Karol Nawrocki bez wyboru to tylko uzurpator. A państwo nie domknęło procedury

2 dni temu

Karol Nawrocki nie jest prezydentem, bo nie zostały spełnione warunki by nim został. Jest jedynie uzurpatorem a jego urząd można łatwo i skutecznie podważyć. Bo państwo konstytucyjne działa nie dzięki emocjom, sondażom ani politycznym deklaracjom, ale dzięki procedurom. Kiedy procedura jest przerwana, prezydenta nie ma. I dokładnie z taką sytuacją mamy do czynienia teraz. Ponieważ wiadomo, iż wybór Prezydenta RP nie został został skutecznie potwierdzony.

Konstytucja nie pozostawia tu pola do interpretacyjnej fantazji. Artykuł 129 mówi wprost: ważność wyboru Prezydenta RP stwierdza Sąd Najwyższy. Nie „przyjmuje do wiadomości”, nie „odnotowuje”, nie „uznaje politycznie”, ale stwierdza – w formie uchwały.

Bez tej uchwały procedura wyborcza nie jest zamknięta. o ile dodatkowo Państwowa Komisja Wyborcza nie ogłosiła prawdziwego wyniku wyborów, to nie istnieje choćby formalny przedmiot dla orzeczenia Sądu Najwyższego. W sensie konstytucyjnym nie wiadomo, kto wygrał.

W takiej sytuacji nie ma „prezydenta elekta”. A skoro nie ma osoby wybranej w ważnych wyborach, nie może dojść do skutecznego zaprzysiężenia. Artykuł 130 Konstytucji jest jednoznaczny: przysięgę składa Prezydent Rzeczypospolitej, a nie osoba, która uważa się za zwycięzcę wyborów albo została za taką uznana politycznie. Przysięga nie tworzy mandatu – ona go uruchamia. Warunkiem jest wcześniejszy, ważnie potwierdzony wybór.

Co dzieje się dalej? Konstytucja przewiduje także i taką sytuację. o ile urząd Prezydenta RP nie jest obsadzony, obowiązki przejmuje Marszałek Sejmu. To nie jest rozwiązanie awaryjne na kilka godzin – to mechanizm ustrojowy, który ma zapewnić ciągłość państwa wtedy, gdy procedura wyborcza się załamie.

Tymczasem w Polsce udajemy, iż urząd jednak jest obsadzony, mimo iż formalnie nie został. Wtedy pojawia się najbardziej niebezpieczna kategoria ustrojowa: władza faktyczna bez podstawy konstytucyjnej. Osoba podpisuje ustawy, mianuje urzędników, reprezentuje państwo za granicą – ale robi to nie jako konstytucyjny organ, ale jako ktoś, kto działa, bo nikt skutecznie tego nie zakwestionował. To nie jest już prawo, to jest przyzwyczajenie aparatu państwa do fikcji. Uzurpator.

Nie chodzi tu o intencje, sympatie polityczne ani ocenę konkretnej osoby. Chodzi o elementarną zasadę państwa prawa: immunitet, prerogatywy i odpowiedzialność konstytucyjna przysługują tylko temu, kto rzeczywiście objął urząd zgodnie z Konstytucją.

Jeżeli wybór nie został stwierdzony, a wynik nie został ogłoszony, nie powstaje mandat prezydencki, nie powstaje immunitet i nie działa logika „urzędu, którego nie da się ruszyć”.
Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego. W polskim systemie ustrojowym nie istnieje skuteczny mechanizm rozstrzygnięcia takiego sporu. Trybunał Konstytucyjny nie ma jasno przyznanej kompetencji do oceny skuteczności zaprzysiężenia. Sąd Najwyższy orzeka tylko o ważności wyborów – ale jeżeli nie ma wyniku, nie ma czego orzekać. Zgromadzenie Narodowe nie ma procedury „unieważnienia przysięgi”. Powstaje luka, którą wypełnia polityka i fakt dokonany.

Państwo może funkcjonować przez jakiś czas w takim stanie. Może choćby sprawiać wrażenie stabilnego. Ale cena jest wysoka: rozmycie pojęcia legalności władzy. o ile przyjmiemy, iż prezydentem jest ten, kto nim „jest w praktyce”, to w istocie uznamy, iż Konstytucja obowiązuje tylko wtedy, gdy jest wygodna.

Mamy dzisiaj kryzys politycznej i konstytucyjnej odwagi, by powiedzieć: procedura została zerwana, a państwo nie może udawać, iż tego nie widzi.

Idź do oryginalnego materiału