Inflacja w listopadzie niższa od prognoz. Tusk ma powód do zadowolenia

14 godzin temu
Zdjęcie: Tusk


Najważniejsza liczba dnia to 2,4. Tyle – według szybkiego szacunku GUS – wyniosła listopadowa inflacja rok do roku. Wynik niższy, niż prognozowali analitycy, i znacznie niższy niż średnia unijna. Donald Tusk zareagował szybko, w swoim stylu: krótkim komentarzem, który równie dobrze mógłby znaleźć się na billboardzie. „Wiem, iż to już nudne, ale w listopadzie inflacja znowu niższa od prognoz: 2,4 procenta! Świąteczne zakupy nie będą już cenowym horrorem, jak było za rządów PiS” – napisał premier.

Ton triumfalny? Owszem. Czy całkowicie nieuzasadniony? Już niekoniecznie.

Listopadowy odczyt to nie tylko liczba, ale polityczny symbol. Od miesięcy rząd Tuska buduje narrację o „normalizacji gospodarki” po ośmiu latach rządów PiS. Inflacja jest tu kluczowym wskaźnikiem – najłatwiej komunikowalnym i najmocniej odczuwanym przez wyborców.

Ekonomiści przewidywali wzrost cen na poziomie 2,6 proc. rok do roku. Rzeczywistość okazała się łaskawsza. Jeden z analityków dużego banku podkreśla: „To dowód, iż dezinflacja w Polsce nie tylko trwa, ale przebiega nieco szybciej, niż zakładaliśmy”. choćby jeżeli w komentarzach przewija się ostrożność, rząd dostaje amunicję polityczną tuż przed okresem świątecznego szału zakupów.

Wykorzystuje to Tusk, który w swoim wpisie nawiązuje do cenowych traum z czasów PiS. Niesłusznie? Nie do końca – najwyższą inflację odnotowano w marcu 2023 roku, kiedy przekroczyła 18 proc. Dziś, w porównaniu z tamtym poziomem, wzrost cen faktycznie jawi się jako umiarkowany.

Polityka to właśnie umiejętność opowiadania historii wokół liczb. A ta listopadowa historia sprzyja Tuskowi: inflacja niższa zarówno od analityków, jak i od oczekiwań konsumentów, w dodatku ogłoszona tuż przed grudniowym szczytem zakupowym. W krótkim okresie to dla rządu sytuacja idealna.

Najbardziej interesuje jednak coś innego: czy Polska zbliża się do trwałej stabilizacji cen? Część ekonomistów twierdzi, iż tak – choć wolno. Wskazują na wygasanie presji płacowej, normalizację cen energii w Europie i słabnący impuls fiskalny. Inni ostrzegają przed niespodziankami, zwłaszcza iż na początku roku mogą odbić ceny regulowane i transport. Ale jak mówi jeden z ekspertów, „nawet jeżeli odbicie nastąpi, będzie ono łagodne – nic nie zapowiada powrotu inflacji w okolice 10 procent”.

Tusk ma więc powody do uśmiechu. Nie jest to uśmiech szeroki jak w kampanii, raczej ten, który pojawia się, gdy wyniki nie są spektakularne, ale konsekwentnie idą we adekwatną stronę. 2,4 proc. inflacji to wciąż tylko wskaźnik – ale w polskich realiach końcówki 2025 roku to także symbol: powrotu do normalności, choćby niedoskonałej.

W polityce takie symbole bywają bezcenne. I dlatego premier nie kryje satysfakcji. Choć wyborcy prawdopodobnie bardziej czekają na coś innego niż post na portalu X: na to, by ich portfele poczuły realną ulgę. Bez niej choćby najpiękniejsze procenty nie wystarczą.

Idź do oryginalnego materiału