Hipokryzja na pełen regulator. Jak Czarnek odkrył propagandę

1 dzień temu
Zdjęcie: Czarnek


Gdy Przemysław Czarnek, były minister edukacji i jeden z najbardziej rozpoznawalnych polityków Prawa i Sprawiedliwości, oskarża rząd o „kłamliwą propagandę”, trudno nie odczuć déjà vu. Bo jeżeli w polskiej polityce istnieje środowisko, które przez ostatnie lata uczyniło z propagandy narzędzie systemowe, to właśnie PiS. Krytyka Czarnka nie tyle więc obnaża rzekome grzechy obecnej władzy, ile przypomina o niezwykłej zdolności tej partii do wymazywania własnej przeszłości.

„Stary numer. Jak nie idzie, to muszą kłamać” – mówi Czarnek w nagraniu opublikowanym na platformie X, odnosząc się do hasła „Robimy, nie gadamy”, używanego przez rząd Donalda Tuska. Według byłego ministra to PR-owa zasłona dymna, za którą kryje się rzekoma bezczynność i finansowa katastrofa państwa. „Kłamią, nic nie robią i wydają pieniądze na tę propagandę. Olbrzymie kwoty” – grzmi dalej, domagając się dymisji rządu.

Brzmi ostro. Problem w tym, iż brzmi też groteskowo.

Przypomnijmy: to właśnie PiS przez osiem lat rządów wydał miliardy złotych na własny aparat propagandowy. Telewizja publiczna, zamieniona w partyjny megafon; spółki Skarbu Państwa finansujące przychylne media; kampanie „informacyjne”, które dziwnym trafem zbiegały się z kalendarzem wyborczym. W tym kontekście oburzenie Czarnka na kilka milionów wydanych na kampanię informacyjną rządu brzmi jak moralizowanie piromana przy gaszeniu pożaru.

Czarnek twierdzi, iż „NFZ zbankrutował”, a „Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej ma niezapłacone kilkadziesiąt milionów złotych”. To poważne zarzuty, rzucone jednak bez kontekstu i odpowiedzialności. Bo jeżeli system ochrony zdrowia jest w złej kondycji, to nie stało się to w ciągu kilku miesięcy nowych rządów. To efekt wieloletnich zaniedbań, chaosu decyzyjnego i politycznego wykorzystywania pandemii – wszystkiego tego, co było znakiem firmowym rządów PiS, także wtedy, gdy Czarnek zasiadał w Radzie Ministrów.

Najbardziej uderza jednak oskarżenie o „kłamliwą propagandę” i rzekome 8 milionów złotych wydanych przez Kancelarię Premiera. Jak ustalił Onet, cała kampania „Robimy, nie gadamy” kosztowała ok. 7,8 mln zł. W jej skład weszły billboardy, reklamy telewizyjne, strona internetowa oraz spoty radiowe. Są to kwoty jawne, udokumentowane i – co najważniejsze – nieporównywalne z wydatkami propagandowymi PiS z lat poprzednich.

To nie znaczy, iż kampanie rządowe nie powinny podlegać krytyce. Powinny. Ale krytyka ma sens tylko wtedy, gdy nie jest skażona hipokryzją. Tymczasem Czarnek – profesor prawa konstytucyjnego – zdaje się nie dostrzegać elementarnej różnicy między informowaniem obywateli o działaniach rządu a systemowym zawłaszczeniem instytucji państwa dla partyjnej narracji. A może dostrzega, tylko liczy, iż wyborcy zapomnieli.

Wypowiedź Czarnka jest też podręcznikowym przykładem stylu komunikacji PiS po utracie władzy: maksimum emocji, minimum faktów, wszystko okraszone językiem oburzenia. „Skandal, wstyd, do dymisji” – wylicza były minister. To frazy dobrze znane, wyświechtane, coraz mniej skuteczne. Bo wyborcy słyszą je od lat i coraz częściej pytają: a co z waszym bilansem?

Warto postawić sprawę jasno: Przemysław Czarnek nie krytykuje propagandy – on próbuje ją uprawiać innymi środkami. Jego atak na hasło „Robimy, nie gadamy” nie jest obroną standardów państwa, ale desperacką próbą odzyskania narracyjnej przewagi. Tyle iż ta propaganda ma dziś krótkie nogi. Bo trudno przekonać opinię publiczną, iż problemem Polski są billboardy za kilka milionów, gdy jeszcze wczoraj wydawało się miliardy na partyjne imperium medialne.

I dlatego ten atak mówi więcej o PiS niż o rządzie Tuska. O partii, która straciła władzę, ale nie straciła nawyków. I o politykach, którzy najgłośniej krzyczą „kłamią!”, licząc, iż echo zagłuszy pamięć.

Idź do oryginalnego materiału