W Prawie i Sprawiedliwości coraz trudniej udawać, iż wszystko jest pod kontrolą. Ostatnie doniesienia ze spotkań przy ul. Nowogrodzkiej pokazują partię, w której wyraźnie zapanowała panika, a jej wieloletni lider Jarosław Kaczyński miota się w poszukiwaniu ratunku. Deklaracja, iż przyszłym premierem z ramienia PiS powinien zostać „młody polityk”, brzmi mniej jak wizja odnowy, a bardziej jak nerwowy manewr człowieka, który traci grunt pod nogami.
Środowe spotkanie ścisłego kierownictwa PiS, a następnie wyjazdowy klub parlamentarny, miały przynieść jasny sygnał: dotychczasowe rozwiązania się wyczerpały. Według przecieków prezes miał jasno powiedzieć, iż Mateusz Morawiecki nie stanie ponownie na czele rządu. To decyzja symboliczna. Morawiecki był przez lata twarzą „technokratycznej” wersji PiS, próbą sprzedaży tej samej polityki w nowym opakowaniu. Skoro choćby on przestał być użyteczny, znaczy to, iż kryzys sięga znacznie głębiej.
Kaczyński, który przez dekady centralizował władzę i dławił wszelkie przejawy autonomii, dziś nagle odkrywa zalety „młodego pokolenia”. To odkrycie spóźnione i podejrzane. Nie towarzyszy mu bowiem żadna refleksja programowa, żaden rachunek sumienia. Jest za to giełda nazwisk i nerwowe sondowanie nastrojów. W obiegu pojawiają się Patryk Jaki, Przemysław Czarnek, Tobiasz Bocheński czy Zbigniew Bogucki. Trudno o lepszy dowód dezorientacji: to zestaw nazwisk, który nie zapowiada żadnej zmiany jakościowej, a raczej kontynuację najbardziej konfrontacyjnej linii PiS.
Sondaż SW Research brutalnie weryfikuje te kalkulacje. Najwięcej wskazań zdobywa Patryk Jaki – 14,9 proc.. Zbigniew Bogucki uzyskuje 9,1 proc., Przemysław Czarnek 7,9 proc., Tobiasz Bocheński 7,5 proc.. Ale najważniejsza liczba jest inna: 60,6 proc. ankietowanych wolałoby, aby kandydatem PiS na premiera został „ktoś inny”. To nie jest drobny sygnał ostrzegawczy. To polityczny alarm.
Kaczyński zdaje się jednak nie rozumieć, iż problem nie leży w metryce kandydatów. Młody wiek nie przykryje faktu, iż PiS jest dziś partią zmęczoną, wewnętrznie skłóconą i pozbawioną wiarygodnej oferty. Próba „odmłodzenia” przywództwa bez zmiany stylu rządzenia przypomina przesuwanie mebli w płonącym domu. Prezes, który przez lata blokował naturalną sukcesję, teraz w panice szuka następców, ale chce ich mieć na dokładnie takich samych zasadach jak dotąd – całkowicie zależnych od siebie.
To także moment, w którym mit nieomylności Kaczyńskiego pęka na oczach własnego zaplecza. Decyzje podejmowane w wąskim gronie, przecieki do mediów, nerwowe testowanie opinii publicznej – wszystko to świadczy o braku strategii. „Młody premier” staje się hasłem zastępczym, próbą przykrycia faktu, iż PiS nie wie dziś, dokąd zmierza.
Paradoks polega na tym, iż im bardziej Kaczyński próbuje kontrolować przyszłość partii, tym wyraźniej widać jej bezradność. Panika na Nowogrodzkiej nie wynika z braku nazwisk, ale z braku pomysłu na Polskę po własnych rządach. A tego żadna „giełda młodych” już nie załatwi.

3 godzin temu











