tego odebrano Polsce prawa do Gdańska a z Wielkopolski wydzierano po kolei Ziemię Pilską, Ziemię Babimojską, Ziemię Wschowską, Ziemię Wałecką… Polska delegacja robiła, co mogła, ale siła argumentów przedstawicieli kraju dopiero odzyskującego niepodległość w sposób oczywisty była słabsza od stwierdzeń premiera zwycięskiego w Wielkiej Wojnie Imperium Brytyjskiego. Tym bardziej, iż Lloyd George, prawdopodobnie także dzięki podszeptom Namiera, często wracał do stwierdzeń, iż „w czasie tej wojny Polacy do nas strzelali”, co było aluzją do Legionów Józefa Piłsudskiego oraz setek tysięcy Polaków przymusowo wcielonych do armii niemieckiej i austriackiej. Kiedy już Namier zdołał doprowadzić do przebiegu polskiej granicy po niemieckiej stronie pozostawiającej obszary związane z Polską często nieprzerwanie od czasów Mieszka I, wraz z setkami tysięcy zamieszkałych na nich Polaków, rozpoczął się drugi akt polskiej tragedii. Takiej, w której Polska traktowana była o całe piekło gorzej, niż pokonane Niemcy. Polegała ona na narzuceniu Polsce tzw. Traktatu Mniejszościowego. Jeden z jego zapisów dotyczył języków urzędowych odrodzonej Polski i polegał na tym, iż z językiem polskim zrównane zostawały dwa inne – jidysz i hebrajski. Przy założeniu, iż każdy polski urzędnik musiałby znać wszystkie te trzy języki oznaczałoby to, iż praktycznie żaden Polak nie mógłby zostać polskim urzędnikiem. Wszystkie polskie urzędy – znajdowałyby się w rękach ludzi nie polskiej narodowości. Z tej właśnie przyczyny, pomimo niezliczonych protestów, zasada ta w II Rzeczpospolitej w życie nie weszła. Z oczywistego powodu – państwo polskie nie byłoby wtedy przecież polskim państwem.

Po Konferencju Wersalskiej Namier w polskiej historii pojawiał się jeszcze wiele razy. Oczywiście – zawsze jako postać krańcowo dla nas upiorna. Jedna z takich sytuacji miała miejsce w roku 1920, w czasie gdy Bolszewicy parli na Warszawę a Wielka Brytania zaproponowała negocjacje z agresorami. Warunek postawiła przede wszystkim jeden – zgodę Polski na granicę przebiegającą w okolicach Przemyśla, Rzeszowa i Lublina. Dziś, od nazwiska brytyjskiego ministra spraw zagranicznych, linię tę znamy głównie pod nazwą „linia Curzona”. Wtedy nazywana ona była „Linią Namiera – Curzona”, gdyż to właśnie Namier, ekspert brytyjskiego Foregin Office, stał i za jej przebiegiem i za całą ówczesną koncepcją najbardziej radykalnego okrojenia Polski. Jak wszyscy wiemy – pomimo sytuacji krańcowo wręcz tragicznej i przez wielu postrzeganej jako beznadziejna – brytyjską ofertę Polska wówczas odrzuciła. Z prostej przyczyny – Polska w kształcie wymyślonym przez Namiera nie miała najmniejszych szans istnienia.

Jak wcześniej wspomniałem – Namier miał jedną siostrę. Siostra ta – córkę. Córka ta zmarła w roku 2016. Przed śmiercią, przez dwie kadencje, była ona senatorem Senatu Rzeczpospolitej Polskiej. Wcześniej – została matką dwóch synów – Jarosława i Jacka Kurskich. Z fotografii bardzo do nich podobnego Davieda – Louisa Bernsteina – Namiera, brata ich babci, poznać nie mogli, gdyż zmarł parę lat przed ich narodzinami.

Powtórzę, iż oczywiście w żaden sposób nikt nie odpowiada za czyny swych najbliższych choćby krewnych. Według mojego najgłębszego przekonania narodowość nie ma też nic wspólnego z genetyką. Narodowość to kwestia stricte kulturowa, tożsamość – to wynik osobistego wyboru. Nigdy do nikogo nie mam więc pretensji o to, iż miał takich czy innych przodków. Kiedy jednak ktoś nagle dokopuje mojej ojczyźnie to po prostu zaczynam, się zastanawiać – z czego ta skłonność się bierze.

Artur Adamski

Idź do oryginalnego materiału