Hołd Trumpa lub bomby Putina

1 dzień temu

Trafiło na nie tego faceta. Gdyby gotowiec z napisanym za oceanem wnioskiem o pokojowego Nobla dla Donalda Trumpa – tylko do podpisu i przystemplowania! – trafił na biurko poprzedniego marszałka Polskiego Sejmu, to ten, jako autor najbardziej kreatywnych wygibasów, prawdopodobnie wplótłby korespondencję w pasującą narrację i wybrnął z problemu nie tyle z twarzą, co bez krzyku. Niestety inicjatywa spikera amerykańskiej Izby Reprezentantów oraz przewodniczącego Knessetu (Izrael ma 73.000 powodów, aby nie czuć się ekspertem od jakichkolwiek nagród pokojowych, ale może autorefleksyjnie uznał, iż wstrzymanie jego machiny śmierci to wielkie osiągnięcie?) dotarła do Polski o kilka tygodni za późno. W efekcie wylądowała już na biurku Włodzimierza Czarzastego, który jako polityk nie zamula wszystkiego tysiącami zawoalowań, tylko zwykł mówić, co myśli. Czasem barwnie i ekspresowo, ale autentycznie.

Nie byłem, więc nie wiem, ale zakładam, iż Czarzasty najpierw musiał się zebrać z podłogi, rzucony tam kolejnymi salwami śmiechu po lekturze pisma pana spikera. Gdy już się ogarnął, wyszedł do mediów i powiedział to, co wie i myśli każdy racjonalny człowiek na świecie, czyli iż Trump na Pokojową Nagrodę Nobla nie zasługuje. Owszem, gdyby Noble miały swoje anty-nagrody (tak jak Oskary mają „Złote Maliny”), to kandydatura Trumpa byłoby gorąca. Ale iż nie mają, to nie ma o czym dalej wielce rozmawiać. Proponować Trumpa do Nobla, to jak proponować Jarosława Kaczyńskiego nagrody dla kulturystów Mr. Olimpia czy Marka Suskiego do członkostwa w Mensa International, albo Andrzeja Dudę do literackiej Nagrody Nike za dzieło pod tytułem „To ja!”.

Czarzasty uzasadnił swoją decyzję logicznie, precyzyjnie i sięgając w zasadzie wyłącznie po oceny analityków i światowej klasy publicystów amerykańskich i nie tylko, które są tak szeroko rozpowszechnione, iż w tych kręgach stanowią zasadniczo konsensus, jakościowo bliski stwierdzeniu, iż po środzie przychodzi czwartek. Czego już Czarzasty już nie sformułował, to nasuwająca się ocena, iż przesyłanie marszałkowi suwerennego państwa gotowca z wnioskiem do podpisu stanowi akt chamstwa oraz bezczelności, a motorem dla niego jest groteskowy wręcz infantylizm, który skłania prezydenta najpotężniejszego państwa świata do popadania w jakieś tantrum, gdy tylko pada hasło „Nobel”. Mógł to powiedzieć, ale się powstrzymał (podziwiam!), ponieważ chciał zachować maksimum dyplomacji w dość trudnych okolicznościach.

Odwrotne podejście zaprezentował ambasador USA w Warszawie, Tom Rose. W neutralnym i faktograficznym wystąpieniu Czarzastego doszukał się „straszliwej obelgi”, ogłosił iż będzie zawsze bronić swojego prezydenta „bez przepraszania za to” (to znaczące, gdyż skandaliczne zachowania Trumpa wymagałyby od czasu do czasu przeprosin w jego imieniu, jako minimum przyzwoitości) oraz zakomunikował zerwanie relacji przez ambasadę z niższą izbą polskiego parlamentu. To o tyle nonsensowne, iż o zakresie kontaktów na tym szczeblu decydują kongresmeni USA jako odpowiednicy polskich posłów. I jeżeli jakaś ich grupa, czy to ponadpartyjna, czy tylko z frakcji Demokratów, zechce do Polski przyjechać i kontakt z posłami nawiązać, to ambasadora obowiązkiem jest takiej delegacji świadczyć wsparcie dyplomatyczne, a poza tym milczeć, gdy się spotykają i pracują.

Rose jest dyplomatą tak wybornym, iż w kolejnych minutach swojego wybuchu złości dał się sprowokować zwykłym użytkownikom Twittera do gróźb, iż wyjedzie z Polski, ale zabierze żołnierzy i ich sprzęt ze sobą. Ten wpis skasował, ale to właśnie ten potraktowałbym najbardziej poważnie, bo tyrady przeciwko Czarzastemu to raczej bezsilne pokwikiwanie w stylu rozzłoszczonego 5-latka, którzy rzuca się w sklepie na podłogę usłyszawszy, iż nie dostanie batonika zwanego „Nobel”. Natomiast publiczne podniesienie przez szefa ambasady kwestii wycofania gwarancji sojuszniczych wobec kraju przyjmującego – i to takiego, który kolejne żądania Waszyngtonu sumiennie wypełnia: wydaje 5% PKB na obronność, z tego lwią część na produkty amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego, udziela swojego terytorium do instalacji elementów systemu antyrakietowego pod Słupskiem, a w przeszłości wysyłał wojska na amerykańskie krucjaty bliskowschodnie czy pozwalał organizować CIA tajne ośrodki detencji rzekomych terrorystów w warmińskich lasach – jest już wydarzeniem istotnym dla relacji dwustronnych, potencjalnie sygnalizującym przełom.

Okazuje się bowiem, iż wszelkie merytoryczne ustalenia co do zaangażowania Polski we wspólne zdolności obronne Paktu Północnoatlantyckiego tracą na znaczeniu, gdy na przeciwległej szali pojawiają się jakieś infantylne zachcianki prezydenta Trumpa, jego ego, jego niestabilna emocjonalność, jego fiksacja na własnej osobie czy jego przekonanie, iż jest panem świata, a Polska jednym z marnych poddanych. Oznacza to, iż wsparcie może zostać w każdej chwili, nagle wycofane jedną deklaracją z pokładu Air Force One czy z Gabinetu Owalnego. Że nasze bezpieczeństwo narodowe wisi na arbitralnych decyzjach jednego, niezbyt poważnego człowieka.

W swoim kraju Trump od roku ucisza krytyków: media mu niesprzyjające, instytucje analityczne, uczelnie wyższe i poszczególnych obywateli, którzy protestowali w obronie Gazy, albo teraz protestują przeciwko ICE czy odmówili uznania niejakiego Charliego Kirka w zasadzie świętym po zamachu na jego życie. Teraz jasne się staje, iż atak administracji Trumpa na wolność słowa rozciąga się dalece poza granice kraju. Kanada ma zapłacić cłami za krytykę polityki USA, którą jej premier wygłosił w Davos. A Polska bezpieczeństwem narodowym za krytykę prezydenta USA, którą jej marszałek Sejmu wygłosił na konferencji prasowej?

Czy w perspektywie trzech lat do wymiany lokatora Białego Domu stanęliśmy przed wyborem: uniżony hołd wobec Trumpa albo bomby Putina spadające na nasze miasta? Taki to jest sojusz?

Fot. Photo by Abhinav Bhardwaj / Unsplash

Idź do oryginalnego materiału