To będą trudne święta? Nie dla Morawieckiego, dla którego wywiad z Pawłem Kapustą z Wirtualnej Polski wygląda raczej jak laurka albo budowanie marki osobistej. Krytycznie patrząc, można dostrzec, iż strukturalnie jest to raczej dobrze wyreżyserowaną sceną ocieplania wizerunku premiera niż próbą krytycznego przepytania go z realnej władzy. I to jest przede wszystkim decyzja autora – Kapusty – a nie rozmówcy.
Już sam wstęp ustawia całość w bardzo miękkiej, emocjonalnej ramie. Zaczynamy od żałoby, telefonu do nieżyjącego ojca, wigilii i „trudnych świąt”. Kapusta podaje tę ramę pytaniem niby-ironizującym („czy polityk w Wigilię jest w stanie przemówić ludzkim głosem?”), ale w praktyce to zaproszenie do wigilijnej spowiedzi, nie do konfrontacji. Zamiast „panie premierze, ma pan w ręku aparat państwa” dostajemy „czy tęskni pan za tatą?”. To oczywiście świetnie działa na poziomie storytellingu: czytelnik ma wejść w bliski, quasi-intymny kontakt z człowiekiem u steru państwa. Tyle iż im dłużej ten ton się utrzymuje, tym bardziej unieważnia potencjał krytyczny wywiadu.
Drugi poziom to budowanie mitu biograficznego – i tu Kapusta jest bardziej kronikarzem niż kontrolerem. Morawiecki opowiada o Kornelu, „Kornelówce”, o udziałach w opozycji, zimnym chowaniu się przed SB, pobiciach, groźbach w lesie, pistolecie przy głowie. To wszystko jest podawane bez żadnej próby zderzenia z faktami spoza narracji rozmówcy. Autor przywołuje co prawda głosy znajomych („koledzy z klubu mówią, iż przychodził pan siny”), ale nie po to, by coś zakwestionować, tylko by jeszcze mocniej podbić dramatyzm opowieści. W rezultacie dostajemy klasyczną sekwencję heroizującą: dzieciństwo w opozycyjnym domu, „Dziki” krnąbrny chłopak, ofiara represji. To jest fundament pod późniejsze zdanie: „pieniądze tylko mi się przytrafiły, zawsze bym wylądował w służbie publicznej”. Kapusta tę konstrukcję bez oporu przyjmuje.
Kiedy rozmowa przechodzi do współczesności – decyzji o wejściu do rządu po prezesurze banku – autor zadaje bardzo sensowne w teorii pytanie: „po co to panu było?”. To mogłoby być wejście w twardą rozmowę o interesach, sieciach wpływu, relacji z sektorem finansowym. Tymczasem Kapusta pozwala, żeby odpowiedź Morawieckiego wybrzmiała jak czysta deklaracja misji: „chęć przełożenia kompetencji na służbę publiczną”, „pierwszy raz od 300 lat szansa dołączenia do czołówki państw” itd. Brakuje naturalnego, niewygodnego dopytania w stylu: „czyli kwestie wynagrodzeń, przywilejów, immunitetu, ochrony własnej pozycji, w ogóle nie grały roli?”. Zamiast tego autor pozwala, by patos o „Rzeczpospolitej Solidarnej” stał się niekontestowanym leitmotivem.
Wyjątkowo miękko potraktowany jest również temat Jarosława Kaczyńskiego i realnej struktury władzy. Kapusta referuje zarzut opozycji („że pan tylko firmuje, a steruje ktoś inny”), ale formułuje go w sposób, który aż prosi się o wygładzającą metaforę. I dokładnie to dostaje: „prezes klubu piłkarskiego nie musi być kapitanem na boisku”, „kompatybilny podział ról”. Autor nie próbuje choćby wjechać w konkrety – kto o czym decyduje, przy jakich sprawach głos premiera był przegłosowywany, jak wyglądają realne mechanizmy uzgadniania decyzji. Przyjmuje opowieść o „ogromnym autorytecie politycznym” Kaczyńskiego jak coś oczywistego i akceptowalnego.
Na poziomie tekstu efekt jest taki: czytelnik wychodzi z poczuciem, iż wszystko jest zdrowo ułożone i „nie ma sprzeczności”.
Gdy rozmowa dochodzi do polaryzacji i „wojny wewnętrznej”, Kapusta dotyka wreszcie czegoś, co mogłoby być ostrym hakiem: świąteczne stoły, rodziny pokłócone o politykę, słowo „wojna”. To jest moment, w którym można przycisnąć człowieka z jednej strony konfliktu pytaniem o język pogardy, kampanie, propagandę własnego obozu. Zamiast tego autor pozwala Morawieckiemu po prostu przepisać winę na PO i „większość mediów”. Pada opowieść o „spirali nienawiści rozkręcanej przez Platformę”, o satyrycznym „Polskim ZOO”, o „instrumentach w ręku drugiej strony”. Kapusta nie stawia żadnego symetrycznego lustra: nie pyta o język „gorszego sortu”, „zdradzieckich mord”, TVP jako narzędzie partyjne. Pyta raz „nie czuje się pan współwinny?”, ale przyjmuje odpowiedź o „kwerendzie materiałów” i winie PO jako zamykającą. To znowu wejście w narrację władzy, nie jej testowanie.
Podobny schemat pojawia się przy sądach i konstytucji. Pada pytanie o nocne procedowanie ustaw, o zarzuty łamania konstytucji, o Strzembosza i Trybunał Stanu. To potencjalnie największy ciężar gatunkowy rozmowy. Tymczasem Kapusta formułuje to tak, by Morawiecki mógł się z tego odbić ironią. „Nie boi się pan Trybunału Stanu?” – dostaje odpowiedź „to mnie bawi”, a zaraz potem długą deklarację, iż zarzuty są absurdalne, „prezydent jest znakomitym strażnikiem konstytucji”, a oni sami tylko przywracają sprawiedliwość wobec „przefarbowanych komunistów”.
Dziennikarz nie wraca do konkretów: nie wyciąga przykładów ustaw kwestionowanych przez SN, TSUE, RPO, nie zestawia opinii prawnych. W efekcie to premier, a nie autor, definiuje co jest, a co nie jest naruszeniem porządku prawnego. To dokładne przeciwieństwo postawy krytycznej.
Cały wywiad jest przy tym w dużej mierze wolny od twardej polityki gospodarczej. Nie ma pytań o konkretne porażki, o koszty programów, o napięcia w budżecie, o smog, klimat, reprywatyzację, służbę zdrowia – nic, co mogłoby wyjść poza deklaracyjną ramę „zbudowaliśmy Rzeczpospolitą Solidarną”. Gdy Kapusta pyta „co się nie udało?”, dostaje bardzo ogólnikową odpowiedź: „niektóre projekty mogłyby iść szybciej, chcemy czempionów, repolonizacji, łamania barier eksportowych”. Nie ma dopytania o konkretny case, konkretną porażkę, konkretny spór społeczny. To jest klasyczne pytanie „na koniec roku”, ale zadane bez intencji uzyskania realnej listy błędów.
Strukturalnie tekst jest zresztą domknięty z powrotem w tym samym miękkim tonie, którym się otwiera: święta, rodzina, dzieci przyjeżdżające z narzeczonymi, Scrabble, Rummikub, „długie nocne Polaków rozmowy”. Po fragmencie o Trybunale Stanu, reformie sądownictwa i „przefarbowanych komunistach” Kapusta nie zostawia czytelnika z chłodnym podsumowaniem, tylko z obrazkiem ciepłego, trochę zmęczonego faceta, który po prostu chce „więcej czasu z rodziną”. To bardzo wyraźny wybór autora: wygładzić ostre kanty polityki scenką obyczajową.
W sumie ten wywiad można czytać jako element budowy „marki osobistej” Morawieckiego: patriota z opozycyjną biografią, technokratyczny bankowiec, który „dla Polski” rzucił pieniądze, lojalny wobec Kaczyńskiego, odporny na hejt, świadomy rzekomej wyłącznej winy przeciwników za polaryzację. Kapusta tę narrację współtworzy: zdejmuje z niej większość potencjalnie kłopotliwych znaków zapytania, nie dociąża jej faktami, nie rozcina spójnych autoprezentacyjnych opowieści. To bardziej czytadłowy portret na święta niż rozmowa, która chce cokolwiek władzy odebrać – choćby komfort samozadowolenia.

4 godzin temu












