To, iż najbardziej prawdopodobne jest bycie zamordowanym nie przez żadnego mafiozę, terrorystę, myśliwego czy szalonego amatora broni palnej, tylko przez reżimowego zbira, jest prawdą wiadomą w zasadzie od zawsze. Jedyna różnica w temacie polega dziś na tym, iż prawda ta jest regularnie ilustrowana wyjątkowo bogatym i niezawodnie aktualnym materiałem audiowizualnym. Oby sprawiło to, iż w umysłach jak największej liczby osób przestanie ona być wyłącznie intelektualną abstrakcją, stanie się natomiast zaczynem moralnego otrzeźwienia.
* * *
Upiorny, kwintesencjonalnie antymoralny charakter światopoglądu etatystycznego streszcza się we frazie tak ochoczo powtarzanej ostatnimi dniami zarówno przez amerykański reżim, jak i, co gorsza, przez jego spontanicznych obrońców: „jeśli zostaniesz zabity wskutek tego, iż nie podporządkujesz się natychmiast rozkazom przedstawiciela reżimu, to sam jesteś sobie winien”.
Nietrudno dostrzec, iż jest to również stuprocentowo precyzyjny opis każdej formy pełnowymiarowego niewolnictwa: „jeśli chcesz żyć, rób to, co każe ci pan”. Tym samym jest to też podręcznikowo wyraziste zaprzeczenie prawa naturalnego, zastępowanego „prawem kaduka”, czyli diabelskimi rządami zinstytucjonalizowanej, zuniwersalizowanej i zideologizowanej opresji.
Każdy więc, komu bliskie jest prawo naturalne wraz ze wszelkimi zabezpieczanymi przez nie fundamentalnymi wartościami, takimi jak wolność osobista, nietykalność cielesna i zasada nieagresji, powinien zwłaszcza w świetle ostatnich wydarzeń włożyć dodatkowy wysiłek w budowanie takiego otoczenia kulturowo-instytucjonalnego, w którym to reprezentanci reżimu będą bać się skutków mordowania przygodnych ludzi, a nie przygodni ludzie będą bać się zamordowania przez reprezentantów reżimu. Tylko wtedy bowiem sprawiedliwość będzie miała jakąkolwiek szansę na stanie się faktycznym stanem rzeczy, a nie wyłącznie propagandową parodią samej siebie.
* * *
Wygląda na to, iż realizowanym z gracją słonia sposobem na odciągnięcie uwagi publicznej od wszelkich, coraz przykrzej cuchnących spraw okołoepsteinowskich ma być uczynienie Ameryki Łacińskiej „nowym Bliskim Wschodem”, czyli nowym poligonem wojen zastępczych – wszakże w następstwie ostatnich wenezuelskich wypadków analogicznych pogróżek doczekały się już Kolumbia i Meksyk (oraz ponownie Dania, traktowana jako „członek honorowy” osi szkodzącej „interesom bezpieczeństwa” USA wskutek kategorycznego sprzeciwu wobec propozycji zaboru Grenlandii).
Przy czym pogróżki te brzmią już teraz jak wyraz nie czczej fanfaronady, ale desperackiego obłędu: obłędu, który powinien wszystkim raz na zawsze uzmysłowić, iż w przyspieszającym pędzie gnijącego imperialno-bezpieczniackiego etatyzmu ku spektakularnej samozagładzie są być może stronnictwa złe i gorsze, ale nie ma żadnych stronnictw dobrych. W perspektywie osobistej trzeba więc jedynie zadbać o to, żeby absolutnie w tym pędzie nie uczestniczyć i zabezpieczyć się w możliwie dużym stopniu przed byciem przez niego mimowolnie porwanym – tylko wówczas bowiem, choćby jeżeli nie ocali się wszystkiego, można przynajmniej ocalić swoją godność i sumienie.
* * *
Jeśli dany reżim jest na tyle przegniły i zdemoralizowany, iż jego być albo nie być zależy od obecności jednego człowieka, pogardzanego już choćby w kręgach swoich najbliższych współpracowników, wówczas jego obalenie powinno dokonać się bez trudu na bazie oddolnej społecznej inicjatywy w postaci zmasowanych protestów. Wówczas naturalną konsekwencją owej oddolnej reżimowej zmiany może być pokojowe przekazanie władzy komuś, kto faktycznie cieszy się szerokim poparciem społeczeństwa i jest w stanie przysłużyć się trwałemu wyprowadzeniu go na prostą.
Jeśli natomiast punktem zapalnym procesu reżimowej zmiany staje się bezpieczniacka operacja zagranicznego pochodzenia z wyraźnym oligarchicznym interesem w tle, wówczas nowa władza, niezależnie od stopnia organicznego społecznego poparcia, działa w cieniu automatycznych podejrzeń o bycie pionkami obcych sił. To zaś stanowi wodę na młyn dla dotychczasowej nomenklatury i konkurencyjnych wobec niej mafijnych frakcji, prowadząc do przewlekłej wojny domowej – jeżeli nie gorącej, to przynajmniej zimnej – i pełzającego instytucjonalnego rozkładu, tak doskonale znanego choćby z rozmaitych państw na Bliskim Wschodzie, które też doświadczyły „wyzwolenia przez Wielkiego Brata”.
Innymi słowy, nie ma żadnej drogi na skróty do wolności, sprawiedliwości i praworządności – a już zwłaszcza wtedy, gdy pierwszym krokiem na owej drodze jest zdarzenie, które zarówno na poziomie intencji, jak i na poziomie wykonania, ma z tymi pojęciami najwyżej incydentalny czy wręcz cyniczny związek.
* * *
Obalanie militarnie słabych dyktatorów (i narcystyczne puszenie się z tego powodu) przy jednoczesnym wdzięczeniu się do militarnie silniejszych dyktatorów może być odebrane przez tych ostatnich wyłącznie jako gest słabości, który próbuje się nadrabiać tromtadracją – względnie jako gest taniego oportunizmu (w tym przypadku skoku na ropę), który dyskwalifikuje dany reżim jako wiarygodnego negocjatora pokojowego występującego w globalnych konfliktach z pozycji moralnej wyższości. Jest to więc ruch sprzyjający wszystkim tym, którzy życzą sobie zaognienia globalnych militarnych napięć. Tylko tyle i aż tyle – bez wchodzenia w licytację na temat względnej zbrodniczości poszczególnych reżimów.
Jakub Bożydar Wiśniewski

13 godzin temu



