W żadnych innych „wyborach połówkowych” w USA najbogatsi ludzie nie wyłożyli tak wiele pieniędzy, aby wygrali Republikanie. A mimo to przegrali.
Wtorkowe (3 listopada) „wybory połówkowe” w USA z różnych przyczyn zapiszą się w historii. Jedną z najważniejszych jest wpływ, jaki na kampanię mieli sprzyjający Republikanom miliarderzy. I fakt, iż wyłożone przez nich ogromne kwoty nie pomogły, a mogły choćby zaszkodzić.
Czytaj na SmogLab: Astronomiczne 29 mld zł za pół roku wojny Trumpa. CPN nie leczy przyczyn
Wybory w USA: Demokraci przejmują republikańskie twierdze
W powojennej historii USA rządząca partia straciła obie izby naraz tylko dwukrotnie. Teraz zdarzyło się to po raz trzeci. W zakończonym głosowaniu wybierano wszystkich 435 kongresmenów (mają dwuletni mandat) i 35 ze 100 senatorów. By przejąć obie izby, demokraci potrzebowali zdobyć w nich kilka mandatów więcej niż w 2024 r. Cel zrealizowali z ogromną nawiązką, deklasując przeciwników choćby na ich „politycznym terenie”. Czyli tam, gdzie Republikanie zwyczajowo wygrywają bez większych problemów.
W wielu miejscach, w których Donald Trump wygrał wybory prezydenckie w 2024 r., Republikanie ponieśli wyraźne porażki. W niektórych okręgach poparcie zmieniło się choćby o 20-40 punktów proc. – zarówno w wyborach do Senatu, jak i do Izby Reprezentantów.
Demokraci przejęli przynajmniej siedem kluczowych stanów w wyborach do Senatu. Wygrali m.in. w Teksasie, Karolinie Południowej i Kansas, czyli południowych stanach uznawanych za republikańskie twierdze.
W Kansas, gdzie Adam Hamilton pokonał Rogera Marshalla, demokraci zdobyli pierwszy mandat senatorski od 1932 r. W Karolinie Południowej doszło do zmiany, którą media przedstawiają jako najbardziej sensacyjną – Annie Andrews pokonała Darline Graham, czyli siostrę zmarłego w tym roku Lindsaya Grahama, republikańskiego senatora od 2003 r. Być może najbardziej symboliczna jest jednak przegrana w Teksasie. Republikanin Ken Paxton przegrał tam z Jamesem Talarico, choć miał za sobą gigantyczne wsparcie Elona Muska. W stanie uznawanym za skrajnie prawicowy demokraci zdobyli też fotel gubernatora.
Czytaj na SmogLab: Tak wojna Trumpa uderza w gospodarkę Europy. USA zyskują
Komu pomogły miliony Muska?
W poprzedniej kampanii Musk wyłożył na Republikanów rekordowe 290 mln dolarów, a później został symbolem administracji, która cięła wydatki publiczne (w ramach utworzonego departamentu DOGE). Doświadczenia z tego czasu skłoniły najbogatszego człowieka świata do uznania, iż ograniczy swoje zaangażowanie finansowe w politykę.
Zdanie zmienił bardzo szybko, bo już przy pierwszych możliwych wyborach. Musk wyłożył ogromne pieniądze, by utrzymać Republikanów u władzy. Na ich kampanię przeznaczył 445 mln dolarów z własnych pieniędzy, stając się w ten sposób największym politycznym darczyńcą we współczesnej historii USA. Największą uwagę skupił na wyborach stanowych i Teksasie. Ten stan był dla niego najważniejszy nie tylko dlatego, iż mógł trafić w ręce Demokratów. To właśnie w nim znajdują się siedziby Tesli i platformy X, a SpaceX rozwija swoją działalność.
Musk na kampanię Paxtona wyłożył co najmniej 190 mln dolarów, do tego regularnie atakował Talarico na swej platformie. Kandydat Demokratów postanowił więc uczynić z tego jeden z filarów swej kampanii. Z jego wieców i spotów reklamowych wyłaniał się jasny przekaz: Musk chce kupić sobie senatora.
Jeden ze spotów reklamowych mówił wprost: „Teksas nie jest na sprzedaż ”.
– Elon chce wykupić naszą ziemię, chce wykupić naszą wodę, a teraz chce kupić swojego osobistego senatora USA. Wie, iż jeżeli jego miliony doprowadzą do zwycięstwa najbardziej skorumpowanego polityka w Teksasie, Ken Paxton będzie mu winien wszystko – mówił lektor w nagraniu, które opisał portal stacji CNBC.
Zadziałało – Talarico został pierwszym demokratycznym senatorem z Teksasu od 1988 r.
Miliardy od najzamożniejszych
Zaangażowanie Muska w wybory to najbardziej skrajny przykład ingerencji miliarderów w wybory. Problem jest jednak znacznie głębszy.
Jak informowała przed wyborami organizacja Public Citizen, ponad 500 darczyńców wpłaciło na kampanię przynajmniej milion dolarów. Osoby te wydały na wybory łącznie 4,2 mld, co odpowiada za ponad 70 proc. kwoty zebranej w ramach „Super PAC-ów” – komitetów mogących zbierać i wydawać nieograniczone kwoty na kampanie.
Z kolei firma analityczna AdImpact dwa tygodnie przed głosowaniem oszacowała, iż będzie to najdroższy cykl wyborczy w historii. Obliczyła, iż wydatki na reklamę wyniosą ponad 11,6 mld dolarów, czyli więcej niż podczas wyborów prezydenckich w 2024 r. (11,2 mld), które przyciągają większe zainteresowanie.
Jeszcze bardziej szokujące dane przywołuje Brennan Center – utworzony przez prawników think tank, który dąży do zwiększania bezpieczeństwa i przejrzystości wyborów. Z analizy ośrodka wynika, iż do połowy października 40 największych darczyńców (osoby prywatne, spółki, firmy) przekazało na „wybory połówkowe” 2,4 mld dolarów. To osiem razy więcej niż w roku 2014 – i to już po uwzględnieniu inflacji. By znaleźć się w tamtym gronie w tamtym czasie, trzeba było wpłacić „tylko” 2,5 mln dolarów – teraz jest to 25 mln.
W 2014 r., najbogatsi chętniej – stosunkiem dwa do jednego – wspierali Demokratów. Dziś o wiele chętniej – stosunkiem trzy do jednego – wspierają Republikanów. Wśród czołowych grup wspierających obecne wybory są branże z sektora sztucznej inteligencji, kryptowalut i gier online. Tylko one wpłacają dziś na kampanie niemal tyle samo pieniędzy, co wszyscy darczyńcy Demokratów.
Choć obecne wybory zdominowali zwolennicy Republikanów, warto mieć na uwadze, iż w dziesiątce największych darczyńców znaleźli się też bardziej lewicowi miliarderzy. To George Soros i Michael Bloomberg, którzy tłumaczyli mocne zaangażowanie w kampanię potrzebą przeciwstawienia się miliardom dolarów wysyłanych przez zwolenników prawicy.
Demokracja dla najbogatszych?
Jak to w ogóle możliwe, iż milionerzy mogą wpłacać tak duże pieniądze na kampanie wyborcze, choć to w oczywisty sposób poddaje w wątpliwość zasady demokracji?
By to zrozumieć, należy cofnąć się do 2010 r. To właśnie wtedy Sąd Najwyższy USA orzekł w sprawie Citizens United v. FEC, iż korporacje, związki i inne organizacje mogą wydawać nieograniczone środki na reklamy polityczne wspierające lub krytykujące kandydatów. Orzeczenie oparto na pierwszej poprawce, czyli wolności słowa, która według Sądu Najwyższego obejmuje również „mówienie” przez pieniądze.
„Dopóki nic się nie zrobi, na przykład nie unieważni decyzji Sądu Najwyższego USA w sprawie Citizens United, uwięzienie przez bogatych naszego systememu politycznego będzie się przez cały czas zacieśniać” – twierdzi Public Citizen.
Czym jest zrobienie „tego czegoś”? Jak tłumaczy prof. Richard Hasen z wydziału prawa Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles, na stole leżą dwie opcje: zmiana konstytucji lub zmiana Sądu Najwyższego.
– Obie te rzeczy są bardzo trudne do zrobienia. Myślę jednak, iż prawdopodobnie łatwiej byłoby zmienić Sąd Najwyższy niż przeforsować poprawkę do konstytucji, która wymaga większości kwalifikowanej zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i Senacie, a także większości kwalifikowanej w stanach – powiedział Hasen w rozmowie z publiczną stacją radiową NPR.
–
Zdjęcie tytułowe: Rawpixel.com/Shutterstock

1 godzina temu







![Krzysztof Jamrozy OMI: talent otrzymujemy od Pana Boga po to, by służyć innym [ROZMOWA]](https://oblaci.pl/wp-content/uploads/2026/11/DSC_4516.jpg)




