Wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego w Starym Lubotyniu, podczas debaty „Bronimy Polskiej Wsi”, miało być kolejnym dowodem troski Prawa i Sprawiedliwości o los rolników. W rzeczywistości było raczej popisem politycznej amnezji. Prezes partii, która przez osiem lat sprawowała niemal pełnię władzy, mówił o problemach wsi tak, jakby od zawsze był liderem opozycji – zatroskanym obserwatorem cudzych zaniedbań.
Kaczyński rozpoczął od truizmu: „rolnictwo jest ważne dla całej Polski niezależnie od poglądów politycznych”. Trudno się z tym nie zgodzić, podobnie jak z kolejnym stwierdzeniem, iż „wszyscy musimy jeść”. Problem w tym, iż PiS przez lata nie potrafił przełożyć tej oczywistej prawdy na spójną i skuteczną politykę rolną. Zamiast długofalowej strategii otrzymaliśmy chaotyczne interwencje, gaszenie pożarów i kolejne obietnice bez pokrycia.
Kaczyński podkreślał, iż rolnicy to „bardzo ważna, silna grupa społeczna”, która powinna „korzystać ze swojej siły, szczególnie teraz, kiedy te interesy są tak bardzo zagrożone”. Brzmi to jak wezwanie do mobilizacji przeciwko bliżej nieokreślonemu wrogowi – Unii Europejskiej, „liberalnym elitom”, a może po prostu obecnemu rządowi. Tyle iż zagrożenia, o których mówi prezes PiS, w dużej mierze są skutkiem polityki jego własnego obozu: nieudolnych negocjacji w Brukseli, konfliktów z instytucjami unijnymi czy braku przygotowania na Zielony Ład.
Szczególnie ironicznie brzmią słowa o równości i sprawiedliwości społecznej. Kaczyński mówił, iż „polska wieś powinna żyć na dokładnie takim samym poziomie, jak polskie miasta takie jak Warszawa, Kraków i Gdańsk”. To ambitna wizja, ale po ośmiu latach rządów PiS dystans między centrum a peryferiami wcale się nie zmniejszył. Wręcz przeciwnie – wiele gmin wiejskich wciąż walczy z problemami infrastrukturalnymi, brakiem dostępu do lekarzy, transportu publicznego czy nowoczesnej edukacji.
Prezes PiS chętnie krytykuje tzw. „koncepcję polaryzacyjno-dyfuzyjną”, twierdząc, iż „to po prostu błędna koncepcja” i iż nie zna kraju, w którym by się ona sprawdziła. To wygodna teza, bo pozwala zrzucić winę na poprzedników. Tyle iż PiS, zamiast zaproponować alternatywę, sam stosował podobną logikę – inwestując głównie tam, gdzie dawało to szybki polityczny efekt, a nie tam, gdzie potrzeby były największe. Programy wsparcia dla wsi często miały charakter jednorazowych transferów, nie zaś systemowych reform.
Najbardziej uderza jednak rozdźwięk między słowami a rzeczywistością. Kaczyński deklaruje przywiązanie do demokracji i konstytucyjnej zasady równości, ale jednocześnie porównuje obecny obóz władzy do „tych, którzy zdobywali władzę po 45 roku”. To klasyczny chwyt retoryczny PiS: budowanie obrazu świata jako nieustannej walki „prawdziwego narodu” z rzekomymi uzurpatorami. Taka narracja może mobilizować elektorat, ale nie rozwiązuje żadnego realnego problemu wsi.
Rolnicy dziś nie potrzebują kolejnych przemówień o wspólnocie i tradycji. Potrzebują stabilnych reguł gry, przewidywalnej polityki wobec Unii Europejskiej, wsparcia w modernizacji gospodarstw i ochrony przed nieuczciwą konkurencją. Tymczasem polityka rolna PiS była w najlepszym razie reaktywna, w najgorszym – ideologiczna. Zamiast realnej „obrony polskiej wsi” dostaliśmy spektakl, w którym prezes partii rządzącej przez lata występuje w roli obrońcy przed skutkami własnych decyzji. I właśnie to czyni jego słowa tak mało wiarygodnymi.

3 godzin temu










