Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz oblała Tusk wrzątkiem

1 godzina temu

Nie ma nic bardziej wzburzonego i niebezpiecznego od zdradzonej kobiety, a gdy kobieta zostaje porzucona przez polityka, to wszystkie emocje razem z niebezpieczeństwami potęgują się poza granice wyobraźni. O tym, iż Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz odejdzie z rządu mówiło się od dawna i większość komentujących dodawała, iż to kwestia czasu. W tej plotce była spora dawka prawdy, bo między wierszami, a pod koniec urzędowania niemal wprost, koalicjanci z Donaldem Tuskiem na czele dawali do zrozumienia byłej minister, iż jest i w rządzie i w koalicji ciałem obcym.

Jak bardzo Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz była źle widziana i traktowana, najdobitniej świadczą komentarze ze strony wszystkich koalicjantów, nie wyłączając Polski 2050, w której do wczoraj pełniła funkcję przewodniczącej. Około 95 proc. pożegnalnych wypowiedzi wyrażało na przemian satysfakcję, złośliwości i na końcu pogardę. Co sprawiło, iż Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz została tak źle potraktowana i to na każdym kroku? Odpowiedź jest dość zaskakująca, chociaż tę frazę zna chyba każdy obserwator polskiej sceny politycznej. Chodzi o „ciepłą wodę w karnie”. Taką „ambitną” wizję uprawiania polityki sformował nie kto inny tylko Donald Tusk, we wrześniu 2010 roku, udzielając wywiadu „Gazecie Wyborczej”:

Dopóki będę obecny w życiu publicznym, wolę politykę, która gwarantuje, jak niektórzy mówili złośliwie, ciepłą wodę w kranie. Bo wielu wita to z uznaniem, iż jest wreszcie silna partia, która jest powściągliwa i skromna, jeżeli chodzi o narzucanie ludziom wielkich celów, która daje za to wielką stabilizację.

Po rezygnacji ze stanowiska Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz dokładnie do tej osobliwej filozofii rządzenia się odniosła i podsumowała w wywiadzie dla Wirtualnej Polski:

To układ typu: “my się tu wszyscy ze wszystkimi zgodzimy, cichutko dogadajmy się za plecami ludzi”. A gdy ktoś wychodzi i zaczyna mówić poważnie i odważnie o dużych strategicznych problemach, wymusza, żeby zacząć je rozwiązywać, to łatwiej powiedzieć, iż jest kłótnikiem, niż przyznać, iż samemu jest się ciepłą wodą w kranie i totalnie nijakim.

W klasycznej sytuacji, w której porzucona kobieta szuka zemsty i nie powstrzyma jej nic, należałoby słowa byłej minister wziąć w nawias, jeżeli nie w cudzysłów, ale to nie jest taka sytuacja. Donald Tusk nie zmienił się na jotę i jeżeli chodzi o „ciepłą wodą”, to przez cały czas jest to jego credo i sposób rządzenia. Co prawda dołożył do tej cynicznej pragmatyki zupełnie inną propagandę, w której nie brakuje ambicji i choćby podróży w kosmos, jak to było w przypadku „100 konkretów na pierwsze sto dni rządów Koalicji Obywatelskiej”, ale żadnych konkretów nie ma i nie będzie. O Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz da się powiedzieć wiele nieprzyjemnych rzeczy, czego zresztą doświadczała w nadmiarze, ale jednego na pewno nie można jej zarzucić. Nie była ministrem ślepo wpatrzonym i oddanym Donaldowi Tuskowi, co w tym rządzie jest absolutnym wyjątkiem i niewybaczalnym błędem.

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz miała swoje projekty dalekie od ciepłej wody i nie bała się o nich mówić ani publicznie, ani na posiedzeniach rady ministrów. I tylko to zdecydowało, iż musiała z rządu odejść, bo Donald Tusk nie zniesie w swoim otoczenie nikogo, kto się mu przeciwstawia w jakikolwiek sposób. Ambitnych ministrów w tym rządzie nie ma, wszyscy są niczym urzędnicy zdefiniowani przez Piotra I: „Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty, tak by swoim pojmowaniem istoty sprawy nie peszyć przełożonego”. Współcześni historycy twierdzą, iż to apokryf, a nie ukaz carski, ale dla Donalda Tuska obok ciepłej wody, to kanoniczne podejście do sprawowania władzy. Gdy Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz nie chciała przybrać wyglądu lichego i durnowatego, a jeszcze przy tym oblała Tuska wrzątkiem, jej los był przesądzony.

Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!

Idź do oryginalnego materiału