Rafał Ziemkiewicz od lat pełni w polskiej debacie publicznej rolę nie tylko publicysty, ale także barometru nastrojów prawicy skupionej wokół Prawa i Sprawiedliwości. Jego ostatnie teksty, w których wprost pada postulat „polescape”, czyli wyjścia Polski z Unii Europejskiej, są tego najlepszym dowodem. Można – i trzeba – je krytykować. Trzeba jednak robić to uczciwie, zauważając, iż Ziemkiewicz nie jest w tej sprawie ekscentrycznym samotnikiem, ale rzecznikiem sposobu myślenia obecnego w aparacie partyjnym PiS, choćby jeżeli nie zawsze wypowiadanego wprost przez jego liderów.
Pretekstem do obecnej odsłony tej debaty stała się reakcja Cezarego Gmyza na wpis wiceministra cyfryzacji Dariusza Standerskiego, który poinformował o interwencji wobec filmików na TikToku sugerujących konieczność opuszczenia Unii przez Polskę. Standerski uznał je za dezinformację i zwrócił się w tej sprawie do Komisji Europejskiej. Gmyz zapytał prowokacyjnie, na jakiej podstawie prawnej zakazane są treści zachęcające do wyjścia z UE, wskazując przy tym na tekst Ziemkiewicza w „Do Rzeczy”, gdzie publicysta idzie już dalej niż klasyczny polexit i mówi o „ucieczce” z Unii.
Ziemkiewicz odpowiedział bez wahania. Przyznał, iż zmienił zdanie od czasu referendum akcesyjnego, ale – jak twierdzi – zmieniła się również sama Unia i pozycja Polski w jej strukturach. Przywołał dobrze znaną maksymę, iż państwa nie mają stałych przyjaciół ani wrogów, ale jedynie niezmienne interesy narodowe. W 2005 roku interesem Polski był dostęp do rynku, kapitału i miejsc pracy. Dziś – według publicysty – zyski zostały odebrane, a cena członkostwa podbita do poziomu wyrzeczenia się suwerenności.
Ten sposób argumentowania jest charakterystyczny dla dużej części obozu PiS. Unia Europejska jawi się w nim jako projekt, który z narzędzia pragmatycznej współpracy przeistoczył się w ideologiczne imperium narzucające swoje wartości i decyzje. Ziemkiewicz mówi to głośno i ostro, ale nie mówi tego w próżni. Wielu polityków partii rządzącej myśli podobnie, choć częściej wybiera język aluzji i niedopowiedzeń.
Problem polega na tym, iż koncept „polescape” jest publicystycznie nośny, ale politycznie skrajnie nieodpowiedzialny. Ziemkiewicz trafnie zauważa, iż interes narodowy powinien być punktem odniesienia dla każdej decyzji państwa. Myli się jednak, gdy uznaje, iż interes ten można dziś realizować w izolacji lub w pojedynkę. Wyjście z Unii nie byłoby aktem odzyskania suwerenności, ale dramatycznym osłabieniem realnej sprawczości Polski – gospodarczej, politycznej i bezpieczeństwa.
Co więcej, teza o „odebranych zyskach” jest co najmniej uproszczeniem. Polska wciąż korzysta z dostępu do wspólnego rynku, funduszy i pozycji negocjacyjnej, jakiej nie miałaby jako państwo stojące samotnie wobec globalnych potęg. Spór z Brukselą dotyczy realnych problemów – kompetencji instytucji, tempa integracji, roli państw narodowych – ale odpowiedzią na te spory nie musi być ucieczka.
Ziemkiewicz ma rację w jednym: Unia nie jest dana raz na zawsze i nie jest bytem neutralnym. To arena twardej gry interesów. Właśnie dlatego zamiast snuć wizje „polescape”, warto mówić o tym, jak skuteczniej walczyć o polskie interesy wewnątrz wspólnoty. Publicysta „Do Rzeczy” wybiera jednak inną drogę – drogę radykalnego gestu, który dobrze rezonuje z frustracją części elektoratu PiS, ale nie prowadzi do realnych rozwiązań. I to jest jego największa słabość.

3 godzin temu








