Kollectivschuld czyli wina zbiorowa, to po II wojnie światowej temat wywołujący dysputę daleką od obiektywnych racji. W społeczeństwie niemieckim przeważało przekonanie, iż zbrodnie III Rzeszy nie obciążają całego narodu. Należało się z tym zgodzić, gdy chodzi o odpowiedzialność za nie, gdyż ta dotyczyła sprawców. Co innego, gdy chodzi o wymiar moralny. Naród jest zbiorowością, którą obciąża zarówno zbrodnia, jak i wyróżnia dobro dokonane w jego imieniu. Ukraińcy mają na swym sumieniu to pierwsze i to drugie, bo nie brakowało takich, który ratowali Polaków i ginęli tak jak oni z rąk oprawców UPA
W w tej chwili zaistniałej sytuacji, kiedy prezydent Ukrainy uhonorował UPA, nadając jednostce wojskowej jej imię, nie można uniknąć przypomnienia czym UPA faktycznie była.
I nie jest to wcale problem polityki historycznej Ukrainy, a tym bardziej Polski. Tu w grę wchodzą wartości, na jakich Ukraina chce dziś budować swe oblicze jako państwo i naród, pretendując przy tym do obecności swej w Unii Europejskiej. Nie trzeba wracać do dobrze znanych ustaleń na temat UPA. Wystarczy przypomnieć iż liczyła ona w 1944 r. 25-40 tys. członków. Wiadomo też, iż Ukraińskie Bataliony Policyjne (Schutzmannschaft) liczyły łącznie od 30 do 35 tysięcy ludzi, iż były zorganizowane i kierowane przez niemieckie władze okupacyjne i iż większość z ich członków zdezerterowała, kiedy stało się jasne, iż Niemcy nie myślą o stworzeniu niezawisłej Ukrainy.
Przedstawianie zatem UPA jako bohaterskiej armii wyzwoleńczej kładącej podstawy dla suwerennego państwa ukraińskiego jest czymś więcej niż przesadą. Prawdą natomiast jest to, iż UPA stała się zbrojnym ramieniem OUN, a ta ideologię swą czerpie od Dmytro Doncowa, który w swym Dekalogu ukraińskiego nacjonalisty usprawiedliwiał zbrodnię dla dobra sprawy. Taką rolę właśnie pełniła UPA w czyszczeniu polskich województw wschodnich z ludności polskiej. Upamiętnianiu jej i Bandery jako wzorca bohaterstwa i ich roli w powstaniu państwa Ukraińskiego nie może znaleźć akceptacji narodów, którym obce jest ludobójstwo najgorszego gatunku, bo połączone z niewyobrażalnymi cierpieniami ofiar. Nic dziwnego, iż Parlament Europejski w lutym 2010 roku potępił decyzję prezydenta Wiktora Juszczenki o nadaniu Banderze tytułu Bohatera Ukrainy i wskazując zarazem, iż gloryfikacja tej postaci jest sprzeczna z wartościami europejskimi.
Sprzeciw wobec tego co uczynił prezydent Żeleński jest zatem sprawą Polski, ale w równej mierze także każdego narodu, dla którego etyka, choćby niekoniecznie motywowana religijnie, ma jakiekolwiek znaczenie.
Tym bardziej jednak dziwi i gorszy, nie tyle to, iż rzekomo 99 procent Ukraińców popiera decyzję Żeleńskiego, który myli się zasadniczo, twierdząc, iż Ukraina może honorować kogo chce, nie oglądając się na czyjeś przyzwolenie. Dziwne są wypowiedzi niektórych polityków w Polsce, m.in. Sikorskiego, który ma zawsze rewelacje, określane w Niemczech jako Latrinengeschichten. Oto jedna z nich: „Tyle razy pisałem o tym, iż PiS w 2022 chciał współpracować z Putinem w rozbiorze Ukrainy, ale nastroje Polaków na to nie pozwoliły. Wyśmiewano mnie, mimo iż posiadałem informacje o poważnych rozmowach Orbana - najbliższego sojusznika PiS, w tym kierunku zmierzających. Podobna intencja kierowała Kaczyńskim i Morawieckim w wyprawie do Kijowa i w pomyśle wprowadzenia wojsk NATO (polskich) do zachodniej Ukrainy. Pisowcy nic się nie nauczyli z historii z Zaolziem. Jak mieliby możliwość wejść w sojusz z Putinem to by to zrobili". Okazuje się raczej, iż PiSowcy może jednak o Zaolziu pamiętają, natomiast minister spraw zagranicznych lubi twórczość nie zobowiązującą do sprawdzania tego co głosi.
W ogóle zadziwia to młócenie słomy w wielu środowiskach zajmujących się w Polsce bolensą sprawą, o której mowa. Dużo znaczy tu ignorancja, zarówno po stronie ukraińskiej jak i polskiej. Przecież przed wielu laty Wiktor Poliszczuk ostrzegał przed zagnieżdżaniem się nacjonalizmu w kształcie OUNowskim, ale zwalczali go zajadle Ukraińcy i wielu Polaków. I potrzeba było upływu lat, by obcy historycy jak Per Anders Rudling i John-Paul Himka, przyznali, iż ocena spuścizny OUN-UPA dokonana przez Poliszczuka była trafna i iż wyprzedzał on swoje czasy. Ostatnio Jurij Łatysz, ukraiński historyk działający za granicą porusza trafnie wiele kwestii. W jego opinii OUN była ruchem marginalnym w okresie międzywojennym, a jej działania terrorystyczne, obliczone na wywołanie odwetu ze strony polskich władz (a tym samym zwiększenie poparcia dla OUN wśród ludności ukraińskiej), spotkały się z potępieniem ukraińskiego mainstreamu. UPA przejęła faszystowską ideologię OUN. [1].
Ukraina, a przynajmniej jej przywódcy, idzie w zaparte. Nikt nie planuje odwetu za ludobójstwo wołyńskie. Nikogo już nie można pociągnąć do odpowiedzialności, ale można i należy wymagać uznania winy moralnej, bo tylko wtedy zbuduje się zaporę broniącą przed powrotem do Dekalogu Doncowa, który nie mieści się w żadnej cywilizowanej opcji określającej byt państwa i społeczeństwa. Honorowanie UPA i banderyzmu, to nie ta droga. Im prędzej to zrozumieją tacy ludzie jak Żeleński i jemu podobni, tym lepiej.
[1] Juryj Łatysz, Russia’s Enemy No. 1: Stepan Bandera in Ukraine’s Politics of Memory during the Russo–Ukrainian War. History as a Battlefield: Conflicting Interpretations of the Past in Central and Eastern Europe. Policy Papers 04/2025. Instytut Europy Środkowej | Institute of Central Europe, Lublin











