Janusz Kowalski i jego spiski. Ataki bez dowodów i polityczna hipokryzja

3 dni temu
Zdjęcie: Kowalski


Janusz Kowalski, poseł Prawa i Sprawiedliwości, w rozmowie z portalem DoRzeczy.pl po raz kolejny dał popis retoryki pełnej oskarżeń, insynuacji i spiskowych teorii, które mają na celu zdyskredytowanie politycznych przeciwników – szczególnie Rafała Trzaskowskiego i Koalicji Obywatelskiej.

Jego wypowiedzi, choć brzmią dramatycznie, są jednak pozbawione merytorycznych podstaw i dowodów, a ich ton świadczy o desperackiej próbie odwrócenia uwagi od słabości kampanii PiS oraz kandydata tej partii, Karola Nawrockiego. Analiza słów Kowalskiego pokazuje, iż jego podejście jest nie tylko nieodpowiedzialne, ale i szkodliwe dla debaty publicznej w Polsce.

Kowalski twierdzi, iż Koalicja 13 grudnia, związana z Rafałem Trzaskowskim i Donaldem Tuskiem, prowadzi nielegalną kampanię hejterską przeciwko Nawrockiemu i Sławomirowi Mentzenowi, finansowaną rzekomo z zagranicy – m.in. przez demokratów powiązanych z Joe Bidenem. To poważne zarzuty, które wymagają solidnych dowodów, ale Kowalski żadnych nie przedstawia. Powołuje się jedynie na doniesienia Wirtualnej Polski o zaangażowaniu fundacji Akcja Demokracja, której prezes, Jakub Kocjan, ma powiązania z Koalicją Obywatelską. Jednak sztab Trzaskowskiego wyraźnie odciął się od tych działań, zgłaszając sprawę do NASK i prokuratury. Kowalski ignoruje te wyjaśnienia, woląc budować narrację o „zorganizowanej akcji” i „ścieku nienawiści”. Takie podejście jest nieodpowiedzialne – rzucanie oskarżeń bez dowodów nie tylko podważa wiarygodność samego Kowalskiego, ale także przyczynia się do erozji zaufania do demokratycznych procesów.

Jednym z najpoważniejszych zarzutów Kowalskiego jest stwierdzenie, iż Państwowa Komisja Wyborcza (PKW) „działa jak sztab wyborczy Rafała Trzaskowskiego”. To wyjątkowo niebezpieczna teza, która ma na celu podważenie niezależności jednej z najważniejszych instytucji nadzorujących wybory w Polsce. Kowalski twierdzi, iż PKW manipuluje komisjami wyborczymi, systemami informatycznymi i danymi, a także celowo dezinformuje, by zwiększyć liczbę głosów nieważnych – szczególnie w „konserwatywnych województwach”. Nie przedstawia jednak żadnych konkretnych dowodów na poparcie tych oskarżeń, ograniczając się do ogólników i emocjonalnych sformułowań, takich jak „piramidalny skandal”. Tego rodzaju retoryka jest typowa dla polityków PiS, którzy od lat budują narrację o „układzie” i „spisku” przeciwko sobie, zamiast zmierzyć się z własnymi słabościami.

Co więcej, Kowalski powołuje się na NASK, instytucję odpowiedzialną za walkę z dezinformacją, sugerując, iż sama „dezinformuje”. To kolejny przykład jego spiskowego myślenia – jeżeli choćby instytucje państwowe nie potwierdzają jego tez, to muszą być częścią „machiny nienawiści” sterowanej przez Donalda Tuska. Tego rodzaju podejście nie tylko podważa zaufanie do instytucji, ale także tworzy atmosferę chaosu i nieufności, która może zniechęcać obywateli do udziału w wyborach.

Kowalski oskarża Trzaskowskiego o hipokryzję, twierdząc, iż jego hasła o „wspólnocie” i „tolerancji” są sprzeczne z rzekomą falą hejtu w internecie oraz „agresywnym zapleczem”. Jednak jego własne słowa są pełne agresji i nienawiści – nazywa kampanię przeciwników „chamską” i „ściekiem”, a Tuska obarcza odpowiedzialnością za „machinę nienawiści”. Taki język nie ma nic wspólnego z konstruktywną debatą polityczną, a raczej przypomina retorykę mającą na celu polaryzację społeczeństwa. Co więcej, Kowalski pomija fakt, iż PiS w przeszłości sam był krytykowany za wykorzystywanie mediów publicznych do szerzenia propagandy i hejtu przeciwko opozycji – wystarczy przypomnieć kampanię prezydencką w 2020 roku, kiedy TVP prowadziła nagonkę na Trzaskowskiego. Oskarżanie innych o to, co samemu się robiło, jest klasycznym przykładem hipokryzji.

Największym problemem w wypowiedziach Kowalskiego jest brak pozytywnego przekazu. Zamiast skupić się na tym, co kandydat PiS, Karol Nawrocki, może zaoferować Polakom, Kowalski koncentruje się wyłącznie na krytyce przeciwników. Jego zapowiedź „rozliczenia” po wygranych wyborach brzmi bardziej jak groźba niż jak plan naprawy sytuacji. Mówi o „przywróceniu legalnej prokuratury” i „konkretnych zarzutach”, ale nie wyjaśnia, jakie konkretne zmiany prawne chciałby wprowadzić, by zapobiec rzekomym nadużyciom. Tego rodzaju retoryka ma na celu jedynie mobilizację elektoratu PiS poprzez strach i gniew, a nie budowanie szerokiego poparcia.

Kowalski, podobnie jak wielu polityków PiS, stosuje strategię dzielenia społeczeństwa na „nas” i „ich”. W jego narracji Trzaskowski i Tusk to wrogowie, którzy „łamią prawo” i „depcą demokrację”, podczas gdy PiS jest jedyną siłą zdolną do obrony Polski. Tego rodzaju podejście nie tylko pogłębia polaryzację, ale także zniechęca wyborców do merytorycznej debaty. Kowalski nie proponuje żadnych rozwiązań na problemy, które sam wskazuje – zamiast tego woli rzucać oskarżenia i budować atmosferę konfliktu. To strategia krótkowzroczna, która może mobilizować twardy elektorat PiS, ale odstrasza wyborców niezdecydowanych, którzy oczekują od polityków odpowiedzialności i wizji.

Wypowiedzi Janusza Kowalskiego w rozmowie z DoRzeczy.pl są przykładem politycznej retoryki opartej na insynuacjach, spiskowych teoriach i agresji, a nie na faktach i merytorycznej dyskusji. Jego oskarżenia wobec Rafała Trzaskowskiego, Koalicji Obywatelskiej i PKW są pozbawione dowodów, a ich ton świadczy o desperackiej próbie odwrócenia uwagi od słabości kampanii PiS. Co więcej, Kowalski ignoruje własne przewinienia swojej partii, stosując podwójne standardy wobec przeciwników. Zamiast budować dialog i proponować rozwiązania, woli siać nieufność i polaryzację. Tego rodzaju polityka nie służy ani demokracji, ani społeczeństwu – jest jedynie narzędziem w walce o władzę, które w dłuższej perspektywie przynosi więcej szkody niż pożytku. Polacy zasługują na polityków, którzy potrafią debatować z szacunkiem i opierać swoje tezy na faktach, a nie na emocjach i domniemaniach. Janusz Kowalski najwyraźniej nie jest jednym z nich.

Idź do oryginalnego materiału