– Trud dźwigania choroby czy niepełnosprawności jednego z członków rodziny sprawia, iż wyostrzają się zmysły pozostałych domowników na dostrzeganie potrzeb i na naukę bezwarunkowej miłości. To, co niszczy rodzinę to brak miłości, czasu i więzi. To są prawdziwi mordercy rodzin, a nie choroba dziecka – mówią Agnieszka i Maciej Tomiccy, tegoroczni laureaci Nagrody „Przyjaciel Życia – Cichy Bohater”.
Jak zaczyna się historia Waszej miłości?
Maciej Tomicki: Szczerze mówiąc, to ja już po pierwszych pięciu minutach wiedziałem, iż Agnieszka będzie matką moich dzieci. Później trzeba było „tylko” ten plan zrealizować. Ja byłem chłopcem z bloków, trochę łobuzem i chuliganem, a Agnieszka była grzeczną dziewczyną z najlepszego liceum w Poznaniu. Lubię mówić, iż to trochę jak mezalians.
Czym Agnieszka Cię urzekła, iż tak gwałtownie się zakochałeś?
MT: Jest szalenie inteligentna, od razu zaimponowała mi swoją wiedzą. Kiedy spotyka się piękną i mądrą kobietę, która na dodatek świetnie gotuje, chce mieć dużą rodzinę i dzieli te same wartości, no to nie ma sensu szukać kogoś innego. Musiałem więc zrobić wszystko, żeby księżniczka chciała wyjść za mąż za takiego pazia, jak ja.
Udało się. Jesteście małżeństwem od ponad osiemnastu lat.
MT: I zjedliśmy razem beczkę soli. A raczej kilka beczek. Każdego dnia przekonuję się, iż dobrze wybrałem, bo Agnieszka jest wspaniałą mamą i żoną.
Agnieszka Tomicka: Ja z kolei cieszę się, iż Maciej jest przy mnie, iż jest dla mnie wsparciem. W całej naszej historii walki o życie Jagody, kiedy psychikę zajmuje lęk o dziecko, zakopywałam swoje potrzeby. A Maciej przypomina mi o tym, iż jestem nie tylko mamą, ale też żoną. Często mi mówi, iż mnie kocha, adoruje mnie, czuję, iż jestem dla niego ważna. Jest też po prostu odpowiedzialnym człowiekiem i dobrym tatą.
Jesteście rodzicami czwórki dzieci: Oli, Stasia, Franka i Jagódki. To rodzicielstwo naznaczone prenatalną stratą Stasia i chorobą Jagody.
AT: Rodzicielstwo było dla nas spełnieniem marzeń. Kiedy się poznaliśmy, planowaliśmy dużą rodzinę. Ja od zawsze widziałam się w roli mamy. Chciałam tę miłość, która we mnie kipi, przelewać na dzieci.
Opowiedzcie, proszę, jak przebiegała ciąża z Jagodą? Kiedy dowiedzieliście się, iż coś jest nie tak?
MT: Ja od początku wiedziałem, iż nie będzie lekko, bo podczas każdej poprzedniej ciąży były mniejsze lub większe problemy. Ale od początku kochałem tak samo mocno i Jagodę, i Agnieszkę. I o każdą się bałem.
AT: W osiemnastym tygodniu ciąży zaczęłam krwawić i miałam silne skurcze. Bardzo się bałam, iż poronię, ale udało się tę ciążę utrzymać jeszcze przez kilka tygodni. Lekarze robili kolejne i kolejne badania i mówili, iż nie widzą nic niepokojącego. Jednak mój stan się pogarszał, musiałam mieć przetaczaną krew. W końcu lekarze zaczęli bać się także o moje życie. Mówili, iż Jagoda tego nie przeżyje. To był trudny czas, bo miałam świadomość, iż w domu jest dwójka małych dzieci. To, co było najgorsze w tej ciąży, to tak naprawdę czekanie na śmierć. Mieliśmy wtedy z Maciejem po dwadzieścia dziewięć lat i rozmawialiśmy o tym, gdzie będziemy pochowane z Jagodą i kto zajmie się pozostałymi dziećmi… W dwudziestym czwartym tygodniu doszło do całkowitego odklejenia się łożyska i trzeba było rozwiązać ciążę.
MT: Nikt nie jest gotowy na coś takiego. Stres, strach i poczucie bezradności to dla faceta coś najtrudniejszego. Chciałbym zrobić wszystko, a nie mogłem zrobić nic. I wtedy doszedłem do wniosku, iż jedyne, co mogę zrobić, to po prostu być oparciem dla Agnieszki i dzieci. Tylko tyle i aż tyle.
Trudno mi sobie wyobrazić, przez co przechodziliście. Lęk o Jagodę, o własne życie…
AT: To było bardzo trudne… Pamiętam bardzo dobrze moment jej porodu. Jechałam szpitalnym korytarzem i wiedziałam, iż być może za chwilę spotkam się z Bogiem. Zaczęłam odmawiać „Ojcze nasz”, bo wiedziałam, iż nic już ode mnie nie zależy. To mi przyniosło ogromny spokój. Wiedziałam, iż Pan Bóg jest tak dobry, iż tutaj na ziemi poukłada życie mojej rodziny, jeżeli mnie i Jagody zabraknie…
Co czułaś, kiedy się obudziłaś?
AT: Maciej był obok. Zapytałam, czy Jagoda sobie poradziła, czy przeżyła. I gdy on odpowiedział, iż córka żyje, to ogarnęło mnie uczucie niesamowitej łaski i wdzięczności za to, iż obie jeszcze tutaj jesteśmy. Te pierwsze dni i tygodnie to był czas takiego zawieszenia między życiem a śmiercią. Jagoda walczyła z całych sił, a my mogliśmy tylko patrzeć na jej małe ciałko i na jej walkę o każdy kolejny dzień z nami.
Jakie diagnozy postawili wtedy lekarze? Co mówili?
MT: Jagódka przy porodzie ważyła sześćset gramów. Kiedy ją zobaczyłem pierwszy raz, była zawinięta w różnych kocykach, leżała w inkubatorze. Lekarze odsłonili mi jej piętę i powiedzieli, iż mogę ją dotknąć moim małym palcem. Zabrali ją na intensywną terapię noworodka, założyli wkłucia, po prostu ją ratowali.
AT: Po dwóch czy trzech tygodniach Jagoda miała przejść pierwszą operację, która miała umożliwić jej dalsze życie. Kiedy zapytałam lekarza o to, czego on się najbardziej boi, odpowiedział mi, iż w zasadzie ona ma pięć procent szans i iż adekwatnie to powinniśmy się pożegnać z córką. Schyliłam się wtedy do inkubatora, otworzyłam drzwiczki i zaczęłam się modlić: „Panie Boże, widzę, iż wszystko, co po ludzku jest możliwe, jest robione, ale Ty tym zarządzasz. Ty możesz dołożyć dni do naszego życia, Ty możesz je zabrać”. I wtedy bardzo świadomie zgodziłam się na Jego wolę. Wiedziałam, iż jeżeli On postanowi zabrać Jagodę do siebie, to to będzie dla niej najlepsze. Wtedy też postanowiłam, iż jeżeli Pan Bóg nam ją zostawi, to każdy dzień będzie na Jego chwałę, a życie Jagody postaramy się uczynić najpiękniejszym, jak to tylko możliwe. Chcieliśmy, żeby ona była świadkiem Bożej miłości.
Jagoda skończyła dziesięć lat. Jej historię, Agnieszko, opisujesz na blogu oraz w mediach społecznościowych. Wypełniasz Twoją obietnicę, żeby uczynić Jagodę świadkiem i światłem w życiu innych ludzi.
AT: Wierzę, iż życie Jagody to Boży plan. Dla mnie to historia o tym, jak Pan Bóg wybiera malutkie narzędzie, które dla innych, dla świata, mogłoby się wydawać zepsute i uszkodzone… A to narządzie jest zarzewiem dobrych historii. Przez te wszystkie lata, kiedy pisałam bloga Jagody, spotkaliśmy na swojej drodze bardzo wiele osób, którym Jagoda pomogła podjąć ważne decyzje.
To znaczy?
AT: Zwracają się do mnie kobiety w trudnych momentach swojego życia: w zagrożonej ciąży, po stracie, z niepomyślną diagnozą prenatalną. Potrzebują rozmowy, obecności. I chociaż się nie znamy, to w takim kryzysowym momencie nie to jest ważne. Ważne jest to, żeby po prostu z kimś być, poświęcić mu czas. Bo czasem w sercach ludzi rodzą się takie pytania, które boją się zadać swoim bliskim. Czasem łatwiej jest porozmawiać z nieznajomym. Łatwiej jest też powiedzieć to, co w sercu, komuś, kto przeszedł podobną drogę i może podzielić się swoim doświadczeniem.
Czasem to towarzyszenie sprawia, iż ktoś zmienia swoją decyzję o aborcji i postanawia urodzić dziecko i choć początkowo myślał o oddaniu go do adopcji, to jednak przyjmuje to maleńkie życie w stu procentach, zabiera je do domu i tworzy piękną rodzinę…
Myślę, iż kiedyś Jagoda zabierze wszystkie te historie i zaniesie je w koszu Panu Bogu. Jagódka pomaga ludziom przełamywać lęki, otwierać serce na miłość, doprowadza do wielu przemian i wewnętrznych uzdrowień…
A czego uczy Was bycie rodzicem dziecka z niepełnosprawnością?
AT: Pierwsze dwa lata jej życia wykuły w nas pokorę i cierpliwość. Nauczyliśmy się wtedy, iż nigdy nie poznamy odpowiedzi na pytanie o to, ile czasu nam zostało. To właśnie Jagoda nauczyła nas, iż skoro nie wiemy, ile czasu mamy, to trzeba w każdej minucie życia dawać miłość, mówić, jak bardzo się kocha bliskich, przytulać ich, być obok. Bo tak naprawdę tylko to się w życiu liczy.
Nierzadko słyszy się, iż niepełnosprawność jest przyczyną rozpadu rodzin. Wy pokazujecie coś zupełnie innego.
AT: Trud dźwigania choroby czy niepełnosprawności jednego z członków rodziny sprawia, iż wyostrzają się zmysły pozostałych domowników na dostrzeganie potrzeb i na naukę bezwarunkowej miłości. To, co niszczy rodzinę to brak miłości, czasu i więzi. To są prawdziwi mordercy rodzin, a nie choroba dziecka.
MT: Świat często nas zwodzi i próbuje nam pokazać, iż szczęście jest gdzie indziej. Ludziom się wydaje, iż wiedzą wszystko. Mamy badania, naukę, leki, psychiatrów. A mimo to coraz więcej ludzi jest nieszczęśliwych… Nie potrzebujemy do szczęścia ogromu pieniędzy, wyjazdów, wakacji. Jagoda, jej szczera radość, czystość i wewnętrzne światło sprawia, iż wszystkie trudy życia znikają, a jej szczęście jest naszym szczęściem.
Co, Waszym zdaniem, znaczy być przyjacielem życia?
AT: Przyjaciel życia to ktoś, kto dostrzega w drugim człowieku szansę i potencjał. Widzi w człowieku człowieka i wie, iż życie jest darem i łaską. Taka osoba nigdy nie odbierze drugiemu szansy, nie zgasi nadziei i nie pogrąży go w ciemności.
MT: Ja bym dodał, iż przyjaciel życia dba także o godność człowieka. Nie definiuje nikogo przez jego słabość, chorobę czy wartość, jaką ktoś może wnieść do społeczeństwa. Najważniejsze jest to, by nie odzierać drugiego człowieka z godności.
„Kwiat Jagody” – wyjątkowa książka inspirowana życiem
Wisia jest pogodną dziewczynką, dla której każdy dzień jest okazją do przygód z przyjaciółmi. Razem z bratem i innymi dziećmi z ulicy, wśród beztroskich wiejskich krajobrazów, wymyśla wciąż nowe zabawy.
Pewnego dnia dziewczynka dowiaduje się, iż jej rodzina ma się powiększyć! Nie wszystko jednak układa się tak sielankowo, a w spokojną codzienność domu wkracza coś zupełnie nowego i nieoczekiwanego – szpital i wcześniactwo jej siostrzyczki. „Kwiat Jagody” to wzruszająca opowieść, w której dziecięce przygody przeplatają się z ważnymi życiowymi lekcjami.
Książka w delikatny sposób opowiada o tym, co trudne, a jednocześnie uczy, iż miłość wygrywa z tęsknotą i lękiem. „Kwiat Jagody” to wyjątkowa publikacja – Autorka wspiera nie tylko emocje dziecka, ale pamięta także o rodzicach, dla których dodatkowo przygotowała treści wirtualne – dorosły czytelnik odnajdzie je na końcu książki w postaci kodów QR.
Informacje o książce:
Autorka: Agnieszka Tomicka, Wydawnictwo Berry, cena: 47,50 zł.

5 godzin temu







