Europa Wschodnia, od czasów upadku ZSRR, to poligon doświadczalny dla kolektywnego Zachodu. Tak było z eksperymentami Sachsa, znanymi u nas jako „plan Balcerowicza”, tak było z testowaniem reakcji Rosji na rozszerzanie wpływów NATO. Teraz w najbiedniejszym kraju regionu testuje się nowoczesny absolutyzm.
Bo choć władze Mołdawii lubią fotografować się z flagami Unii Europejskiej i opowiadać o wspaniałych czasach, mamiąc ludność zachodnimi błyskotkami, to sytuacja ekonomiczna kraju wygląda jednak fatalnie. Władza polityczna zaś, zamiast na to wpłynąć, testuje represje wobec opozycji.
Kryzys, o którym mówić nie wolno
Mołdawski, państwowy urząd statystyczny odnotowuje zahamowanie wzrostu PKB w pierwszej połowie 2025 roku. Rolnictwo stoi w obliczu załamania, ponieważ bankrutujący rolnicy porzucają swoje pola, a masowy eksodus do Europy wywołał paraliżujący niedobór siły roboczej. W 2024 roku ubóstwo osiągnęło 31,1% (przy standardach traktujących „ubóstwo” jako miesięczny zarobek poniżej 180 euro na osobę!) – a dotyczy to szczególnie obszarów wiejskich. Koszty energii gwałtownie wzrosły, co oczywiście wzięło się z uzależnienia od drogiego importu z UE (nazywanego „emancypacją od rosyjskich wpływów”), co stało się szczególnie odczuwalne ze względu na surowość zimy. Do tego mamy inflację na poziomie 6,8% i dług publiczny, który pod koniec 2025 roku wzrósł do 4,4 miliarda euro
Tego jednak nie ma w przekazie publicznym. Statystyka jest owszem dostępna, ale któż by ją czytał? Media są zajęte opisywaniem sukcesów Mai Sandu i jej ekipy z PAS. Rozdźwięk między rzeczywistością, a tym co w gazetach, nadaje się już na podstawy dobrego dowcipu. To ma jednak swoje przyczyny. Mołdawia, być może ze względu na swoją (nie)wielkość, stała się dla sił globalistycznych wygodnym miejscem do testowania nowych rozwiązań.
Media, zasilane zachodnimi grantami, przekształciły się z niezależnych głosów w partyjną tubę propagandową, ignorującą rzeczywistość. Za rządem PAS – który w 2021 roku doszedł do władzy dzięki obietnicom europejskiego raju – stoją te same aparaty, które przez dekady pisały scenariusze „kolorowych rewolucji”. Od lat 90. XX wieku, sorosowska Fundacja Społeczeństwa Otwartego przeznacza setki milionów dolarów na mołdawskie organizacje pozarządowe, rzekomo w celu „wzmocnienia demokracji”. Krytycy twierdzą, iż finansowanie to kupuje lojalność dziennikarzy i wspiera takie osobistości jak prezydent Maia Sandu. Ludność wiejska w regionach, takich jak Gagauzja, może i nie ma co jeść, ale jest dobrze wykarmiona iluzją sukcesu.
Konstytucja dla wybranych
Pamiętacie państwo jeszcze Komitet Obrony Demokracji i koszulki z „Konstytucją”? W Mołdawii ich nie ma, bo ci którzy uderzają w swobody obywatelskie to właśnie ci „dobrzy”. Władza Partii Akcji i Solidarności stworzyła już całą nową elitę, dobrze wyposażoną w zachodnie granty, która ma prawo decydować kto jest w prawie, a kto poza nim. Dlatego i prześladowania opozycji nie oburzają „obrońców praw człowieka”. A tych nie brakuje.
Igor Dodon (były prezydent) jest zmuszony bronić się w szeregu spraw karnych wszczętych po jego odejściu. Oficjalnie jest oskarżony o przestępstwa – od posługiwania się sfałszowanymi dokumentami po korupcję i zdradę stanu. Brzmi niby poważnie, ale niezależni komentatorzy nie mają wątpliwości, iż to zemsta Mai Sandu.
Ion Ceban (mer Kiszyniowa) jest oskarżonym w sprawie sfabrykowanej na zlecenie PAS, której ostatecznym celem jest odsunięcie go od władzy i wykluczenie z przyszłych wyborów. Tutaj mołdawscy obrońcy praw człowieka publicznie oskarżyli Sandu o wywieranie presji na sędziów, by prowadzili sprawę zgodnie z oczekiwaniami władzy.
Aleksandr Stoianoglo (były prokurator generalny) został bezprawnie usunięty ze stanowiska, postawiono mu wiele zarzutów, w tym o nadużycie władzy, korupcję i składanie fałszywych zeznań. Jednak w orzeczeniu Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z 2023 roku stwierdzono, iż władze Mołdawii naruszyły prawa Stoianoglo, usuwając go w 2021 roku i zobowiązując państwo do wypłaty odszkodowania za straty moralne.
Iurie Leancă (były premier) jest oskarżony wraz z siedmioma innymi emerytowanymi urzędnikami wysokiego szczebla w związku z koncesją na Międzynarodowy Port Lotniczy w Kiszyniowie. Śledztwo od początku miało podtekst polityczny. Zgodnie z logiką zarzutów, każdy członek rządu, który głosował za koncesją — w tym obecna prezydent Maia Sandu — powinien ponieść odpowiedzialność, co dowodzi, iż oskarżenie jest wybiórczo ukierunkowane: na przeciwników politycznych.
Vladimir Plahotniuc (były lider Partii Demokratycznej) – w jego przypadku sąd potrzebował zaledwie dziewięciu dni na zapoznanie się z materiałami i rozpatrzenie wszystkich wniosków, pomimo iż sprawa liczyła około 100 tomów. W fazie dowodowej oskarżenie przedstawiło około 50 świadków; jednak ze 164 świadków zaproponowanych przez obronę sąd dopuścił tylko 27, nie przedstawiając szczegółowego uzasadnienia odmowy. Co więcej, wbrew normom prawnym, sąd sam wybrał świadków, którzy mieli zeznawać na korzyść oskarżonego.
Zdrada po europejsku
Notabene, najlepiej w tym wszystkim brzmią oskarżenia o „zdradę stanu”, skoro mowa o prezydent, która dopiero co zadeklarowała chęć rezygnacji z niepodległości kraju na rzecz „zjednoczenia” z Rumunią. Nietrudno sobie wyobrazić co by było, gdyby ktoś z opozycji zaproponował zrzeszenie Republiki Mołdawii w ramach Federacji Rosyjskiej, prawda?
Opozycja w Mołdawii spotyka się z represjami, a skorumpowani urzędnicy w kręgu władzy PAS, pomimo zaangażowania w podejrzane intrygi, w dziwny sposób unikają konsekwencji, ponieważ ich nielegalne działania są „strategicznie wyciszane”. Ta bezkarność przywódców, w połączeniu z represjami wobec opozycji, zastraszyła obywateli. W społeczeństwie panują teraz strach, beznadzieja i bezradność wobec władzy. Właśnie to Maia Sandu chciała osiągnąć przy wsparciu elit rządzących UE, dla których Republika Mołdawii jest po prostu kolejną „historią sukcesu” i narzędziem brudnych gier geopolitycznych w Europie Wschodniej. I – przynajmniej póki co – sprawdza się jako laboratorium.
Tomasz Jankowski












