Jan Miszczak: Bezkarny pirat

3 dni temu
Jan Miszczak (Fot. Archiwum)

Tak się złożyło, iż lata mej młodości w dużej części przypadły na czasy PRL. Jak wiadomo, oprócz wydarzeń strasznych bywały wtedy także tak absurdalne, iż kiedy skończyła się PRL, to wydawało się, iż nic już bardziej niedorzecznego spotkać nas nie może. Tymczasem może i to jeszcze jak!

Dziwnym trafem przypomniały mi się np. przypadki, kiedy to w PRL organizowano konkursy, których celem było mobilizowanie kierowców do przestrzegania zasad ruchu drogowego. Najlepsi otrzymywali dyplomy, plakietki, a choćby honorowe tytuły, w tym „wzorowego kierowcy”, czy też „dżentelmena jezdni”. I bardzo dobrze, bo choć aut było wtedy nieporównywalnie mniej, a autostrady widywano głównie na zdjęciach, to jednak miało to jakiś wpływ na poprawę bezpieczeństwa ruchu. Ale w PRL nic nie mogło być całkiem normalne, więc zdarzało się, iż tytuł „wzorowego kierowcy” trafiał do jakiegoś pupila władzy. Znam przypadek, gdy pewien bliski kumpel ważnego dygnitarza, sam zresztą też zajmujący znaczące stanowisko, jechał autem po pijaku, milicja go zatrzymała i zabrała mu prawo jazdy. Więc on poskarżył się swemu pryncypałowi, ten zrugał szefa tamtejszej milicji, który w ramach uniżonych przeprosin już nazajutrz nie tylko zwrócił ukaranemu kierowcy prawo jazdy, ale wręczył mu też plakietkę z tytułem „dżentelmena jezdni”. Posiadanie takiego wyróżnienia miało wtedy nieliche znaczenie, bo jeżeli taki „dżentelmen” naruszył potem przepisy ruchu drogowego, został złapany przez milicję i okazał swój tytuł, to funkcjonariusze zamiast mandatu bili mu w dach, życząc szerokiej drogi.

Dlaczego piszę o tych odległych czasach? Otóż dlatego, iż przypomniał mi to znany z nienajlepszej przeszłości poseł PiS Łukasz Mejza, który co chwilę bywa przyłapywany przez policję na przekraczaniu prędkości. I to nie byle jakim, bo jechał już 200 km/godz tam, gdzie wolno tylko 120, potem znów złapano go na podobnej drodze, ale jadącego już „tylko” 151 km/godz. A w ogóle to słynie on głównie z tego, iż niemal zawsze ma na liczniku dużo więcej, niż pozwalają przepisy. Mejza najpierw zasłaniał się immunitetem, później honorowo zrzekł się immunitetu, ale prędkość przekraczał nadal, co rejestrowały fotoradary. W sumie uzbierał… 168 punktów karnych, ale ponieważ przestał odbierać korespondencję z GITD, to tym samym uniemożliwił skierowanie do sądu wniosków o orzeczenie kar. Tym tylko różni się od dygnitarzy z PRL, iż nie został „dżentelmenem jezdni”.

A co na to jego partyjni towarzysze? Z początku prezes Kaczyński orzekł, iż wprawdzie Mejza nabroił, ale zapłacił i przeprosił. Potem zaś dorzucił wymownie: „Poza tym ja dosyć dużo jeżdżę(…) i mogę powiedzieć… Kto pierwszy rzuci kamieniem”.

Miało to oznaczać, iż prawie każdemu zdarzy się przekroczyć prędkość. Ale żeby nazbierać aż 168 punktów? Tego Kaczyński nigdy nie zrobi, choćby dlatego, iż nie ma i nigdy nie miał prawa jazdy. Nie rusza to też Szymona Szynkowskiego vel Sęka. „Dajmy z nim spokój. Naprawdę. Spuśćmy zasłonę milczenia” – radzi ten poseł PiS. Jedynie reakcja b. premier Beaty Szydło była bardziej żywiołowa, bo gdy usłyszała, ile punktów ma Mejza, to krzyknęła głośno: „Matko Boska!”, słusznie nie wzywając św. Krzysztofa, gdyż to przecież patron kierowców, a nie piratów. Poza tym piraci winni siedzieć na ławach oskarżonych, a nie w ławach sejmowych.

PS. Na koniec nadeszła wiadomość, iż Mejzę wreszcie wyrzucono z klubu PiS, ale on twierdzi, iż wyrzucił się sam. To teraz trzeba już tylko wyrzucić go z auta.

Idź do oryginalnego materiału