Kaczyński jak Don Kichot. Obydwaj zdrowo odlecieli

4 godzin temu

Wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego od lat rządzą się tą samą logiką: im bardziej rzeczywistość wymyka się spod kontroli, tym gęstsza staje się narracja o spiskach, manipulacjach i wrogach zewnętrznych. Spotkanie prezesa PiS z mieszkańcami Węgrowa było kolejnym popisem tej retoryki – chaotycznym, pełnym sprzeczności i oderwanym od faktów. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż lider największej partii opozycyjnej znów „gada zupełnie od rzeczy”, a przynajmniej z innej planety politycznej.

Już na wstępie Kaczyński ogłosił, iż kluczem do zwycięstwa jest „zjednoczyć obóz patriotyczny”. „Zjednoczony obóz patriotyczny powinien wygrać w Polsce wybory i to bez specjalnego trudu” – przekonywał. Brzmi to jak mantra powtarzana od dekady, choć praktyka pokazuje coś dokładnie odwrotnego. To właśnie PiS pod jego przywództwem systematycznie dzielił prawicę, wypychając jednych sojuszników na margines, a innych publicznie obrażając. Dziś prezes narzeka, iż obóz „podlega manipulacjom”, nie dostrzegając, iż głównym źródłem dezintegracji jest jego własny styl zarządzania – centralistyczny, nieufny i oparty na lojalności, nie kompetencjach.

Jeszcze bardziej osobliwa była wycieczka po prawicowym zoo. Kaczyński z matematyczną swobodą ogłosił istnienie „trzech konfederacji”, po czym przeszedł do ich ideologicznej sekcji zwłok. O Nowej Nadziei mówił jako o projekcie „darwinizmu społecznego”, z którym „nie bardzo widzi możliwości współpracy”. W przypadku partii Konfederacja Korony Polskiej padło krótkie i dosadne: „szlaban”. Argument? Rzekome „odcinanie się od Zachodu”. Trudno nie parsknąć śmiechem, gdy te słowa padają z ust polityka, który przez lata prowadził konflikt z instytucjami UE i regularnie flirtował z eurosceptyczną retoryką.

Najwięcej miejsca prezes poświęcił jednak diagnozie rządów Donalda Tuska. Według Kaczyńskiego „niszczone jest państwo”, bo władza rzekomo nie respektuje prawa i konstytucji. „Na tym polega państwo praworządne” – pouczał. To zdanie, wypowiedziane bez cienia ironii, brzmi jak ponury żart. Trudno bowiem zapomnieć, iż to za rządów PiS systemowo podważano niezależność sądów, ignorowano wyroki trybunałów i podporządkowywano prokuraturę politycznemu centrum. jeżeli ktoś w Polsce „rozmontował mechanizm prawa”, to właśnie obóz, którego Kaczyński jest architektem.

Potem było już tylko gorzej. Prezes ostrzegał przed „brakiem kwalifikacji rządzących” i – co brzmi znajomo – przed służeniem „innym państwom, przede wszystkim Niemcom”. Lista rzekomych zdrad interesów narodowych – atom, CPK, Odra, porty, koleje – została przedstawiona bez dowodów, za to z pełnym przekonaniem. „Polska władza ma realizować polskie interesy, a nie niemieckie” – grzmiał Kaczyński, odświeżając narrację, która od lat zastępuje PiS realną analizę gospodarki. To stara technika: gdy brakuje argumentów, wskazuje się Berlin jako uniwersalnego winowajcę.

W podobnym duchu prezes mówił o Unii Europejskiej, która rzekomo „dusi” Polskę Zielonym Ładem i umową Mercosur. „Chwycenie naszej gospodarki za szyję” – dramatyzował. To język nie tylko przesadzony, ale i nieodpowiedzialny, sugerujący, iż Polska jest ofiarą zewnętrznego ucisku, a nie współdecydentem w europejskiej polityce.

Całość wystąpienia spinała wizja wielkiego, prawicowego przesilenia w Europie – z Francją, Włochami i Polską na czele. „Bardzo dużo zależy od tego, czy my wygramy” – zakończył Kaczyński. Problem polega na tym, iż im dłużej mówi, tym wyraźniej widać rozdźwięk między tą wizją a rzeczywistością. To nie strategia, ale polityczna fantazja. A fantazjami, choćby powtarzanymi z mównicy, wyborów się nie wygrywa.

Idź do oryginalnego materiału