Ile kosztuje antysystemowość? Dokładnie tyle, ile system jest w stanie zapłacić

3 tygodni temu

Jeden z katowickich działaczy Konfederacji opublikował wideo z informacją, iż od 1 maja sądy będą musiały umieścić flagi Unii Europejskiej oraz z pytaniem czy nie lepiej byłoby przeznaczyć te środki na ochronę zdrowia. Małe sprostowanie: to przez cały czas tylko pomysł, który jest na etapie opiniowania. Dodajmy, iż byłby to wydatek jednorazowy i projekt zawiera też chęć umieszczenia polskich flag na salach rozpraw. Odpowiadając jednak populizmem na populizm, zapytałem dlaczego nie przeznaczyć subwencji Konfederacji na ochronę zdrowia – to jest już wydatek cykliczny.

Konfederacja Wolność i Niepodległość zbudowała swoją pozycję polityczną na jednym fundamencie: odrzuceniu systemu. Systemu rozumianego szeroko — jako zbiór instytucji, procedur, redystrybucji i przywilejów, które politycy głównego nurtu stworzyli dla siebie i dla wybranych grup interesu. Ten przekaz działa. W wyborach 2023 roku partia zdobyła 1 547 364 głosów i ponad 7% poparcia. Wyborcy uwierzyli, iż głosują na coś spoza układu.

Jest jednak jeden detal, który w tej narracji rzadko się pojawia. Konfederacja — podobnie jak wszystkie partie parlamentarne — finansowana jest z budżetu państwa. I przyjmowała to finansowanie całkiem konsekwentnie.

Mechanizm, który działa niezależnie od poglądów

Subwencja partyjna to narzędzie stworzone po to, by uniezależnić partie od prywatnych darczyńców i grup interesów. Logika jest prosta: jeżeli partia przekroczy próg wyborczy (nie musi wejść do Sejmu), przez całą kadencję otrzymuje corocznie środki publiczne proporcjonalne do uzyskanego wyniku. Mechanizm nie rozróżnia między partią popierającą interwencjonizm, a partią głoszącą radykalny wolny rynek. Nie interesuje go, czy beneficjent uważa system za korupcję, czy za dobrobyt. Wypłaca — kwartalnie, przez cztery lata.

Konfederacja weszła do tego systemu w 2019 roku, gdy po raz pierwszy przekroczyła próg sejmowy. Od tamtej pory, a więc dokładnie od 2020 roku regularnie pobiera należne jej środki. Przez całą pierwszą kadencję — szacunkowo ponad 24 milionów złotych. W bieżącej kadencji Państwowa Komisja Wyborcza ustaliła dla niej roczną subwencję na poziomie 8 385 955 złotych — czwartą co do wysokości spośród wszystkich uprawnionych partii. Więcej dostają tylko PiS, Platforma Obywatelska (Koalicja Obywatelska) i Nowa Lewica.

Łącznie, od momentu rejestracji w 2019 roku do 2024 roku (ostatnie publicznie dostępne sprawozdanie), Konfederacja pobrała z budżetu państwa kwotę rzędu 33 milionów złotych. Tyle realnie kosztuje dzielność partii głoszącej hasło „wywrócenia stolika” i wydajnego Państwa. Do tego można by dodać subwencje zdobyte przez partyjne poprzeczniki Konfederacji, ale to już bardziej skomplikowana zabawa.

Spory z PKW — i co z nich wynika

Relacje partii z Państwową Komisją Wyborczą nie są wolne od napięć. W 2025 roku PKW odrzuciła sprawozdanie finansowe komitetu Konfederacji z wyborów do Parlamentu Europejskiego z 2024 roku — między innymi z powodu nadesłania dokumentów po terminie. Konsekwencją była utrata dotacji podmiotowej z wyborów europejskich oraz — w ocenie PKW — prawa do subwencji. Partia zaskarżyła tę decyzję do Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego. W połowie stycznia 2026 roku Sąd Najwyższy uwzględnił skargę Konfederacji na uchwałę PKW.

Ten epizod pokazuje, iż choćby gdy instytucja finansująca partię podejmuje wobec niej decyzję niekorzystną, partia sięga po dostępne środki prawne, by subwencję odzyskać. To zachowanie absolutnie racjonalne — i zupełnie standardowe dla każdej partii parlamentarnej. Konfederacja nie jest tu wyjątkiem. Właśnie na tym polega paradoks.

Antysystemowość jako produkt rynkowy

W debacie publicznej Konfederacja konsekwentnie pozycjonuje się jako siła stojąca poza logiką politycznego establishmentu. Politycy partii krytykują finansowanie publiczne szkół, szpitali, mediów i organizacji pozarządowych. Sprzeciwiają się redystrybucji, transferom społecznym, dotacjom dla wybranych branż. Argumentują, iż każda złotówka pobrana przez państwo od obywateli i wydana przez polityków jest złotówką zabraną — i najczęściej źle zagospodarowaną.

W tej logice subwencja partyjna powinna być jednym z pierwszych celów krytyki. Jest przecież modelowym przykładem tego, co Konfederacja nazywa przywilejem systemu: pieniądze pobierane od podatników i przekazywane instytucjom politycznym bez ich bezpośredniej zgody, niezależnie od wyników pracy tych instytucji.

Tymczasem Konfederacja subwencji nie odrzuca. Pobiera ją i, jak pokazuje przykład sporu z PKW, aktywnie broni swojego do niej prawa.

Nie jest to zarzut moralny. Jest to obserwacja strukturalna. Partia, która istnieje wewnątrz systemu i korzysta z jego zasobów, uczestniczy w logice tego systemu – niezależnie od tego, co głosi. Zapytałem o to, działacza od, którego zaczął się temat.

Jako Konfederacja wielokrotnie podkreślaliśmy, iż partie powinny utrzymywać się z dobrowolnych składek członków i sympatyków, a nie z podatków – odpowiedział nam Michał Beliczyński, społeczny asystent posła Grzegorza Płaczka.

Sprawdziliśmy jak partia radzi sobie ze zbieraniem środków z innych źródeł niż subwencja. I tak według sprawozdania finansowego za 2024 rok Konfederacja uzbierała wtedy 1,5 miliona złotych z darowizn. W 2023 roku (okres wyborczy) było to ponad 5 milionów, ale w 2021 było to niecałe 65 tysięcy złotych.

Porównanie, które wiele mówi

W kadencji 2023–2027 przewidywane roczne subwencje wynoszą: dla PiS – ponad 25,9 miliona złotych, dla Platformy Obywatelskiej – blisko 23,9 miliona złotych. Konfederacja z kwotą 8,4 miliona plasuje się wyraźnie niżej, co odpowiada jej wynikowi wyborczemu. System jest proporcjonalny. Ale proporcjonalność nie zmienia faktu uczestnictwa. Mniejsza subwencja to przez cały czas subwencja.

Czy dałoby się funkcjonować poza tym systemem? Tak i pokazała to początkowa działalność polityczna Pawła Kukiza. W wyborach z 2015 roku jego ugrupowanie Kukiz’15 startowało do Sejmu jako Komitet Wyborczy Wyborców, a więc w konsekwencji nie miało prawa do subwencji. Było to spójne z narracją o walce o zniesienie subwencji dla partii politycznych. Jednak narracja upadła, gdy politycy z tego ugrupowania w 2019 roku zarejestrowali partię.

Dlaczego to jest ważne?

Można zadać pytanie: czy wyborcy Konfederacji o tym wiedzą? Odpowiedź jest prawdopodobnie twierdząca — przynajmniej część z nich. Subwencja partyjna nie jest tajemnicą. PKW publikuje stosowne informacje, media je opisują. Problem nie leży w ukrywaniu faktów, ale w ich interpretacji.

Narracja antysystemowa działa na zasadzie kontrastu: my kontra oni, wolność kontra przymus, obywatel kontra aparat. W tej strukturze własne finansowanie z budżetu państwa jest traktowane jako detal techniczny — coś, co wynika z przepisów i czego nie sposób uniknąć, nie rezygnując z uczestnictwa w polityce. To racjonalizacja zrozumiała, ale niewystarczająca.

Spójność słów z czynami?

Konfederacja Wolność i Niepodległość pobrała od momentu rejestracji 33 miliony złotych z budżetu państwa. Robi to legalnie, w ramach obowiązujących przepisów, tak samo jak każda inna partia parlamentarna. Na tym polega sedno sprawy: antysystemowość jako pozycja polityczna nie wyklucza systemowego finansowania. Obie rzeczy współistnieją bez formalnej sprzeczności.

Pytanie, które warto postawić, nie dotyczy legalności. Dotyczy spójności. Ile kosztuje utrzymanie wizerunku partii stojącej poza systemem? Dokładnie tyle, ile system jest w stanie zapłacić — co roku, kwartalnie, bez wyjątku. No chyba, iż akurat ktoś zrobi błąd w sprawozdaniu, albo złoży je po terminie.

Idź do oryginalnego materiału