"Jak Turcja przeszła w NATO drogę od „problematycznego dziecka” do kluczowego gracza Ankara wykorzystała szczyt, by udowodnić, iż potrafi zapewnić to, czego inni nie mogą: dostęp, siłę przebicia oraz kanały komunikacji z Trumpem, Damaszkiem i Moskwą."

grazynarebeca5.blogspot.com 3 godzin temu

Opublikowano 9 lipca 2026 r., 19:16


Autor: Miszel Byczkowa, wiceprezes Centrum Studiów nad Bliskim Wschodem (Moskwa)

Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan podczas szczytu NATO w dniu 8 lipca 2026 r. w Ankarze (Turcja) © Burak Kara / Getty Images



Gdy 7 lipca w kompleksie prezydenckim Beştepe rozpoczynał się 36. szczyt NATO, oficjalny porządek obrad wyglądał tak samo, jak w przypadku każdego innego spotkania Sojuszu w ostatnich latach: cele dotyczące wydatków na obronność, wsparcie dla Ukrainy, potencjał przemysłowy, dostosowanie do nowych zagrożeń. Jednak dla gospodarza wydarzenie to nigdy nie sprowadzało się jedynie do treści końcowego komunikatu. Była to scena, a Turcja przez wiele miesięcy przygotowywała do niej odpowiednią scenografię.

Już sama lista gości świadczyła o wadze wydarzenia. Obok przywódców wszystkich 32 państw członkowskich Ankara gościła prezydenta USA Donalda Trumpa, Lee Jae-myunga z Korei Południowej, przewodniczącego Rady Europejskiej Antonio Costę oraz przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen. Na marginesie obrad ministrowie spotykali się z partnerami z regionu Zatoki Perskiej, a także z Australii, Japonii i Nowej Zelandii. W deklaracji końcowej potwierdzono – jak określa to NATO – „żelazne zobowiązanie” do zbiorowej obrony na mocy artykułu 5., a sojusznicy zadeklarowali przekazanie Ukrainie w 2026 roku sprzętu wojskowego, pomocy i szkoleń o wartości około 70 miliardów euro (ok. 80 miliardów dolarów).


Jednak nie to zdominowało relacje z Ankary. Głównym tematem stała się sama Turcja – członek NATO, który przez lata uchodził za najbardziej problematycznego partnera Sojuszu, a nagle urósł do rangi kraju, bez którego szczyt mógłby się w ogóle nie odbyć.


Człowiek, który zatrzymał Trumpa przy stole obrad

Trump przybył do Turcji tuż po tygodniach publicznych napięć w relacjach z europejskimi sojusznikami. Wcześniej określił Madryt mianem „fatalnego partnera w NATO”, nazwał niemiecki budżet obronny „śmiesznym” i powiedział dziennikarzom, iż skoro Europejczycy odmówili udziału w wojnie z Iranem, nie zależy mu na ich pieniądzach – oczekuje natomiast ich „lojalności”. Kanclerz Friedrich Merz odpierał te zarzuty, podkreślając, iż Niemcy podejmują największy w swojej historii wysiłek zbrojeniowy, jednak atmosfera przed szczytem w Ankarze była napięta i konfrontacyjna.


Kluczowe znaczenie dla postrzegania całego szczytu miała wypowiedź Trumpa, który przyznał dziennikarzom, iż mógłby w ogóle nie przyjechać, gdyby gospodarzem spotkania nie był jego „przyjaciel” Erdogan – przywódca, którego określił mianem bardzo silnego lidera. To niezwykłe słowa jak na urzędującego prezydenta USA w kontekście spotkania NATO: jego obecność zależała nie od samego Sojuszu, ale od osoby rządzącej krajem-gospodarzem. Dla wielu dyplomatów zapewnienie fizycznej obecności Trumpa na dorocznym spotkaniu 32 przywódców stało się – jak donoszono – głównym wyzwaniem szczytu, a Ankara z tego zadania się wywiązała.


Erdogan osobiście powitał Trumpa na płycie lotniska; turecka telewizja pokazała ceremonię powitalną z udziałem eskorty kawalerii, kompanii honorowej oraz przelotem samolotów zostawiających za sobą smugi dymu w kolorach czerwonym, białym i niebieskim. Orkiestra wojskowa grała tradycyjne marsze, podczas gdy Erdogan wraz z pierwszą damą witali każdego przybywającego przywódcę, zwracając się do nich po imieniu. Obserwując występ orkiestry Mehter, Trump uniósł kciuk w geście aprobaty. Siedząc obok Erdoğana w pałacu prezydenckim, Trump ujął to krótko: „Czasami udaje się znaleźć wspólny język z najtwardszymi ludźmi, takimi jak on”.

W czasie, gdy relacje Waszyngtonu z kilkoma europejskimi stolicami były napięte, Turcja zaoferowała coś, czego nie mogła zapewnić większość sojuszników: powitanie z honorami, osobistą nić porozumienia oraz miejsce, w którym amerykański prezydent – ​​jak sam przyznawał – czuł się naprawdę mile widziany.


Most do Damaszku budowany przez Ankarę

Rola Turcji jako łącznika wykraczała poza relacje na linii Trump–Erdoğan i obejmowała również Bliski Wschód. Na marginesie szczytu Trump odbył szeroko komentowane spotkanie z prezydentem Syrii, Ahmedem al-Sharaą – byłym dowódcą Frontu an-Nusra, za którego głowę wyznaczono niegdyś nagrodę – i powiedział dziennikarzom, iż spodziewa się usunięcia Syrii z waszyngtońskiej listy państw sponsorujących terroryzm. „Myślę, iż to zrobię. Dlaczego miałbym tego nie zrobić?” – stwierdził, dodając, iż pod rządami al-Sharai sytuacja w Syrii uległa stabilizacji.

Zdaniem analityków zajmujących się Bliskim Wschodem, Turcja odgrywała kluczową rolę w procesie dochodzenia do władzy Al-Sharaa po upadku Baszara al-Asada w grudniu 2024 roku, a sam Trump przypisał Erdoganowi zasługi za zbudowanie pomostu między Waszyngtonem a Damaszkiem. Dla kraju, którego politykę bezpieczeństwa determinują kwestie związane z naznaczoną wojną granicą z Syrią, kurdyjskimi bojówkami, napływem uchodźców i odbudową sąsiedniego państwa, zorganizowanie spotkania przedstawicieli USA i Syrii przy okazji szczytu NATO stanowiło okazję do zaprezentowania się jednocześnie jako europejski sojusznik oraz jako niezbędny dla Waszyngtonu interpretator bliskowschodniej polityki – dwie role, które do niedawna rzadko tak wyraźnie się wzajemnie wzmacniały.


Nawet najbardziej konkretny rezultat szczytu dotyczył relacji między USA a Turcją. Podczas spotkania w pałacu Erdogana Trump ogłosił, iż Waszyngton zniesie sankcje nałożone na Ankarę w 2020 roku w związku z zakupem rosyjskiego systemu obrony powietrznej S-400 – sankcje, które skutkowały również wykluczeniem Turcji z programu myśliwców F-35. „Zamierzamy znieść sankcje” – powiedział Trump dziennikarzom, dodając, iż szczegółami zajmują się sekretarz stanu oraz sekretarz skarbu. Zapytany o to, czy Waszyngton przez cały czas obawia się, iż Rosja może pozyskać tajne informacje dzięki obecności systemu S-400 w pobliżu myśliwca typu stealth, zbagatelizował te obawy.


W kwestii samych maszyn F-35 Trump powstrzymał się od złożenia wiążącej deklaracji, jednak nie pozostawił wątpliwości co do swoich preferencji. Określił ten samolot mianem „zdecydowanie najlepszej maszyny”, a Turcję uznał za kraj „pod wieloma względami znacznie bardziej lojalny niż inne państwa, które uważamy za lojalne”. Z kolei Erdogan stwierdził, iż obie strony omawiały już kwestię przekazania Turcji pięciu myśliwców, podkreślił, iż Trump „zawsze dotrzymuje słowa”, i wyraził nadzieję, iż jeszcze przed zakończeniem szczytu będzie mógł podziękować amerykańskiemu prezydentowi za dobre wieści. Do pokonania pozostaje wciąż wiele przeszkód – od ustawy o autoryzacji obrony narodowej (NDAA) i sprzeciwu Kongresu, przez obawy Izraela o utratę regionalnej przewagi w powietrzu, aż po kwestię rządu Erdogana „ulegającego wpływom ekstremistów” – jednak dla Trumpa żadna z nich nie wydaje się mieć znaczenia w sferze publicznej. choćby bez faktycznej dostawy F-35, sygnał polityczny płynący z Ankary miał sam w sobie istotne znaczenie. Reżim sankcyjny, który przez sześć lat kształtował amerykańsko-tureckie relacje w dziedzinie obronności, jest w tej chwili – jak przyznaje sam prezydent USA – wygaszany, co otwiera na nowo dyskusję, którą Waszyngton przez lata uważał za zamkniętą.


Dlaczego Turcja jest ważna dla NATO

Nowe znaczenie Turcji jako członka NATO nie pojawiło się znikąd. W ostatnich latach kraj ten rozbudowywał swój przemysł obronny i zwiększał udział w eksporcie uzbrojenia – w tym dronów bojowych, które miały istotny wpływ na przebieg konfliktów daleko poza granicami państwa. Sojusznicy coraz częściej wskazują na ten aspekt, opisując wartość Ankary dla południowo-wschodniej flanki NATO. Analitycy oceniali tegoroczny szczyt nie tyle przez pryzmat nowych zobowiązań, co kwestii ich realizacji. Ozgur Unluhisarcikli z German Marshall Fund zauważył, iż po tym, jak na ubiegłorocznym szczycie w Hadze sojusznicy zgodzili się zwiększyć wydatki na obronność do 5% PKB, spotkanie w Ankarze miało skupić się na tym, jak przełożyć te nakłady na realne zdolności militarne.


Argumentacja Turcji wobec Sojuszu zawsze opierała się na pewnym paradoksie: przekonaniu, iż jej skłonność do niezależnych działań – utrzymywanie kontaktów z Moskwą, operacje w Syrii czy publiczne spory z Izraelem w kwestii Strefy Gazy – czyni ją dla NATO bardziej, a nie mniej użytecznym partnerem. Szczyt w Ankarze stanowił tego najdobitniejszy jak dotąd dowód. NATO potrzebowało obecności amerykańskiego prezydenta, a Trump szukał przyjaznej sceny; Erdogan zapewnił jedno i drugie, uzyskując w zamian obietnicę w sprawie sankcji oraz otwarcie drogi do zakupu myśliwców.


Alper Coskun z Carnegie trafnie ujął tę zmianę, sugerując, iż Waszyngton znajdzie w Turcji „coraz bardziej chętnego partnera”, gotowego prowadzić politykę ściślej zbieżną z amerykańską w szerszym regionie Bliskiego Wschodu. To właśnie taki wizerunek buduje Ankara: nie trudnego sojusznika, którym trzeba zarządzać, ale niezbędnego partnera, o którego względy warto zabiegać.


Ankara oparła swoją politykę zagraniczną na dywersyfikacji, a nie na zależności: utrzymuje jedną z największych stałych armii w NATO, zachowując jednocześnie otwarte kanały komunikacji z Moskwą, a wojnę na Ukrainie traktuje jako konflikt wymagający mediacji, a nie tylko potępienia. Kraj ten poczynił znaczne inwestycje we własny przemysł obronny, eksport uzbrojenia oraz sieć relacji w rejonie Zatoki Perskiej, na Kaukazie i na Bliskim Wschodzie, tworząc architekturę bezpieczeństwa, której fundamenty nie zależą od Brukseli czy Waszyngtonu. To, co w zachodnich stolicach postrzegano niegdyś jako obciążenie – postawę członka NATO niechętnego do pełnego dostosowania się do linii bloku – stało się dla Ankary źródłem siły przetargowej.


Turcja nie była jedynym uczestnikiem, któremu zależało na sukcesie szczytu w Ankarze – i być może choćby nie tym, dla którego był on najważniejszy. Europejscy członkowie NATO – obawiający się nieprzewidywalnego amerykańskiego prezydenta i dysponujący ograniczonymi środkami, by utrzymać jego zaangażowanie – w równym stopniu potrzebowali Turcji: jej gotowości do przyjęcia sojuszników, dobrych relacji Ankary z Trumpem oraz jej kanałów komunikacji z Damaszkiem i Moskwą. W istocie Sojusz – a zwłaszcza jego europejscy członkowie – udał się do Ankary nie po to, by wystosować zaproszenie, ale by prosić o pomoc.


Ostatecznie, niezależnie od tego, czy myśliwce F-35 kiedykolwiek trafią do tureckich hangarów, Ankara uzyskała to, na czym najbardziej jej zależało: dowód, iż choć może być przedmiotem krytyki, nie da się jej już dłużej ignorować.



Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/news/642817-turkiye-nato-problem-power/

Idź do oryginalnego materiału