Na koniec roku rzadko trafia się dobra wiadomość, która nie wymaga przypisów, gwiazdek ani nerwowego zerkania na kolejne komunikaty. Tym razem jednak przyszła sama, sucha i odporna na polityczne sztuczki. Inflacja w grudniu spadła do 2,4 proc. „Tego na szczęście nikt nie zawetuje” – napisał premier Donald Tusk. To zdanie, pół żartem, pół serio, dobrze oddaje moment, w jakim znalazła się polska gospodarka i rząd, który po latach chaosu próbuje przywrócić jej przewidywalność.
Dane opublikowane przez GUS zaskoczyły choćby ekonomistów. Inflacja konsumencka w grudniu 2025 roku wyniosła 2,4 proc. rok do roku – mniej niż w listopadzie (2,5 proc. po rewizji) i poniżej oczekiwań analityków. Jeszcze ważniejsze jest to, iż wskaźnik znalazł się tuż pod celem inflacyjnym NBP, wynoszącym 2,5 proc. To nie jest statystyczny detal, ale sygnał, iż gospodarka wraca w rejony stabilności, z których wypadła w poprzednich latach.
Premier nie krył satysfakcji. „Dobra wiadomość na koniec roku. Inflacja w grudniu spadła do 2,4%! Tego na szczęście nikt nie zawetuje” – napisał na platformie X. W tym jednym zdaniu pobrzmiewa charakterystyczny dla Tuska ton: ironiczny, ale oparty na faktach. To nie jest triumfalizm, raczej ulga. Po miesiącach walki z odziedziczoną inflacją i nieufnością rynków rząd może pokazać twarde liczby.
Te liczby mówią więcej niż polityczne deklaracje. Ceny żywności i napojów bezalkoholowych wzrosły w grudniu o 2,4 proc., czyli wolniej niż miesiąc wcześniej. Nośniki energii podrożały o 2,8 proc., a paliwa do prywatnych środków transportu potaniały aż o 3,1 proc. rok do roku. To właśnie paliwa i energia były w ostatnich latach symbolem inflacyjnej huśtawki, która drenowała domowe budżety. Ich stabilizacja ma realne przełożenie na codzienne decyzje Polaków.
Minister finansów i gospodarki Andrzej Domański podsumował to krótko: „Kończymy 2025 rok z naprawdę niską inflacją”. I dodał coś, co dla wyborców bywa ważniejsze niż sam wskaźnik CPI: „Wynagrodzenia rosną, inflacja spada – rośnie siła nabywcza pensji Polaków”. W tym zestawieniu kryje się sens obecnej polityki gospodarczej rządu: nie chodzi o to, by inflację zdusić kosztem recesji, ale by przywrócić równowagę między cenami a płacami.
Krytycy powiedzą, iż to dopiero jeden miesiąc i iż prawdziwy test przyjdzie wraz z kolejnymi decyzjami NBP czy sytuacją międzynarodową. To prawda. Ale polityka to także umiejętność zatrzymania się na chwilę i nazwania rzeczy po imieniu. Spadek inflacji do 2,4 proc. nie jest cudem ani przypadkiem. To efekt bardziej przewidywalnej polityki fiskalnej, uspokojenia relacji z instytucjami europejskimi i sygnału, iż państwo przestało igrać z rynkami.
Dlatego wpis Tuska nie jest tylko tweetem na poprawę nastroju. To komunikat: państwo znów działa w ramach reguł, a gospodarka reaguje. W kraju zmęczonym inflacyjną gorączką taka normalność jest najbardziej pożądaną wiadomością.

17 godzin temu










