Izrael zamawia F-35. Efekt? Polska musi czekać

3 godzin temu

W czasie gdy część państw przyspiesza rozbudowę swoich sił powietrznych, inne – jak Polska – muszą dostosowywać się do przesunięć w harmonogramach dostaw. Najnowsze decyzje zakupowe Izraela oraz sytuacja wokół programu F-35 pokazują wyraźnie, jak różnie przebiega realizacja kontraktów na najnowocześniejsze myśliwce świata. Gdy zamówienia składa Żyd, Polak automatycznie jest przesuwany w kolejce. W ten sposób samoloty, które miały do nas dotrzeć wiosną 2026 roku, mają być dopiero za rok. Najszybciej.

Kilka dni temu Izrael podjął decyzję o dalszym zwiększaniu swojej liczby myśliwców F-35 Lightning II. Tel Awiw zamawia kolejne maszyny i rozwija ich własną wersję: F-35I Adir. Co ważne, robi to w sposób, który jasno pokazuje, kto w kolejce do amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego ma złotą kartę wstępu poza kolejką, a kto musi cierpliwie czekać, aż sprzedawca go w ogóle zauważy, choć teoretycznie nie jest żulem i nie bierze na kreskę.

Trudno się zresztą dziwić. USA od lat jest na posyłki Izraela, a ten traktuje lotnictwo priorytetowo, jako realne narzędzie prowadzenia wojny, a nie jako przyszłą zdolność, która „będzie dostępna po pełnym wdrożeniu”, jak to dzieje się w przypadku Polski. W ich przypadku F-35 już latają, już są używane operacyjnie i – co najważniejsze – już wpływają na sytuację w regionie. Kolejne zamówienia to nie ambicja, tylko logika.

Na tym tle Polska wygląda jak klient, który zapłacił za sprzęt klasy premium i właśnie dowiedział się, iż dostawa „lekko się przesunie”, ale przecież wszystko jest pod kontrolą. Oficjalnie – jak zawsze – idzie zgodne z planem, tylko plan zdążył się zmienić.

Warszawa podpisała kontrakt na 32 maszyny F-35A Lightning II w 2020 roku, z ambitną wizją szybkiego wejścia w epokę piątej generacji. Problem w tym, iż rzeczywistość programu F-35 ma własną dynamikę, a ta nie zawsze pokrywa się z komunikatami sprzed kilku lat. Pierwotne zapowiedzi mówiły o dostawach na przełomie 2025 i 2026 roku. Dziś wiadomo już, iż nastąpiło przesunięcie i realny termin przybycia tych samolotów do kraju to dopiero druga połowa 2026 roku – i to w bardzo symbolicznej liczbie. Reszta, jak to elegancko się ujmuje, została „rozłożona w czasie”, co w praktyce oznacza, iż dostawy przesunięto na później.

Oczywiście można powiedzieć, iż samoloty już są. I to choćby prawda – tylko iż znajdują się w Stanach Zjednoczonych, gdzie służą do szkolenia pilotów, a inne – trafią do Żydów, którzy są „bardziej priorytetowym” odbiorcą. W sensie formalnym wszystko się zgadza: Polska odbiera F-35. W sensie operacyjnym wygląda to trochę tak, jakby kupić samochód i regularnie odwiedzać go na parkingu w innym kraju, żeby upewnić się, iż faktycznie istnieje.

Kontrast między Izraelem a Polską nie polega więc na tym, iż jedni kupują więcej, a drudzy mniej. Różnica jest głębsza. Izrael kupuje i dostaje, Polska kupuje i będzie dostawać. Izrael integruje F-35 z własną doktryną już teraz, Polska na razie integruje się z harmonogramem, który – jak pokazuje praktyka – potrafi być bardzo elastyczny, zwłaszcza w jedną stronę.

W efekcie powstaje dość osobliwa sytuacja. Jeden z kluczowych programów modernizacyjnych polskich sił powietrznych formalnie trwa, samoloty są produkowane, piloci się szkolą, a mimo to realna obecność tych maszyn w kraju pozostaje ograniczona. W tym samym czasie inny użytkownik tego samego systemu uzbrojenia zwiększa zamówienia i wzmacnia swoje zdolności w tempie, które trudno nazwać umiarkowanym.

Dziś pozostaje już tylko obserwować, jak rozwija się sytuacja i mieć nadzieję, iż kolejne „niewielkie korekty harmonogramu” nie okażą się zbyt kreatywne. W końcu w programie tej skali wszystko jest możliwe – poza tym, iż coś przyjdzie Polsce szybciej, niż zakładano. My nie mamy atomowych jarmułek. Nie mamy ich wcale.

Polecamy również: Kosiniak-Kamysz chce wpisania członkostwa w Eurokołchozie do Konstytucji

Idź do oryginalnego materiału