Polsce grozi budowa cywilizacji śmierci, którą w swoim długim pontyfikacie demaskował i opisywał św. Jan Paweł II. Cywilizacja śmierci nie jest niczym innym, jak próbą ostatecznej realizacji fałszywego porządku „księcia tego świata”. Nie brakuje dziś polityków, którzy ubiegając się o najwyższy urząd w Rzeczpospolitej, oficjalnie deklarują się jako aplikanci na stanowisko jednego z „ministrów szatana”.
Aborcja, in vitro, eutanazja, ale również uderzanie w podstawowe prawa rodziny, albo zajadła propaganda antynatalistyczna – to wszystko główne części składowe cywilizacji śmierci, konstruktu społecznego, który nakierowany jest na całkowitą eliminację Boga z życia publicznego. W ramach cywilizacji śmierci nie ma miejsca na uznawanie godności człowieka jako stworzenia Bożego. Człowiek ma tu jedynie taką wartość, jaką sam sobie nada; a to oznacza, iż ci, którzy uchodzą za niezdolnych do takiego aktu „samoustanowienia człowieczeństwa” traktowani są jak zlepek materii, który inni mogą utylizować według własnego uznania.
Papież Wojtyła wskazywał, iż cywilizacja śmierci ma u swojego fundamentu błędne rozumienie wolności. W encyklice „Veritatis splendor” pisał: „Wolność, która uważa się za absolutną, prowadzi do traktowania ciała człowieka jako surowca, pozbawionego znaczeń i wartości moralnych, dopóki ona nie ukształtuje go według własnego zamysłu. W konsekwencji natura ludzka i ciało jawią się jako wstępne dane czy przesłanki dla wyborów dokonywanych przez wolność, materialnie niezbędne, ale zewnętrzne wobec osoby, wobec podmiotu i ludzkiego działania”.
Ciało ludzkie jako surowiec pozbawiony znaczeń i wartości moralnych – to rzeczywiście credo utylitarystycznej współczesności. Ciało ludzkie jako takie uchodzi za zwykły przedmiot materialny; wyższą jakość może zyskać tylko wtedy, kiedy zostanie mu nadana przez decyzję woli jakiejś „osoby”. „Osobą” nie jest jednak każdy człowiek, ale tylko ten, kto sam jest w stanie „ustanowić się” w byciu człowiekiem.
Zabijanie na skalę przemysłu
Ludzie niebędący „osobami” są traktowani wyłącznie w kategoriach „użytkowych” – albo służą interesowi „osób”, albo mu nie służą i mogą zostać zniszczeni.
Dlatego w cywilizacji śmierci możliwa jest aborcja. Dzieci poczęte w ujęciu utylitarystycznym nie mają osobowości: są wprawdzie ludźmi w sensie biologicznym, ale sama biologiczność nie pozwala im uzyskać żadnej godności. Godność, a co za tym idzie również i wartość, zyskują tylko w sposób zapośredniczony – poprzez wolę swoich „właścicieli”.
Co do zasady, właścicielem dziecka poczętego jest matka. Dlatego to zwykle ona decyduje o tym, czy je urodzi i wprowadzi na drogę do „uzyskania” własnej osobowości, a w efekcie również godności; czy też to dziecko po prostu zabije przed jego narodzeniem. o ile wybiera to drugie, zgodnie z obowiązującym paradygmatem utylitarystycznym nie zabija wcale człowieka-osoby, ale „ludzką materię”, która nie ma żadnej wartości własnej. Matka, decydując o uśmierceniu dziecka, decyduje o tym, by „ludzka materia” nie zyskała nigdy wartości osobowej.
Co ciekawe, w praktyce niekiedy to choćby nie matka jest faktycznym decydentem. Od dłuższego czasu w świecie kwitnie biznes surogacyjny. Dziecko można zamówić u kobiety w jednym z uboższych państw świata. Według dziennikarzy badających ten proceder zdarza się, iż zamawiający są niezadowoleni z oferowanego im „towaru”. W trakcie badań prenatalnych okazuje się na przykład, iż „ludzka materia” rozwijająca się w łonie surogatki ma płeć inną, niż zamówiona; albo też „ludzka materia” wykazuje cechy chorobowe. Wówczas zamawiający polecają surogatce uśmiercenie dziecka („nie-osoby”). W takim wypadku, choć to formalnie matka decyduje o odebraniu życia, tak naprawdę decyzja zapada gdzie indziej – rzeczywistymi właścicielami „ludzkiej materii” w jej łonie nie jest przecież ona sama, tylko ci, którzy zapłacili za ciążę. Dziennikarze podają, iż zdarza się, iż umowa podpisana między surogatką a zamawiającymi po prostu obliguje kobietę do uśmiercenia dziecka, jeżeliby nie spełniało założeń wynikających z umowy. „Surowiec” ludzki nie rokował, zostaje zatem przeznaczony do utylizacji.
Wszystko dzieje się na gruncie fałszywego paradygmatu wolności. Matka uśmierca dziecko, bo jest w tym duecie uznana za jedyną „osobę”, a w konsekwencji za „władczynię” całej „materii biologicznej” – zarówno własnego ciała jak i ciała dziecięcego. W przypadku surogacji matka na podstawie umowy, teoretycznie podpisanej w akcie wolnej decyzji, ceduje własność „materii cielesnej” dziecka na zamawiających, a oni rozporządzają nią, jak chcą, aż do zabójstwa włącznie.
Podobnie jest w przypadku „niedobrowolnej eutanazji”. W dwóch europejskich krajach, Belgii i Holandii, zgodnie z prawem można uśmiercać chore noworodki. o ile lekarze i rodzice uznają, iż ich jakość życia na skutek choroby byłaby bardzo niska, zostają zabite. Również noworodek w paradygmacie utylitarystycznym nie pozostało „osobą”, tylko „ludzką materią” – przebywa wprawdzie poza łonem matki, co czyni go niepodatnym na aborcję, ale z racji na brak umiejętności świadomego zawiadywania własnym ciałem, nie dysponuje jeszcze osobowością, a stąd – nie ma też godności ludzkiej; nie ma własnej wartości. Stąd staje się przedmiotem posiadania rodziców, którzy mogą zdecydować o jego likwidacji. Także tutaj chory noworodek staje się „surowcem”, który nie rokuje i można go w efekcie zutylizować. o ile w innych krajach świata niż Belgia i Holandia nie zabija się noworodków, to dzieje się tak tylko dlatego, iż nie wyciąga się tam wszystkich konsekwencji z przyjętego paradygmatu utylitarystycznego. Zabijanie noworodków jest z tym paradygmatem jednak całkowicie zgodne, stąd w przyszłości może się upowszechnić. Co więcej, nic nie stoi na przeszkodzie, by noworodki były zabijane choćby wówczas, kiedy są zdrowe. W końcu nie są jeszcze „osobami”.
Utylizuje się również ludzi starych i ciężko chorych. W wielu krajach świata zgodnie z prawem są poddawani eutanazji. Wszędzie obowiązuje wprawdzie prawo mówiące o „dobrowolności”. Jednak każdy rozumny człowiek wie, iż w niektórych przypadkach to po prostu fikcja. o ile cierpiący człowiek zostanie poddany odpowiedniej propagandzie, podejmuje „decyzję”, która nie jest wcale decyzją dobrowolną. Godzi się na śmierć pod presją; mamy zatem do czynienia z psychologicznym wymuszeniem. Z racji na swoją chorobę albo wiek zostaje uznany przez społeczeństwo za jednostkę, która włada swoim ciałem w sposób ułomny. Powinien nie żyć, zdaje się mówić otoczenie; w zgodzie z utylitarnym, ekonomicznym interesem publicznym byłoby lepiej, gdyby go nie było. Ten przekaz zostaje opakowany w narrację o unikaniu cierpienia, a chory „zgadza się” na śmierć.
Bywa, iż tej zgody wcale się nie szuka. Znany jest przypadek z Holandii, kiedy 74-latka z demencją broniła się przed podaniem jej zastrzyku ze śmiertelną trucizną. Zgodziła się na eutanazję kilka lat wcześniej; kiedy wyrok miał zostać wykonany – nie chciała mu się poddać. Uznano jednak, iż z powodu demencji nie jest już „osobą”, dlatego władzę nad jej ciałem przejęto i 74-latkę uśmiercono wbrew jej woli. Sąd Najwyższy uznał, iż postąpiono zgodnie z legalnymi procedurami.
„Jeśli z jednej strony istnieje «cywilizacja miłości», to równocześnie zachodzi też możliwość «antycywilizacji» destrukcyjnej, co niestety w naszej epoce stało się faktem dokonanym o bardzo szerokim zasięgu” – pisał Jan Paweł II w liście do rodzin „Gratissimam sane” z 1994 roku. W ciągu 31 lat ten zasięg tylko się zwiększył – i będzie zwiększać się nadal, o ile na poziomie politycznym nie zapadną decyzje o przyjęciu zupełnie innego kierunku. Niestety, kilka dziś na to wskazuje. Zmiany w Stanach Zjednoczonych za prezydentury Donalda Trumpa są wprawdzie znaczące, ale bardzo ograniczone. Choć Republikanie piętnują aborcję, są gorącymi zwolennikami procedury in vitro. Uznają zarodki za „ludzką materię”, którą można dowolnie rozporządzać. To nie jest kwestia zmiany filozofii. W zgodzie z paradygmatem obowiązującym dziś w Ameryce możliwa jest nieledwie przemysłowa hodowla ludzi, traktowanych na najwcześniejszym etapie swojego istnienia jak surowiec. Każda zmiana w kierunku porządku Bożego jest dobra, stąd cieszy odejście od promocji aborcji; ale to wciąż dalece za mało.
Co istotne, „cywilizacja śmierci”, o ile rozumieć ją jako kulturę używania ludzkiego ciała jako surowca, wykracza poza problematykę zabijania ludzi. Problem jest dalece szerszy. W tym samym liście papież Wojtyła pisał: „Utylitaryzm to cywilizacja skutku, użycia — cywilizacja «rzeczy», a nie «osób»; cywilizacja, w której osoby stają się przedmiotem użycia, podobnie jak używa się rzeczy. Tak więc — na gruncie cywilizacji użycia kobieta bywa przedmiotem dla mężczyzny. Dzieci stają się przeszkodą dla rodziców. Rodzina staje się instytucją ograniczającą wolność swoich członków. Aby się o tym wszystkim przekonać, wystarczy przyglądnąć się choćby pewnym programom wychowania seksualnego, które wprowadzane bywają w szkołach, często mimo sprzeciwu, a choćby protestów ze strony wielu rodziców”. Dlatego w perspektywie cywilizacji śmierci należy oceniać również takie zjawiska jak programy edukacyjne promowane dziś przez większość parlamentarną w Polsce. Pozostawię to w tym miejscu bez dalszego rozwinięcia, jako iż ogranicza nas czas Czytelnika; trzeba jednak pamiętać o prawdziwym zakresie naszej problematyki.
Cywilizacja śmierci jako cywilizacja szatana
Bóg stworzył człowieka na końcu dzieła stworzenia, na swój obraz i podobieństwo. Dlatego mówimy, iż człowiek jest „koroną stworzenia”. Sam Stwórca stał się człowiekiem w Jezusie Chrystusie. Kto traktuje człowieka jak przedmiot, ten w jawny sposób gardzi aktem stwórczym samego Boga. Utylitarystyczny materializm w odniesieniu do człowieka jest oczywistym nihilizmem – przemawia przezeń pragnienie „odwrócenia” dzieła Bożego; zaprzeczenia godności ludzkiej, tak dobitnie podkreślonej przez Wcielenie. W tym sensie utylitarystyczny materializm antropologiczny jest po prostu satanizmem, a cała cywilizacja śmierci, na nim ufundowana, jest cywilizacją szatana. Można dlatego powiedzieć, iż cywilizacja śmierci, rozumiana „idealnie”, jest adekwatnym celem księcia tego świata. Ci, którzy wprowadzają prawa cywilizacji śmierci, mogą być zatem nazwani „urzędnikami państwa szatana”.
Jest zrozumiałe samo przez się, iż ludzie wypełniający misję szatana w dziele konstytuowania jego „porządku” nie mogą być traktowani jak pobożni członkowie Kościoła katolickiego. Dlatego ci, którzy przykładają rękę do budowy cywilizacji śmierci, stając się „ministrami diabła”, nie mogą przystępować do sakramentów. Sakrament jest widzialnym znakiem niewidzialnej łaski. W szczególny sposób dotyczy to Eucharystii, będącej znakiem jedności z samym Bogiem. Sługa szatana z definicji nie jest w jedności z Bogiem, zatem nie może przystępować do Komunii świętej. W związku z tym słusznie nauczał kardynał Józef Ratzinger, wykluczając od Eucharystii polityków wspierających aborcję. W liście wysłanym w 2004 roku do Theodore’a McCarricka, wówczas kardynała Kościoła katolickiego, wskazywał, iż polityczny współudział w legalizacji aborcji, czyli w konstytuowaniu państwa szatana, nie pozwala na przyjmowanie Ciała Chrystusowego.
18 maja odbędzie się w Polsce pierwsza tura wyborów prezydenckich. Polacy będą głosować na człowieka, który w ich imieniu przez kolejne pięć lat będzie reprezentować Rzeczpospolitą. Z istotny wybór również z perspektywy konfliktu między cywilizacją życia a cywilizacją śmierci. Byłoby dobrze, gdyby najwyższy reprezentant polityczny narodu polskiego chciał oddawać swoje siły na rzecz budowy cywilizacji życia, to znaczy konstytuowania w Polsce takiego porządku, jaki będzie miły samemu Bogu. Niestety, kilku kandydatów w tych wyborach zupełnie otwarcie przyznaje, iż tego nie chce. Na przykład Rafał Trzaskowski, Magdalena Biejat albo Adrian Zandberg ogłaszają, iż dołożą starań w celu zalegalizowania w Polsce zabijania dzieci nienarodzonych albo odbierania rodzicom kontroli nad edukacją dzieci poprzez promowanie tzw. edukacji seksualnej. W tym sensie zarówno Trzaskowski, Biejat jak i Zandberg prezentują się jako aplikanci na stanowisko „ministrów diabła”. Głosowanie na kogoś, kto chce być urzędnikiem państwa szatana, nie jest dla katolika adekwatnym wyborem. Dlatego jest konieczne oddanie głosu na tego kandydata, który deklaruje służbę na rzecz państwa Bożego. Takich kandydatów jest co najmniej kilku, by wymienić Karola Nawrockiego, Sławomira Mentzena, Grzegorza Brauna czy Marka Jakubiaka. Pozostaje rzeczą politycznej i obywatelskiej roztropności każdego z wyborców jest ocenić, który z kandydatów jest w tych deklaracjach najbardziej wiarygodny, biorąc, oczywiście, pod uwagę również inne elementy programu oraz kształt i charakter zaplecza politycznego każdego z nich, jako iż prezydentura w Rzeczpospolitej nie ogranicza się przecież do podejmowania decyzji w kwestiach moralnych, jakkolwiek są one fundamentalne.
„Bo śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się ze zguby żyjących. Stworzył bowiem wszystko po to, aby było […]. [D]la nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka — uczynił go obrazem swej własnej wieczności. A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą” (Mdr 1, 13-14; 2, 23-24). O tym nauczaniu Pisma przypomniał św. Jan Paweł II w encyklice „Evangelium vitae” z 1995 roku. Pamiętając o wielkim zaangażowaniu papieża Polaka w promocję Ewangelii życia, włączajmy się w Boże dzieło we wszystkich obszarach naszego życia – prywatnie i publicznie. Niech pamięć o ludzkiej godności, doskonale objawionej przez Wcielenie samego Jezusa Chrystusa, zawsze nam przyświeca, tak, byśmy mogli wyznać przed Sędzią, iż całe życie poświęciliśmy sprawie realizacji Boskiego porządku.
Paweł Chmielewski