Jarosław Kaczyński mówi, bo musi. Bez tego nie istnieje

2 godzin temu

Jarosław Kaczyński pojawił się w Starachowicach na uroczystości poświęconej pamięci swojej matki, Jadwigi Kaczyńskiej. Okazja była podniosła, ton – jak zawsze u prezesa PiS – ciężki od wielkich słów, patosu i ostrzeżeń przed bliżej nieokreślonym zagrożeniem. I znów można było odnieść wrażenie, iż gdyby odjąć od tej wypowiedzi politykę, nie zostałoby adekwatnie nic. Kaczyński bowiem istnieje dziś wyłącznie jako głos polityczny. Bez polityki – milczy.

Każda jego publiczna wypowiedź, choćby przy okazji prywatnej, rodzinnej czy lokalnej uroczystości, musi zostać natychmiast przetworzona na komunikat ideologiczny. „Pamięć jest rzeczą ważną. Jest rzeczą, która tworzy wspólnoty” – mówił w Starachowicach. Brzmi jak zdanie z podręcznika do wiedzy o społeczeństwie. Za chwilę jednak pamięć zamienia się u Kaczyńskiego w narzędzie mobilizacji politycznej, w broń w bieżącej wojnie.

Prezes PiS nie potrafi mówić o przeszłości bez jednoczesnego straszenia teraźniejszością. „Historia dała nam już prawie 37 lat wolności, ale musimy właśnie dziś wiedzieć o tym, iż ta wolność jest na różne sposoby zagrożona” – ostrzega. Przez kogo? W jaki sposób? Tego się nie dowiadujemy. Zagrożenie jest jak mgła: gęste, wszechobecne, ale nieuchwytne. To klasyczny zabieg retoryczny Kaczyńskiego – stworzyć atmosferę oblężonej twierdzy, w której tylko on zna mapę wyjścia.

W tym sensie Kaczyński musi mówić o polityce, bo tylko ona nadaje sens jego wypowiedziom. Bez niej słowa stają się banalne, a gesty puste. Gdy mówi o swojej matce, nie mówi o niej jako o osobie, ale jako o figurze w narodowym micie. „Moja mama należała właśnie do tego pokolenia… które przeniosło nasz kraj, naszą ojczyznę, Polskę przez niezmiernie trudny czas” – mówi. Nie ma tu miejsca na prywatność, na emocje inne niż te, które można wpisać w narrację o dziejowej misji.

Podobnie jest z całą galerią zmarłych, przywoływanych niemal liturgicznie: „ś.p. Jadwiga Kaczyńska, ś.p. Lech Kaczyński, ś.p. Przemysław Gosiewski, ś.p. bohaterowie tej ziemi”. Każde nazwisko staje się argumentem politycznym. Każda biografia – cegłą w murze ideologii. „Życiorysy takich osób… to jest coś, o co powinniśmy budować” – mówi prezes. Budować co? Gotowość do walki. Z kim? Z „przedsięwzięciami ze wschodu, ale i z zachodu niestety”.

Ta symetria wrogów – Wschód i Zachód – mówi wiele o stanie umysłu lidera PiS. Świat zewnętrzny jawi się jako nieustanne zagrożenie, Polska jako ofiara, a on sam jako strażnik narodowej wolności. „By te wszystkie przedsięwzięcia… próbują nam tę wolność odebrać – wolność narodową, wolność osobistą, wolność słowa – iż to wszystko napotka na opór, na twarde ‘nie’”. Kaczyński nie przekonuje, on mobilizuje. Nie tłumaczy, on ostrzega.

Problem w tym, iż ta mobilizacja jest już wyłącznie rytuałem. Powtarzalnym, przewidywalnym, coraz bardziej odklejonym od realnych problemów. Kaczyński mówi, bo musi mówić. Milczenie byłoby przyznaniem, iż poza polityczną narracją nie ma już nic do dodania. A przecież prezes PiS od lat funkcjonuje w przestrzeni publicznej jako człowiek jednego tematu: władzy i jej utrzymania.

Dlatego choćby pamięć o matce staje się kolejnym rozdziałem politycznej epopei. I dlatego też coraz trudniej traktować te wystąpienia inaczej niż jako retoryczne ćwiczenia, w których słowa krążą wokół tych samych pojęć: wolność, zagrożenie, walka, opór. Kaczyński musi mówić o polityce, bo tylko w niej jego głos jeszcze coś znaczy. Poza nią – pozostaje cisza.

Idź do oryginalnego materiału