Heszen: Liberalizm – zmora trochę straszna i trochę śmieszna versus państwo talentów

myslpolska.info 4 godzin temu

Jaki jest cel życia człowieka? Świętość. Jaki jest zatem sens istnienia państwa? Stworzenie każdemu obywatelowi (vel poddanemu; czy sama nomenklatura monarchistyczna nie wyklucza liberalnego rozumienia wolności?) optymalnych warunków do osiągnięcia świętości. Co to w świetle kompetencji adekwatnych państwu oznacza? Utrzymanie najlepszych okoliczności służących rozwojowi i wykorzystaniu talentów. Jednym z ponadczasowych, uniwersalnych warunków osobistej realizacji świętości jest zapewnienie każdemu swobody decydowania o własnym życiu, do czego z kolei stanem koniecznym jest swoboda gospodarcza, wolność zarobkowania.

Zgodnie z zasadą pomocniczości, używając współczesnego nazewnictwa, państwo winno skupiać się w tym zakresie na zapewnieniu wolności gospodarczej małym i średnim przedsiębiorcom, nie zaś wszystkim uczestnikom rynku. Taki sposób postępowania władzy centralnej, działającej i na niwie wykonawczej, i prawodawczej, ma dwa uzasadnienia. Po pierwsze, wielki przedsiębiorca (dzisiaj czytaj: koncern) tej pomocy nie potrzebuje. Po drugie, jest on potencjalnym, a najczęściej realnym zagrożeniem nie tylko dla małych i średnich, ale i dla samego państwa. Państwo zaś z kolei to ostatecznie jedyny i wyłączny gwarant wolności gospodarczej. Tutaj koło się zamyka. Pierwsza zasada filozoficzna tworząca według liberałów świat, czyli samoregulujący się wolny rynek jest w oczywisty sposób niedojrzałą fantazją, bajką, fałszywym założeniem – które to wątki zostaną rozwinięte poniżej.

Kim jesteśmy? Katolicka realizacja liberalnego indywidualizmu

Jesteśmy ludźmi. Jestem człowiekiem, więc wiodę życie wspólnie z innymi osobami – życie społeczne. Są to, po pierwsze, Trzy Osoby Boskie (odwieczna społeczność, na której wzór jesteśmy stworzeni), po drugie Najświętsza Maryja Panna, po trzecie wszyscy Aniołowie i Święci w Niebie, po czwarte wszyscy ludzie obecni na ziemi i cierpiący w czyśćcu, po piąte wreszcie – niestety co najmniej do końca tego życia doczesnego – szatani.

Osoby są panami rzeczywistości (niektórzy filozofowie, jak Antoni Jarnuszkiewicz SJ, nazywają je „węzłami rzeczywistości”), w pełnym tego słowa znaczeniu są nimi Trzy Osoby Boskie, z udzielenia Bożego (łaski) wszystkie pozostałe. Każdy liberał może więc wstępnie, w nadziei, na chwilę, odrzucić wszelkie ograniczenia i pomyśleć, iż dla niego nie liczy się nic oprócz mnie. Tylko w takim kontekście i aż w takim kontekście poprawne jest liberalne umiłowanie indywidualizmu. Nie jest więc istotny cały Kosmos i nieskończone Nieba, i państwo, i rodzina. Liczę się tylko ja. W katolicyzmie następuje realizacja tego ukrytego marzenia, które na ziemi przybiera fałszywą postać i wyraża się ideami filozoficznego oraz politycznego anarchizmu i liberalizmu.

Jak osiągnąć ów stan „liberalnego” szczęścia? Z całą pewnością nie tak, jak głoszą to liberałowie wszelkiej maści. Dostęp do tego stanu można osiągnąć, rzecz jasna, tylko poprzez Krzyż. Tylko stosując się do nauki katolickiej. Błąd liberalnej doktryny filozoficznej, a w konsekwencji postulatów politycznych, które ona za sobą pociąga, wyraża się w proklamowaniu neutralnej przestrzeni, gdzie coś „się dzieje” i to „coś” nie ma znaczenia moralnego – owa proklamowana przestrzeń to rzekomo mechanizm wolnego rynku. Nieprawda! Nie ma żadnej neutralnej moralnie przestrzeni ani neutralnego moralnie czasu! Jest to wymyślone pojęcie „wolności”, które nigdy z woli Bożej nie zaistniało i nie zaistnieje! Pierwsi ludzie w Raju także takiej wolności nie posiadali! (zob. Orygenes, Homilie do Księgi Rodzaju. Homilie do Księgi Wyjścia). Dysponowali wyborem między dobrem a złem i to jest jedyny dostępny nam do końca naszych dni wybór. Dlatego ustanawianie liberalnego prawa przez państwo jest tego prawa deetyzacją, ukrytą bestiaryzacją. To z tego wywodzą się dzisiejsze „zarządzania kapitałem ludzkim” i inne rodem z niewolniczych latyfundiów i trącące obozami koncentracyjnymi pojęcia. W klasyczno-arystotelesowskim, czyli rozumowym, prawidłowym ujęciu ekonomii – jest ona działem etyki! Pouczające jest zaobserwowanie momentu, kiedy to naukę o gospodarce przesunięto z dziedziny etyki do matematyki. Stało się to w trakcie rewolucji protestanckiej, gdy po raz pierwszy na masową skalę ograbiono z dóbr Kościół katolicki i gdy zalegalizowano lichwę oraz powiązaną z nią spekulację majątkiem. Geograficznie rzecz ujmując, główne osiągnięcia w tym zakresie miał naczelny rozbójnik i grabieżca, Wielka Brytania, bo tam w bandytyzmie protestantów uczestniczyła też szlachta nominalnie katolicka, więc ręka rękę myła. Cóż, był interes do zrobienia… To wtedy zaczęły się owe nadęte wyliczenia propagandowe – jak to „gospodarka rośnie” – mimo iż Anglicy zaczęli umierać z głodu na ulicach. Przypomnę, iż wówczas to pojawił się wielki „problem” dla angolskich mieszczuchów – czyli masowe miejskie żebractwo (do tematu powrócił i na swój sposób zinterpretował go Mark Twain w powieści Książę i żebrak). Ci ludzie przyszli do miast, bo przed anglikańską rzezią i rabunkiem mieli dostęp do ziem bogaczy, którzy ze względu na miłość bliźniego nie ogradzali ich, więc ubożsi wypasali na nich swoje małe trzody, a kiedy ziemię nabył spekulant handlujący gruntem na giełdzie – skończyła się miłość bliźniego. Nawiasem mówiąc, wówczas po raz pierwszy w historii ludzkości zaczęły się również liczne samobójstwa z powodu przegranej na tejże giełdzie.

Nie ma żadnej neutralnej moralnie przestrzeni, a każda sekunda bez miłości bliźniego jest nie tylko czasem straconym, ale jest czasem potępienia. „Liberałowie”, podobnie jak wszyscy inni ludzie, będą z czasu rozliczeni.

Liberałowie mają pretensje, a katolicy odczuwają wdzięczność

Żeby być szczęśliwym kiedyś, w jakiś sposób trzeba być szczęśliwym już teraz. Reguła psychologiczna głosi, iż żeby kochać innych, trzeba kochać siebie (Thomas A. Harris, W zgodzie z sobą i z tobą) – ludzie z problemami nie są dobrymi kandydatami na poprawianie losu innym. Kochać to znaczy akceptować. Przechodząc zatem od spraw indywidualnych do spraw państwowych, do tego konkretnego czasu (jest 13 maja 2026 roku), do tej konkretnej osoby (Piotr Heszen) – za co jestem wdzięczny państwu, w którym przyszło mi żyć? Tak, owszem, mam na myśli państwo o nazwie Polska Rzeczpospolita Ludowa, którego prolongatą jest obecna „RPRL”. PRL była to jakaś forma państwowości, atrapa, ale jednak; dzisiaj zaś mamy do czynienia ze stanem likwidacji tamtego państwa, jedynego, którego istnienia osobiście doświadczyłem – i równocześnie jest to stan likwidacji państwa polskiego w ogóle. Za co więc jestem wdzięczny temu państwu? Za to, iż mogłem się w nim urodzić. I za to, iż urodzić się w nim mogli moi rodzice. I za to, iż mogli mnie wychować. Jestem wdzięczny szkołom oraz pracującym w nich nauczycielom za to, iż mogłem się w nich wykształcić. I chociaż rozsiewały wiele błędów, to jednak ostatecznie ochrona państwowa sprawiła, iż trudności edukacyjne można było pokonać. Dziś tej ochrony jest coraz mniej i niedługo nie będzie już gdzie się schronić. Gdy pojawił się pomysł napisania tego artykułu, była Barbórka… Wtedy, w PRL-u, jak każdy wywodzący się z antykomunistycznej rodziny, i jak wielu Polaków, patrzyłem z pewnym obrzydzeniem na oficjalne obchody górniczego święta i laudacje na cześć „ósmej potęgi gospodarczej świata”, jaką w oczach propagandystów była ówczesna Polska. Z różnych powodów propagandy można nie cierpieć, ale czy winne temu jest dobrze prosperujące górnictwo? Dziś propaganda sukcesu jest o wiele większa i bardziej wyrafinowana, perfidna, a kopalnie, które mogłyby być dumą narodową Polaków, są zalewane i zasypywane. Co w sensie ideowym do tego doprowadziło? Oczywiście: liberalizm! Został użyty przeciwko Polakom jako środek usypiająco-ogłupiający, jako broń masowego informacyjnego rażenia, jako chmura dymna dla globalnych złodziei! Niech sczeźnie!

Wszechotaczające nas zło jest wynikiem przyjęcia, także przez Polaków, ideologii liberalnej. Wiecznie labiedzący „wolnorynkowcy”, nieustannie „poszkodowani” egzystencjalnie, swój światopogląd kształtowali w PRL-u, a swój żywot także PRL-owi zawdzięczają, powinni mu więc być trochę wdzięczni: w tym zakresie, w jakim to jest sprawiedliwe. Tymczasem nie rozpoznali oni adekwatnie rzeczywistości, ale z powodu swoich różnych ograniczeń i wad, sięgnęli po fałszywą ideologię. Dlatego również i to środowisko – do którego należał okresowo, co ze skruchą przyznaje, niżej podpisany – jest w jakiejś części winne rozgrabieniu ekonomicznego majątku Polaków i demontażu ich instytucji. Oczywiście, z zachowaniem wszelkich proporcji, bo bezwzględne pierwszeństwo należy się takim tuzom liberalizmu, jak Leszek Balcerowicz (wiceprezes Rady Ministrów i minister finansów w rządach Tadeusza Mazowieckiego /1989-1991/, Jana Krzysztofa Bieleckiego /1991/ i Jerzego Buzka /1997-2000/) czy Janusz Lewandowski (minister przekształceń własnościowych w rządach Jana Krzysztofa Bieleckiego /1991/ i Hanny Suchockiej /1992-1993/).

Liberałowie, ze swoją przemądrzałą retoryką, na każdym kroku demonstrowanym niezadowoleniem z życia w świecie „głupich socjalistów”, są adolescentami polskiej polityki. Ponieważ nierzadko są to też stare pryki, obserwatorowi ich zachowań nasuwa się psychoterapeutyczny wniosek, iż emfatyczne deklaracje programowe liberałów mają źródło w indolencji moralnej, wypływają z jakichś problemów, z którymi sobie nie poradzili. I rzeczywiście, gdy spotkać liberała w sytuacji nieoficjalnej, często okazuje się on rozwodnikiem, osobą łamiącą szóste przykazanie i ogólnie kimś, z kim nie chcielibyśmy, by nasze dorastające dzieci się zadawały. Oświadczenia polityczne są ich zasłoną dymną, którą rozpościerają przed własnym sumieniem.

Hasła, hasełka, pienia i zawołania liberalne wiążą się więc także jakoś ze stanem duchowego zastoju, gnuśności, która nie jest cechą predestynującą do polityki. „Wolny rynek”? Duch Święty mówi przez Króla-Proroka: Szczęśliwy ten, kto myśli o biednym i nędzarzu, w dniu nieszczęścia Pan go ocali (Psalm 41, cytat wg Biblii Tysiąclecia). A może jednak liberałów zgodnie z ich upodobaniami, „w dniu nieszczęścia” wypuścić wraz z diabłami na wolny rynek? Mamy obowiązek z miłością myśleć o swoich bliźnich, a im ktoś wyżej tkwi w hierarchii społecznej, tym jego obowiązek staje się większy. Nie oznacza to oczywiście „wprowadzania socjalizmu”, ale nie oznacza też kainistycznego „czyż jestem stróżem brata mego?”.

Błędem postawy liberalnej, już na poziomie indywidualnym, psychologiczno-duchowym, jest brak dyspozycji wobec pozostałych członków społeczności. Zupełnie odrębną sprawą są kwestie ustrojowe! Kamień węgielny światopoglądu liberalnego – „wolny rynek” – nigdy i nigdzie nie istniał w postaci, którą opisują liberałowie. Infantylizm ich wiary w „samoregulujące adekwatności wolnego rynku” jest, jak to u dzieci – co prawda przerośniętych i z tego powodu trochę strasznawych – poddaniem się magicznej wizji świata. W konstrukcie „wolnego rynku” kryje się błąd antropomorfizacji – wzięcia bytu abstrakcyjnego za byt osobowy. Z grzechami jest tak, iż jeden lgnie do drugiego (podobnie z cnotami: jedna wiąże się z kolejnymi). W oddawaniu czci wolnemu rynkowi znajdujemy także lenistwo: problemom, zarówno moim własnym, jak i cudzym, winny jest „brak wolnego rynku”. Wolny rynek, jakby się pojawił, no to wtedy bylibyśmy, panie, urządzeni. A tak to choćby szkoda gadać…

„Wolny rynek” nie jest żadnym prawem obiektywnym, a konstruktem myślowym – czego jego wyznawcy nie chcą przyznać – bo każdy taki ideowy twór można przyjąć, ale można i odrzucić – co odbiera mu cechy boskości. Profesor Adam Wielomski wskazuje, iż stan wolnego rynku, czy też „wolnej konkurencji”, bywał prawnie ustanawiany – na przykład w 1791 roku we Francji ustawą Le Chapelier. Nota bene: po pierwsze, niezbyt to chwalebna rekomendacja – wprowadzanie „wolnego rynku” przez krwawą rewolucję antyfrancuską, po drugie – gdzie w tym kontekście odnaleźć w nim „prawicowość”? Analogiczne regulacje musiały prędzej czy później pojawić się w innych państwach ówczesnego świata – na skutek rozprzestrzeniania się liberalnej ideologii i zmian społecznych, którym patronowała. Nie były to zmiany organiczne, ale w mniejszym lub większym stopniu rewolucyjne i dokonywane przez ludzi żyjących w konflikcie z nauczaniem Kościoła katolickiego. Grunt, na którym ta ideologia liberalna się zrodziła, powstał już wcześniej, w rewolucji protestanckiej, z jej sakralizacją zysku dla samego zysku i legalizacją lichwy. Nie ma więc, żadnego moralnego obowiązku, aby patrzeć nabożnie na konstrukt „wolnego rynku”, a choćby przeciwnie – są wskazania, by patrzeć nań, jeżeli nie wprost potępiająco, to przynajmniej mocno krytycznie.

Gdy analizuje się historię, w tym historię Polski, nie spotyka się samoregulującego się wolnego rynku. Takie zwierzę po prostu nie istnieje. Dzieje polityki i dzieje ekonomii splatają się w nierozerwalny węzeł. Wszystkie spory wewnątrzpaństwowe i wszystkie spory międzynarodowe – i oczywiście każda wojna – obejmują jako coś pierwszoplanowego, albo coś istotnego, wątek ekonomiczny. Ekonomia nie jest w stanie rozwijać się bez polityki – a zatem bez państwa. Związek występuje na poziomie lokalnym, gdy mieszczanie zabiegają u monarchy, albo też monarcha zabiega o mieszczan, przyznając (a w przeciwnym wypadku odbierając) prawo składu. Ten przywilej w praktyce konstytuuje handel, a jego brak w dłuższej perspektywie go likwiduje. Przypomnijmy, iż polegał on na obowiązku wystawiania towarów przez międzynarodowe tabory kupieckie w konkretnym miejscu. Bezwzględne prawo składu obejmowało pełen zakres oferty handlowej, względnie jej część (zob. Jakub Woziński, Od ujścia Wisły po Morze Czarne. Handlowo-gospodarcze tło dziejów Polski /do 1572/, t. I). O prawo składu i podobne przywileje toczyły się wielowiekowe spory między konkurującymi ze sobą miastami i najczęściej, o ile nie zawsze, wkraczały one natychmiast w sam środek polityki międzynarodowej – ponieważ ich nieusuwalną stroną jest, jakbyśmy to dziś powiedzieli – geopolityka. Żeby osłabić zakon krzyżacki, czy też Hanzę, nie można było dopuścić do rozwoju niezależnych od Polski szlaków handlu wschodniego. Należało zatem zmusić kupców z Torunia lub Elbląga do przejeżdżania przez stołeczny Kraków, względnie Lwów, w drodze, ot, do takich weneckich czy genueńskich faktorii nad Morzem Czarnym. W środowisku samych oferentów, w obrębie produkcji, handlu i usług, także nie można było się swobodnie poruszać poza miejskimi cechami.

I co najważniejsze – i w proch obracające bajeczki i bujdy o „samoregulującym się wolnym rynku” – kupcy nie byli w stanie samodzielnie obronić swojego bytu ekonomicznego. Musieliby walczyć o niego zbrojnie – czym przecież wypełnialiby funkcję – nieobecnego – państwa.

Powiedzmy to sobie wprost: w ekonomii poważnych społeczności liczy się niemal wyłącznie produkcja i siła militarna. Zdrowy handel to oczywiście pochodna produkcji. Społeczność, która nie produkuje, nie ma czym handlować i nie ma do tego moralnego prawa. Kto nie pracuje, niech nie je („Kto nie chce pracować, niech też nie je!”Drugi list św. Pawła do Tesaloniczan, Biblia Tysiąclecia). Złodzieje „grający” na giełdzie, dokonujący „cudownych” operacji finansowych (Bagsiki i Gąsiorowscy wszystkich czasów i szczebli – Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski, oszuści finansowi okradający na dużą skalę polski budżet w tzw. aferze Art-B, po której wykryciu uciekli do Izraela, od 1991 roku poszukiwani listem gończym przez Interpol. Warto zauważyć, iż Bagsik jest laureatem ufundowanej przez środowiska liberalne Nagrody Kisiela w kategorii biznes), osobnicy wyczarowujący pieniądze z pieniędzy okradają producentów – jak to znakomicie wyłożył za swojego życia Krzysztof Karoń (Karoń, nawiązując do klasycznej nauki ekonomicznej. Arystoteles uważał, iż celem gospodarowania jest dobre życie człowieka, a pieniądz ma służyć wymianie, a nie rozmnażać się sam z siebie, potępiał lichwę, czyli chrematystykę /od chrema – zysk/. Wielkie tradycje i księgi ludzkości, np. Koran i Biblia, potępiają lichwę) – i ich działalność jest godnym potępienia pasożytnictwem. Dlatego przy kształtowaniu warunków ekonomicznych należy brać pod uwagę właśnie producentów, a nie jak to głoszą bałamutnie zniewieściali „liberałowie” konsumentów. Do konsumpcji nikogo nie trzeba zachęcać, ale: nie wyprodukujesz, to nie będziesz konsumował i kropka! Polskie państwo zaś nie jest od tego, żeby takiemu dwuleworęcznemu pieczeniarzowi zapewniać konsumpcję – i do tego jeszcze najtańszą!

W idealnym świecie, w którym produkuje się rzeczy pożyteczne społecznie (Karoń mówił o „pracy pożytecznej społecznie”), podaż i popyt jest czymś bezproblemowym. Ludzie zawsze lubili i lubią wymieniać się towarami, bo są ciekawi nowości. Ale to nie znaczy, iż muszą i iż w gruncie rzeczy lubią co pięć lat kupować nową pralkę, gdyż stary szmelc jest tak skonstruowany, żeby ich regularnie ściągać na tysiącach smyczy do tysięcy sklepów. W ogóle: nie tylko precz z liberalizmem, ale też precz z konsumpcjonizmem! Każde historyczne państwo prosperowało najlepiej, gdy jego trzon stanowili ludzie pracowici i mężni, a nie zinfantylizowani przeżuwacze i marzyciele finansowi! I tylko taki model człowieka państwo winno w zakresie własnych kompetencji wspierać!

Asekuracyjna siła militarna – bo cóż z tego, człowieku, i fabryko, i narodzie, iż wykonasz w pocie czoła najwygodniejsze i najładniejsze buty (i będą one samonośne), napiszesz najlepszą, najgenialniejszą książkę i skonstruujesz najdoskonalszy komputer cienki jak płatek śniegu oraz statek kosmiczny składany do torebki, a potem wyprawisz się w podróż handlową – kiedy nie dalej jak za rogiem napadnie na ciebie „nieuczciwa konkurencja”. Uczciwość uczciwością, ale ktoś tym wszystkim musi rządzić. I tym „kimś” ostatecznie, choćby gdzieś dyskretnie, w oddali – jest państwo.

Nihil novi sub sole

Czy istota „patronatu” władzy politycznej nad gospodarką zmieniła się w ciągu następujących po rewolucji protestanckiej, a potem liberalnej lat i wieków? Oczywiście, iż nie! Na Zachodzie mieliśmy do czynienia z dwoma procesami. Po pierwsze, w sferze mentalnej rozprzestrzeniło się przyzwolenie na nieograniczony zysk jako ideał – co było sprzeczną z przykazaniem miłości bliźniego formą satanizacji ludzkiej ambicji, sprowadzonej do czczenia złotego cielca. Po drugie, w sferze ustrojowej, doszło do stopniowego, a okresowo skokowego, przesuwania władzy politycznej w kierunku banków. Równolegle więc do dwóch powyższych, w naszym świecie dokonał się i trzeci proces, jak możemy dziś stwierdzić, najpoważniejszy – jego judeizacja.

Ideologia zysku jako samousprawiedliwienie grabieży, rozbudowana oczywiście o argumenty niesienia oświecenia i cywilizacji, to leitmotiv większości podbojów kolonialnych. Ich prawdziwa historia jest tak zakłamana przez imperialną propagandę – także tą w postaci literatury pięknej – patrz: Julius Verne, Agatha Christie i inni – iż i dla większości Polaków, wychowanych w reaktywnym, antykomunistycznym sentymencie do Zachodu, na ich filmach i książkach, informacja o stanie faktycznym byłaby może trudna do przyjęcia, gdyby była lepiej dostępna. Bądźmy zatem koneserami arcydzieł literatury pięknej, ale pamiętajmy, iż sztuka ma swojego mecenasa i iż przygody dżentelmena Fileasa Fogga posiadają także aspekt odwracający uwagę od wyzysku, w niektórych przypadkach sięgającego ludobójstwa (i iż Verne dostawał pisarskie zlecenia od masonerii), a wyperfumowane damy wysiadające z Orient Ekspressu wraz z detektywem Poirot, stąpają po trupach, cierpieniach i niesprawiedliwości i brodzą w niewidzialnej krwi niczym jakaś piekielna procesja Ladies Makbet (jedną z odtrutek na zachodnią propagandę cywilizacyjną jest wyjątkowa w skali światowej, wyjątkowa ze względu na heroiczny sposób pozyskania przez autora wiedzy na temat Afryki, pozycja Kazimierza Nowaka Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936). Godny uwagi jest przypadek-wyjątek anglikanki Elizabeth Barrett Browning (1806-1861), słynnej poetki, która zerwała z rodziną, a podłożem jej decyzji, oprócz małżeństwa z poetą Robertem Browningiem, było odium bogactwa zbudowanego przez jej ojca Edwarda Barretta na plecach niewolników uprawiających jego plantacje cukrowe na Jamajce. Wraz z zerwaniem utraciła na zawsze cały majątek. Zalicytuję, iż 90% tak zwanej lewackiej krytyki kolonializmu jest w pełni uzasadnione w warstwie diagnostycznej, choć w warstwie programowej służy oczywiście dalszemu postępowi rewolucji.

Dlaczego nie liberalizm?

Jesteśmy w stanie upadku dotychczasowego porządku świata. Będzie więc New World Order, czy tego ktoś chce, czy nie. Byleby był to katolicki porządek świata.

Ekonomia sypie się przede wszystkim w Europie – w Ameryce nastąpiła trumpistyczna reakcja (losy jej są niepewne), na którą tutaj nie ma widoków. Zmasonizowane i skretyniałe łże-elity – i niestety sklonowane na ich wzór, poddane neomarksistowskiej obróbce skrawaniem post-społeczeństwa – tworzą już, jak się zdaje, na terenie starej Unii masę przeważającą. A ponieważ Chiny, a wraz z nimi Rosja, wymknęły się – każde z obydwu państw na swój sposób – z zaplanowanego w fartuszkowych warsztatach światowego tygla narodów, nigdy nie pracującym zboczeńcom i wampirom energetycznym pozostaje już tylko stawiać wiatraki i wyć do księżyca. Zrobią wojnę – albo zdechną.

Liczymy na to, iż wojna nie dotknie Polski. Czas wszakże płynie… Powiedzmy sobie to jasno, jak dorośli ludzie: organiczne, przedrewolucyjne, konserwatywne, tradycyjne instytucje – nigdy już nie powrócą. Jako Polacy jesteśmy narodem bez własności i wychowujemy pokolenia, które coraz gorzej mówią po polsku, które coraz mniej mają wrodzonych myśli i skojarzeń z tamtego starego świata, o jakim my jeszcze słyszeliśmy od swoich rodziców i dziadków – a w którym przecież już też nie uczestniczyliśmy. A jednak pamiętamy o tym skarbie, o tym czymś, co jest Polską w swoim źródle i w swojej pełni, o tym diamencie wciąż wydobywanym na nowo z popiołów. A Pan historii i Królowa Korony Polskiej może zlitują się nad biedakami…

Jeżeli to nastąpi, o ile nam, tradycyjnym Polakom, dane będzie rządzić Polską, z konieczności staniemy się konstruktywistami. Gdyby zdemolowanie świata nie było tak kompletne, bylibyśmy organicznikami. Z ogrodniczą troską i bez szkodliwej ingerencji dbalibyśmy o samorozwój narodu, stwarzając mu do tego optymalne warunki. Będziemy to musieli oczywiście również uczynić i docelowo doprowadzić do takiego idealnego status quo, ale jestem przekonany, iż w pierwszym etapie naszego odrodzenia to nie wystarczy.

Będzie trzeba stworzyć remanent polskiego majątku narodowego i to, co z niego pozostało, rozdzielić między Polaków. Wrócić do realizacji zdradziecko niedotrzymanych obietnic „Bolka” – Wałęsy o powszechnym uwłaszczeniu. Taki historyczny punkt zero, taki restart sprawiedliwości należy się naszym rodakom i może stanowić początek nadziei na uczciwe życie. A później w sensie moralnym, zaś jednocześnie w sensie temporalnym, jeden program społeczny za drugim! Tak, by doprowadzić do owego idealnego stanu samodzielnego trzymania się na własnych nogach. Porównanie, zresztą, do uczącego się chodzić dziecka – jest w moim odczuciu czymś więcej niż tylko figurą retoryczną. Polska, jaka powstanie, będzie to panna, która właśnie weszła w dorosłość po okresie dziecięctwa I Rzeczpospolitej – bo II RP uznaję za krótkie wyjście na przepustkę z zaborczej niewoli (zresztą niezbyt udane), a PRL to była jednak kwarantanna polskości, mimo takich czy innych zalet, proteza.

Nie wolno nam więc popełnić błędu, więcej: nie wolno nam popełnić grzechu. Trzymając w ręku złoty róg, nie możemy ponownie pozostać ze sznurem – bo to byłby już sznur zaiste judaszowski. Dlatego wątpliwe idee – won! Idź precz i przepadnij maro herezji! Przekleństwo głupoty – już nigdy nie dotknij Polaków!

Upadek I Rzeczpospolitej w kontekście związku polityki i ekonomii

W jaki sposób upadała I Rzeczpospolita, gdy patrzy się na ten tragiczny proces przez pryzmat własności? Na pewno przyczyną nie była ekonomiczna pozycja szlachty. Szlachta – ówczesna sui generis klasa średnia – jak każdy wariant klasy średniej stabilizuje państwo. Stabilności i rozwojowi państwa służyli zarówno rolnicy-żołnierze starożytnego Rzymu, jak i mali oraz średni przedsiębiorcy, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, ale i w Europie (lub przynajmniej jej zachodniej części), po obydwu wojnach światowych. Tę klasę średnią, wraz z warstwą zamożnych robotników, zniszczył kompleks lichwiarski, spuszczając na nich najpierw bombę atomową Wielkiego Kryzysu lat 30. XX wieku, a półtora pokolenia później wypuszczając z butelki dżina rewolucji lat 1960. Oczywiście podwykonawcy byli różni (służby specjalne, uniwersytety), ale mecenas jeden: lichwa żydo-masońska. Gdy opadł pierwszy kurz i gdy teraz opada drugi kurz, na ekonomicznym placu boju pozostają wielkie koncerny.

Historyczny odpowiednik dzisiejszych gigantów – magnateria – zniszczyła nam I Rzeczpospolitą. To ona, ręka w rękę z obcymi dworami, dokonała rozbiorów. Rzecz jasna, proces destrukcji państwa rozpisany był na dziesięciolecia i obejmował wiele akceleratorów rozkładu, ale śmiertelne pchnięcie wyszło z ręki magnackiej. Po odzyskaniu Niepodległości niech Pan Bóg nas strzeże od lekkomyślnego wyhodowania sobie na własnej piersi zabójczych żmij. Staropolski chów wielkich spaślaków dokonał się z wydatnym udziałem władzy centralnej. Zagoniony w kozi róg król, lawirując pomiędzy interesami wielkich panów a szlachtą („wcześniej”, historycznie rzecz biorąc, rezygnując z pełnej opieki Kościoła przez swoje świeckie uzurpacje), sięgał po bezzwrotne rozdawnictwo dóbr. Bezzwrotne, bo mniej więcej od czasów przywileju cerekwicko-nieszawskiego Kazimierza Jagiellończyka (przywilej cerekwicko-nieszawski to seria dokumentów wydanych na żądanie szlachty wielkopolskiej i małopolskiej w 1454 roku przez Kazimierza Jagiellończyka, podczas wojny trzynastoletniej z zakonem krzyżackim. Ograniczały one władzę królewską i stanowiły m.in., iż królewszczyzny nie będą już traktowane jako własność królewska, ale państwowa) – monarchy, który w stylu renesansowym odnosił się z niechęcią do duchowieństwa, a w związku z tym rozgrywał przeciwko niemu protestantyzującą się szlachtę – odbieranie królewszczyzn, choć prawnie dopuszczalne, było gwałtownie potępiane. Władza królewska zyskiwała więc krótkookresowo, na rzecz doraźnej inicjatywy, poparcie jakiegoś obdarowanego w danym momencie warchoła, który następnie błyskawicznie odwracał się od niej ku swoim interesom, bo nie obawiał się, iż cokolwiek zostanie mu odebrane. Wzbudźmy w sobie retrospektywnie współczucie dla centralnej władzy królewskiej, bo bez niej nie byłoby naszego państwa.

Nie chcę, poddając pod rozwagę powyższy casus, sugerować na przyszłość polskim państwowcom rozwiązań centralistycznych (nie daj Boże „socjalistycznych”!, Apage!), chciałbym jednak nakłonić do refleksji nad uniwersalną i ponadczasową zasadą złotego środka. Władza centralna, państwo polskie, musi być atrakcyjne, musi mieć siłę przyciągania, czar i urok, nie może być za tłuste, ale nie może też słaniać się na nogach narażone na to, iż zostanie popchnięte (w przepaść?) przez przechodzącego obok Mietka-kulturystę. I w tej dziedzinie, w dziedzinie dysponowania lub niedysponowania przez państwo własnością, należy moim zdaniem zachować umiar. Kiedy słyszę, iż państwo ma być „nocnym stróżem”, to wszystko co dobre się we mnie buntuje! Rola stróża, rola ciecia dla polskiego państwa – największego doczesnego skarbu Narodu Polaków!? I czyim interesom ma ono stróżować, którym egoistycznym, obtłuszczonym i amoralnym cymbałom ma asystować jako ich prywatny chłopiec na posyłki!? Szczerze mówiąc, nie widzę takich cudów człowieczeństwa wokół siebie i biorąc pod uwagę swój dojrzały wiek, raczej nie przypuszczam, bym kiedykolwiek zobaczył.

Bilansując obecny stan polskiego państwa oraz zarówno nasze, jak i uniwersalne, doświadczenia historyczne, opowiadam się – jako polski polityk – za bezwzględnym, wiecznotrwałym zapewnieniem Państwu Polskiemu ustrojowej przewagi nad dowolnym zewnętrznym bytem, który mógłby mu zagrozić. Stanowczo i świadomie, na podstawie świętej doktryny katolickiej oraz podparty osobistymi i rodzinnymi przeżyciami z okresu PRL-u, odrzucam socjalizm oraz centralne planowanie. ale analogicznie: na podstawie świętej doktryny katolickiej i doświadczeń własnych oraz wspólnych polskich z okresu post-PRL-u odrzucam liberalizm jako podstępne i zabójcze narzędzie w rękach łajdaków. Jako truciznę dla Kościoła i dla Polski.

Co proponuję?

Jeżeli nie kumulacja własności państwowej, którą zdecydowanie potępiam – to inna forma kontroli. Rzucę na stół roboczy pomysł, który we współczesnym kontekście przychodzi mi do głowy. Chcę przez niego ukazać kierunek i cel mojego myślenia. A zatem twierdzę, iż w wolnej Polsce powinna zostać utworzona specjalna, niejawnie działająca służba, kontrolująca podmioty gospodarcze powyżej pewnej wielkości – której poziom należy ustalić pragmatycznie, wcześniej dokonując remanentu polskiej gospodarki. Służba ta – na przykład o nazwie Państwowy Urząd Antymonopolowy – powinna się składać z dożywotnio zaprzysiężonych agentów. Przysięgaliby oni przed Panem Bogiem i Najjaśniejszą Rzeczpospolitą i przechodzili na utrzymanie państwowe, zaś rekrutowałoby się ich spośród najzdolniejszych studentów kierunków ekonomicznych i pokrewnych. A potem szliby do pracy pod przykrywką u spaślaków i kontrolowali sytuację. W ten sposób wydatnie pomagaliby państwu prowadzić jego politykę gospodarczą; zdrową, zdystansowaną, subsydiarną politykę gospodarczą państwo zawsze będzie musiało prowadzić. Nota bene: żadna z tajnych służb nie powinna już nigdy zajmować się inwigilacją Polaków pod względem politycznym. Cała uwaga dyskretnych pracowników Najjaśniejszej powinna się skupiać na aspekcie międzynarodowym. Powiedzmy, dwie trzecie ich zasobów należy nakierować na usuwanie kłód spod nóg małych i średnich przedsiębiorstw, na słanie MiŚ-om pod stopy róż i czerwonych dywanów. Poza tym, oczywiście, policja kryminalna. Wszystkie te zasady wpisane do nowej konstytucji.

Rzeczywistość puka już zresztą gwałtownie do drzwi, adekwatnie wali nogami. Podążając więc za myślą o uchwyceniu zrębów ustrojowych przyszłej Polski, należy odnieść się do tego, z czym dosłownie za chwilę będziemy mieli do czynienia. Właśnie – z udziałem polskojęzycznej warstwy historycznych głupców – Unia Europejska odcina nam siły żywotne poprzez błyskawiczną likwidację energetyki i rolnictwa oraz zatruwanie pozostałych organów narodowej egzystencji, z edukacją na czele. Co robić w związku z tym?

Jeżeli jakimś cudem…

Jeżeli jakimś cudem będzie nam dane sprawować władzę, należy bezwzględnie, wszystkimi dostępnymi państwu metodami interwencjonizmu centralnego ocalić polskie rolnictwo. Co do energetyki, przy zachowaniu narodowej vel państwowej własności ziemi i złóż, wydobycie można oddać w ręce prywatne, w tym zagraniczne – podpisując dobrze skonstruowane umowy.

Nie wyobrażam też sobie państwa bez głowy, czyli bez uniwersytetu. Nie bałbym się natomiast wypuścić na całkowicie „wolny rynek” szkolnictwa niższego; jestem także zwolennikiem zniesienia obowiązku szkolnego. Znamienne, iż to rasowi, pierwsi z pierwszych, liberałowie zaprowadzili w Polsce (i nie tylko w Polsce) przymus edukacyjny. Już Komisja Edukacji Narodowej przygotowała w tym celu ujednolicony program kształcenia, a formalnie udało się wprowadzić obowiązek szkolny 12 stycznia 1808 roku w Księstwie Warszawskim dla dzieci w wieku 7-14 lat: kolejny dowód, iż liberalizm jest fałszywą ideologią, której zwolennicy, oderwani od organicznego społeczeństwa, w razie potrzeby muszą mu zagrozić nożem – co trwa mutatis mutandis do dziś. Jako tradycjonalista-wolnościowiec jestem zwolennikiem pełnej władzy rodziców nad dziećmi. Mam też osobiste bardzo dobre, wręcz znakomite doświadczenia z nauczania własnego potomstwa w systemie edukacji domowej: ta metoda to przecież współczesny wariant najlepszego z dotychczasowych w historii sposobów nauczania – kształcenia szlacheckiego z udziałem guwernerów (podam tylko jeden owoc takiegoż: Fryderyk Chopin). Uczestnicząc w życiu polskiej, niezwykle licznej, społeczności edukacji domowej, która zawiązała się z powodów samopomocowych, jestem przekonany, iż to w dzisiejszym świecie najbardziej efektywny sposób kształcenia uczniów. Wzmacnia moją pewność fakt panowania wśród ogółu obecnych rodziców mentalności pieczołowitego dbania o swoje dzieci, swoistego pajdocentryzmu (oczywiście dotyczy to tych dzieci, które się urodzą i tych rodziców, którzy na to chętnie pozwolą). Co należałoby tu zmienić, a co dotyczy wszystkich innych form szkolnictwa, zwłaszcza miłych sercu katolika – szkół tradycjonalistycznych – to całkowite zdjęcie z nich kagańca programowego.

Zdrowie – zwykłe, codzienne usługi medyczne winny być sprywatyzowane, natomiast skomplikowane, kosztowne badania i terapie muszą znaleźć się w sferze bezpłatnej opieki państwowej. Co do mediów, szerzej – kultury, czyli zakresu działania dzisiejszego ministerstwa oraz Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, nie mam tej problematyki szczegółowo zreflektowanej, ale jestem pewny, iż w dzisiejszym stanie totalnej wojny informacyjnej i wobec masowego „zaorania” umysłów pokoleń już Polaków, państwo musi dysponować jakąś własnością w tej dziedzinie. Musi w zakresie kultury sprawnie operować, nie wstydliwie bieda-narzędziami, tylko bogatymi środkami. Musi być w tym zakresie znacznie odchudzone, odbiurokratyzowane, ale również jakościowo wzmocnione: na przykład dysponować polskim koncernem medialnym, musi mieć swoje BBC PLUS PL. Armia i policja, rzecz oczywista – kręgosłup państwowości.

To co powyżej – to absolutne minimum, które w wyobrażalnej przyszłości, o ile ona dla nas nastąpi – musi znaleźć się w gestii polskiej władzy centralnej.

A teraz krótkie rozwinięcie tych wątków. Odnośnie do rolnictwa: jako naród musimy mieć dostęp do własnej, a najlepiej i własnej, i zdrowej żywności – w każdej sytuacji niezbędne jest dla nas bezpieczeństwo żywnościowe. Wzgląd praktyczny wzmacnia tylko uzasadnienie historyczne – Polska, ze swoją historią i ze swoimi dobrymi ziemiami uprawnymi, jest źródłowo bytem szlachecko-rolniczym.

Kwestia dobrostanu zdrowotnego – w dziejach ludzkości nikt z tym problemem sobie nie poradził, do czasu pojawienia się rzeszy cichych bohaterów, herosów miłości bliźniego, braci i sióstr, którzy zagrzebując siebie pod siermiężnym habitem nie brzydzili się asystować śmierdzącym i gnijącym ciałom ich zastępczych Chrystusów. To Kościół święty budował i prowadził szpitale, a nie cwaniaki zakotwiczone w lichwiarskich fabrykach pustego pieniądza. Nie da się zarobić na chorobie i starości, nie można ani magicznie, ani księgowo zamienić gangreny w pachnący biznes. Liberałów w tej dziedzinie uważam za pozbawionych wrażliwości (na innych, bo nie na siebie) niebezpiecznych idiotów. Ponieważ świat – jak to już wyżej powiedziano – zmienił się przez wieki nie do poznania – państwo wyparło Kościół ze sfery medycyny powszechnej – będzie musiało ono w istotnym zakresie w niej pozostać. Choć tutaj można myśleć o skutecznej kontrrewolucji – choćby dzisiejszy zmodernizowany Kościół dysponuje masą owych cichych bohaterów, których władza centralna na powrót winna zaprosić do pracy na niwie im przeznaczonej. Kornety winny powrócić do szpitali!

Podobnie w historii było z uniwersytetem. W jego przypadku kontrrewolucja (z uwagi na wzmiankowane zmodernizowanie) nie byłaby możliwa, a może choćby nie byłaby potrzebna. Trzeba tam polikwidować pseudodziedziny i powyrzucać kogo trzeba na pysk, a wolne miejsca zapełnić… może kapłanami Bractwa św. Piusa X? W każdym razie, od strony praktycznej uniwersytet tworzony był jako dostarczyciel wysoko wykwalifikowanych kadr państwowych i tak powinno pozostać. Poza tym (poza uniwersytetem państwowym) – niech każdy sobie zakłada, jaką chce, uczelnię wyższą.

Jako kto się wypowiadam? – jako polityk i jako literat. Apel do kolegów z antysystemu

Mam apel do kolegów tworzących antysystem. Tyle nas łączy, tyle wspólnych prób nienajgorzej przeszliśmy – choćby w czasie operacji Covid-19. Wypracujmy nasz wspólny program, utrzyjmy go już teraz na poważnie. Miejmy Wspólną Sprawę, pod którą możemy się podpisać. Bo nie wiem, jak Wy – ale ja zamierzam zagrać o Polskę va banque, o ile taka okazja się nadarzy!

Wracając do teorii, co nie podoba mi się jeszcze w sformułowaniu „wolny rynek”? Dwie rzeczy: jego abstrakcyjność i jego wtórność. Po pierwsze, nie można myśleć o świecie oraz tworzyć programu politycznego, gdy osnową uczyni się nieosobowy wytwór wyobraźni. Dlatego podskoczyłem na krześle, gdy usłyszałem z ust prezesa partii, do której należę, Grzegorza Brauna, konkluzję jego rozmów z redaktorem Markiem Skalskim na temat handlu ludźmi za pierwszych Piastów. Rzecz była o kwestii fundamentalnej: o istotnym powodzie zawiązania się państwa polskiego jako lokalnej reakcji na ten bezduszny proceder. Sformułowany zaś wniosek brzmiał następująco: misją polskiego państwa jest ochrona Polaków przed handlarzami niewolników. Stwierdzenie poprawne nie tylko z uwagi na adekwatną antropologię leżącą u jego podstaw, ale i ze względu na niezmienny, jak się okazuje, choćby po tysiącu latach, kontekst żydowski – czytaj anty-Chrystusowy. Połączyłbym dwa cele w jedno, stwierdzając: misją państwa polskiego jest obrona Polaków przed handlarzami niewolników i stworzenie im najlepszych warunków do osiągnięcia świętości poprzez rozwój talentów. Zapewniam kolegów-wolnościowców, iż dla państwa talentów pełna swoboda gospodarcza (dla małych i średnich) jest jedną z cech konstytutywnych (a także: konstytucyjnych) oraz uspokajam, iż „stwarzanie warunków” nie oznacza jakiegoś przymusu umoralniania. Chodzi o to, iż zasadę swobody gospodarczej należy wyprowadzać, moim zdaniem, z innego niż liberalne, katolickiego źródła (zob. encykliki papieskie, np. Singulari nos /Grzegorz XVI, 1834/, Rerum novarum /Leon XIII, 1891/, Centesimus annus /Jan Paweł II, 1991/ oraz ks. dr Félix Sardá y Salvany, Liberalizm jest grzechem). Kto co w tych „stworzonych warunkach” uczyni – zależy od jego decyzji.

No i druga rzecz. Jestem z zamiłowania literatem. Zostałem wychowany w kulcie sztuki i szacunku dla artystycznej niepowtarzalności. Miejmy więc oryginalny sposób rozpoznawania rzeczywistości, własne, autentyczne narzędzia badawcze. Dojdźmy do prawdziwych ustaleń poprzez dojrzałe prześwietlenie faktów, które z kolei zrodzi oryginalny język opisu. Odrzućmy zapożyczenia, stwórzmy coś polskiego. Pan Bóg oddaje świat w nasze ręce. Przeżyjmy go, podpisując się kiedyś na pergaminie naszego życia własnym autografem.

Wstęp do bibliografii

Właściwe sprawowanie władzy nad narodem (czy dla narodu) w ramach państwa wymaga, podobnie jak prowadzenie kierownictwa w rodzinie, uprzedniego przygotowania i dojrzałości. Polityk, który pośpiesznie szukałby książki, żeby dowiedzieć się, jak spełniać swoje powołanie, byłby karykaturą samego siebie – kimś w rodzaju Nikodema Dyzmy. W dawnych epokach przysposobienie do pełnienia funkcji w państwie monarchicznym przebiegało w ramach przekazu pokoleń. W państwach, które choć w wynaturzonej, bo nie katolickiej, formie zachowały pewien rodzaj ciągłości władzy przebiega ono w systemie de facto arystokratycznym – zgodnie z arystotelesowską systematyką ustrojów. Za arystokrację miał Stany Zjednoczone mój wykładowca doktryn politycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim, prof. Wiesław Kozub-Ciembroniewicz, którego wykładów słuchałem w 1994 roku. Zaporą dla powszechnego wstępu do elity władzy jest w USA potężny filtr specjalnych uniwersytetów, na które, zwłaszcza na pewne kierunki, nie każdy może się dostać. Oczywiście, system ten mógł się już częściowo zmienić, to znaczy zdegenerować, pod wpływem rewolucyjnej, globalistycznej destrukcji.

My, w krajach Europy Wschodniej, a szczególnie w wyjątkowo atakowanej na przestrzeni dziejów Polsce, nie posiadamy choćby takiej tradycji. Tę sytuację należy przekuć w atut. Możemy, jeżeli Pan Bóg pozwoli, zbudować nasze państwo od nowa. Aby to uczynić bez szkód dla siebie i naszych rodaków, wystarczy jedna cecha: mądrość. Nie jest przypadkiem, iż cnotę tę przypisuje się w sposób szczególny jednemu z najsłynniejszych królów – biblijnemu Salomonowi. Jest to cnota bierna („do wzięcia”, dostępna każdemu: „Mądrość jest wspaniała i nie więdnie, ci łatwo ją dostrzegą, którzy ją miłują, i ci ją znajdą, którzy jej szukają, uprzedza bowiem tych, co jej pragną, wpierw dając się im poznać. Kto dla niej wstanie o świcie, ten się nie natrudzi,
znajdzie ją bowiem siedzącą u drzwi swoich. O niej rozmyślać – to szczyt roztropności, a kto z jej powodu nie śpi, wnet się trosk pozbędzie, sama bowiem obchodzi i szuka tych, co są jej godni,
objawia się im łaskawie na ścieżkach i wychodzi naprzeciw wszystkim ich zamysłom. Początkiem jej – najprawdziwsze pragnienie nauki, a staranie o naukę – to miłość, miłość zaś – to przestrzeganie jej praw, a poszanowanie praw – to rękojmia nieśmiertelności, a nieśmiertelność przybliża do Boga. Tak więc pragnienie Mądrości wiedzie do królestwa. Zatem, jeżeli wam miłe trony i berła, o władcy ludów, czcijcie Mądrość, byście królowali na wieki”
Księga Mądrości, rozdz. 6, wers. 12-21, Biblia Tysiąclecia), polegająca na nieustannym prześwietlaniu własnych decyzji Bożym światłem, i można ją przez zejście na własne tory utracić, co też się stało w drugiej części życia monarchy. Mądre w dzisiejszej Polsce może być już dziecko, ale żeby sprawować władzę w państwie, trzeba nabyć dojrzałości i posiadać własne doświadczenie życiowe. o ile to doświadczenie życiowe jest owocne i mądre, można myśleć o zajęciu się polityką. Każdy musi ocenić w Bożym świetle, czy jest zdolny do zajmowania się innymi czy nie, czy ma im co dać czy też nie? o ile odpowiedź jest prawdziwie pozytywna, oznacza to, iż bezpiecznie można starać się o zdobycie władzy – więc o ile warunki zewnętrzne pozwolą, jesteśmy gotowi.

Obok kompetencji moralnej – mądrości, przygotowanie politologiczne jest kompetencją intelektualną polityka, którą winien nabyć uprzednio. Polityk nie jest wszakże politologiem! Polityk nie pracuje umysłowo w celach naukowych, ale w celach praktycznych. Trzeba wiedzieć, jak założyć rodzinę przed zawarciem małżeństwa i należy wiedzieć, jak sterować państwem przed objęciem funkcji rządowej. Rzecz jasna, polityk nigdy nie będzie dysponował pełną, szczegółową wiedzą na każdy temat. Stąd konieczne jest permanentne otaczanie się doradcami-ekspertami, naukowcami. Niemniej jednak, decyzje będą decyzjami politycznymi, a zdolność do ich podejmowania polityk musi mieć w głowie, nie w książkach.

Ponieważ, jak już powyżej zaznaczyłem, w tym tekście wypowiadam się jako aspirant do polityki, poniższa bibliografia jest raczej wskazówką, jakie lektury mnie ukształtowały niż naukowo-politologiczną systematyzacją. Znalazły się więc w niej zarówno te pozycje, do których odwołuję się w artykule bezpośrednio, jak i te, w których duchu i piszę, i żyję.

Weszły w jej skład zatem Ptaki Arystofanesa – starożytne arcydzieło, wzruszające swoją wiarą w człowieka, nie zabarwioną jeszcze goryczą, łatwo przeradzającą się w cynizm, będącą udziałem pokoleń, które doświadczyły krwawych rewolucji i dwóch straszliwych wojen światowych. Temu cynizmowi nie wolno ulegać, choćby jeżeli by się było przez to narażonym na szyderstwa, gdyż jak pisze Ludwik Maria Grignion de Montfort o Mądrości: „Będziecie mówić często, iż nie ma jej w wypadkach i przewrotach, które się zdarzają, tak jest tajemna i łagodna; ale ponieważ ma ona niezwyciężoną siłę, niepostrzeżenie i z mocą doprowadza wszystko do celu drogami nieznanymi ludziom” (Miłość Mądrości Przedwiecznej). Można więc dobrze i choćby koncertowo prowadzić Ateny-Polskę do najlepszego ustroju – rozumnego państwa talentów – pod warunkiem, iż ziemia złączona jest z niebem symbolizowanym w sztuce pogańskiego jeszcze przecież (!) komediopisarza przez tytułowe ptaki.

Zameldował się też w szeregu woluminów wielki William Shakespeare, z jego przenikaniem się materii życia z Teatrem przez wielkie T. Życie, rodzinne, społeczne i polityczne, a choćby międzynarodowe, jest sceną, zamkniętym zbiorem postaci i scenografii. Nie jest bezosobowym abstraktem, kierowanym przez jakąś, dajmy na to, ewolucję. Życie jest teatrem, a teatr życiem, można więc podjąć próbę wyreżyserowania go (nie jest może przypadkiem, iż prezes Konfederacji Korony Polskiej, partii, w której działam, z zawodu jest reżyserem).

Nie znajdują się tutaj li tylko pozycje naukowe, gdyż nauka – piękna rzecz! – ale w danej sytuacji nie wyczerpuje całej prawdy. Nie dotyczy to wyłącznie wielkiej twórczości literackiej, nienaukowa była także Joanna d’Arc, znienawidzona przez uniwersytet paryski, którego profesura na czele z rektorem przez całe jej aktywne życie ścigała ją za herezję, a na koniec zdradziecko wydała w ręce Anglików. Ludzie dobrej woli rozpoznają prawdę, niezależnie od tego, czy jest ona objęta aktualnym „monitoringiem” naukowym. Zauważmy, iż scjentyzm to także jeden z wielkich przesądów współczesności. Święty Autor, opisując w Biblii początek rzeczy widzialnych, posłużył się konwencją baśni – czyli u samych podstaw naszej wiedzy dysponujemy nie tyle prawdą naukową, co literacką.

W „Bibliografii” mogłoby się oczywiście znaleźć wiele innych książek. Nie znalazły się w niej prace, które byłyby najcenniejsze, a których wytworzenia zaniechano wszak z powodów praktycznych, bo jak pisze św. Jan: „Jest ponadto wiele innych rzeczy, których Jezus dokonał, a które gdyby je szczegółowo opisać, to sądzę, iż cały świat nie pomieściłby ksiąg, jakie trzeba by napisać”.

Piotr Heszen

Bibliografia:

Arystofanes, Ptaki, przeł. J. Jedlicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1954;

Arystoteles, Etyka nikomachejska, przeł. D. Gromska, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1982;

Arystoteles, Polityka, przeł. L. Piotrowicz, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa, 2012;

Augustyn, Państwo Boże, przeł. ks. W. Kubicki, Wydawnictwo Antyk, Kęty, 2002;

Benedykt XIV, A quo primum – o nadmiernej roli żydów w Królestwie Polskim, 1751;

Christie Agata, powieści i opowiadania – wydania różne;

Grignion de Montfort Ludwik Maria, Miłość Mądrości Przedwiecznej, Promic (Wydawnictwo Księży Marianów), Warszawa 2017;

Grignion de Montfort Ludwik Maria, Traktat o doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny, Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu, Sandomierz 2019;

Gadowski Walenty, Katolicki katechizm apologetyczny, Wydawnictwo Te Deum, Warszawa 2024;

Grzegorz XVI, Singulari nos, 1834;

Harris Thomas A., W zgodzie z sobą i z tobą, Wydawnictwo Pax, Warszawa 1979;

Jan Paweł II, Centesimus annus, 1991;

Jarnuszkiewicz Antoni SJ, Miłość i bycie. Studium z metafizyki, Teksty i Studia Wydziału Filozoficznego Towarzystwa Jezusowego w Krakowie, Kraków 1994;

Jones Michael, Jałowy pieniądz. Historia kapitalizmu jako konfliktu między pracą a lichwą. Tom I. Od Medyceuszy do Newtona, Wydawnictwo Wektory, Wrocław 2015;

Karoń Krzysztof, Historia antykultury, nakładem własnym autora, 2018;

Komuda Jacek, Upadek. Jak straciliśmy Pierwszą Rzeczpospolitą, Wydawnictwo Fabryka Słów, Warszawa 2025;

Leon XIII, Rerum novarum, 1891;

Nowak Kazimierz, Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936, Wydawca: Pogotowie Kazikowe, Borówiec 2025;

Orygenes, Homilie do Księgi Rodzaju. Homilie do Księgi Wyjścia, przeł. S. Kalinkowski, Wydawnictwo WAM, Kraków 2012;

Patlewicz Radosław, Mędrcy Syjonu. Nowe Otwarcie, Wydawnictwo 3DOM, Częstochowa 2022;

Pernoud Régine, Clin Marie-Véronique, Joanna d’Arc, Wydawnictwo Andegavenum, Kraków, 2025;

Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu;

Pius XI, Quas primas, 1925;

Program Konfederacji Korony Polskiej, Warszawa 2022;

Sardá y Salvany Félix, Liberalizm jest grzechem, Wydawnictwo Wers, 1995;

Shakespeare William, dramaty – wydania różne;

Skarga Piotr SI, Kazania sejmowe, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1995 (pierwsze wyd. w 1597);

Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna, t. 1-34, Wydawnictwo Veritas, Londyn 1962-1984;

Twain Mark, The Prince and the Pauper, Wydawnictwo Dawson brothers, Quebec 1881 (po polsku: Książę i żebrak, przeł. M. Tarnowski, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2005);

Verne Jules, W 80 dni dookoła świata, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 2019;

Wielomski Adam, Jak rodzi się wolny rynek?, Prof. Wielomski: Jak rodzi się wolny rynek? – NCZAS.INFO, dostęp 02.01.2026;

Woziński Jakub, Od ujścia Wisły po Morze Czarne. Handlowo-gospodarcze tło dziejów Polski (do 1572), t. I, Wydawnictwo Prohibita, Warszawa 2021.

Idź do oryginalnego materiału