Herezja relatywizmu, czyli jak zło stało się dobrem, a dobro złem

11 godzin temu

Na czwarty odcinek cyklu PCh24.pl o „nowoczesnych herezjach” zapraszają ks. prof. Piotr Roszak i Tomasz D. Kolanek.

Kliknij TUTAJ i zobacz wszystkie opublikowane w tej serii rozmowy

„Nie istnieje rozróżnienie między prawdą i błędem, między tym, co słuszne i co niesłuszne; wszystko zależy od czyjegoś punktu widzenia” – tymi słowami abp Fulton Sheen zdefiniował w książce „Wojna i rewolucja” herezję relatywizmu. Herezję, która cały czas przybiera na sile oraz co gorsza – herezję, którą być może nieświadomie, ale jednak, wspierają niektórzy kapłani, a choćby hierarchowie. Dlaczego ta herezja odniosła (niestety) tak wielki sukces?

Konieczność odróżniania stanowi podstawę mądrości, skoro zgodnie ze starożytną maksymą, człowieka mądrego cechuje zdolność porządkowania (sapientis est ordinare). Wielość punktów widzenia i subiektywne odczucia nie oznaczają, iż nie można wskazać na prawdę, ale świadczą o wysiłku, aby integrować i konfrontować. Niestety kulturą współczesną rządzi „emotywizm”, który stał się regułą oceniania wszystkiego, a przez to prowadzi do relatywizmu. Można przeżywać na różne sposoby pewne prawdy, ale przecież trzeba się zgodzić co do samej prawdy. To trochę jak z „kluczami” w muzyce, które sprawiają, iż ten sam zapis nutowy jest odtwarzany inaczej, można wykonywać go na wiele sposobów, ale trzeba się zgodzić co do samych nut. Dlatego kryzys prawdy tkwi u źródła tej herezji, jakby zanegowano pierwszy człon zdania z Ewangelii „poznacie prawdę i prawda was wyzwoli” (J 8,32). Mam wrażenie, iż dziś celowo odwrócono to zdanie i wolność stała się podstawą do tego, aby ustanawiać prawdę. Prawdę o walce klas, o płci…do tego awersja do instytucji takiej jak Kościół katolicki – awersja, która rodzi się z postulatów oświecenia i dlatego wypływa z przekonania, iż trzeba wyzwolić się z szablonów i wizji tradycyjnych, w duchu Kantowskiej zasady: „odważ się być mądrym” (sapere aude!), a więc przestań słuchać tradycji, masz myśleć sam, bo instytucje są złe, mają swoje interesy etc.. Od tamtego czasu okazało się jednak, iż nie ma „czystego” podmiotu, rzekomo wolnego od wpływów zewnętrznych, a zasadnicze pytanie brzmi zaś czy podmiot ma świadomość tego wpływu. Ideał wolności nie może wiązać się z prostym uwalnianiem się od innych, zrzucaniem zależności, ale docieraniem do prawdy.

Herezja relatywizmu odniosła sukces, można tak powiedzieć, ze względu na dobre „opakowanie”, a my kupujemy często przez ten pryzmat, często się mówi, iż „kupujemy wzrokiem” i w oparciu o wrażenia, a to oznacza, iż skojarzenie relatywizmu z szacunkiem dla innych punktów widzenia jest ważnym motywem jego akceptacji. Ale gdyby się dłużej zastanowić, szacunek dla innych nie polega na braku reakcji, gdy ktoś zamyka się w bańce informacyjnej lub traci orientację w terenie. Mówienie Mu w takiej dezorientacji np. w lesie, ze wszystkie kierunki są dobre i gdzie chce może uznać, ze jest północ, iż nie da się tego ustalić, to takie twierdzenie z pewnością nie jest pomocą takiemu człowiekowi.

A do tego warto zauważyć, iż relatywizm jest wygodny, zwalania z działania, bo jeżeli nie ma prawdy czy grzechu, to wtedy reagować nie trzeba.

Czy istnieją jakiekolwiek wartości bądź anty-wartości niezmienne, które od zawsze były, są i będą dobre lub złe? Kiedyś taką wartością było małżeństwo, ale dzisiaj z jednej strony czytamy o związkach partnerskich, z drugiej o „małżeństwach” LGBT, a z jeszcze innej o poligamii… To samo tyczy się anty-wartości. Do niedawna anty-wartością była sodomia, a dzisiaj jest ona dla wielu „czymś normalnym” i „podstawowym prawem człowieka”…

Język „wartości” sugeruje pewną subiektywność, choć stał się modny w XX wieku, gdyż dawniej posługiwano się bardziej obiektywną kategorią „dobra”, jak to jest np. u Tomasz z Akwinu. Dobro jest niezmienne, choćby jeżeli ktoś jedynie częściowo je rozpoznaje lub choćby nie rozpoznaje. W przypadku wartości/wartościowania chodzi o osąd, stąd pokusa traktowania wszystkiego wedle „własnej miary”, subiektywnie i relatywnie.

A stąd bliska droga to manipulowania czy przewartościowywania dotychczasowych wartości, a więc wskazania co jest, co przestało być, a co powinno być tzw. „wartością”… to przecież na tym polegała propozycja Fryderyka Nietzschego sprzed ponad 100 lat, na przedefiniowaniu wszystkich dotychczasowych wartości w kulturze europejskiej. A taka operacja to w gruncie rzeczy jakby zmiana „gramatyki” w mówionym języku: spróbujmy takiego eksperymentu… widać od razu, iż nie da się postawić na relatywizm w tym względzie, bo on sprawi, iż pojawią się zdania fałszywe i niezrozumiałe. To proces niebezpieczny, bo jest on przejmowaniem dyskursu i ustanawianiem nowej moralności, a to widać choćby w firmach, które definiują swoiste kody moralne dla pracowników, przy ich aplikowaniu o pracę. Wiele z takich firm niestety robi wręcz testy czy pracownicy uważają, iż zbliżają się „święta Bożego Narodzenia” czy też będą posługiwać się enigmatycznym zwrotem „wakacje zimowe”, sterując w ten sposób wartościowaniem jak się zwrócimy w korespondencji firmowej.

Kiedy narodziło się przekonanie, iż o tym, co jest dobre i słuszne oraz o tym, co jest złe i podłe decyduje większość? Przecież to „większość” skazała na śmierć Pana Jezusa…

… a jednocześnie w chrześcijaństwie od początku istniał szacunek dla głosu wszystkich w Kościele, wynikające z przekonania o asystencji Ducha Świętego, który prowadzi Kościół jako wspólnotę (a nie jedynie część tej wspólnoty, na przykład, jedynie pasterzy Kościoła) w drodze do niebieskiej ojczyzny. Znalazło to swoje potwierdzenie w przekonaniu o istnieniu pewnego rodzaju „zmysłu wiary ludu Bożego”, pewnego wyczucia co jest prawdą wiary a co imitacją, w którą stronę prowadzić życie chrześcijańskie, aby osiągnąć cel, jakim jest świętość. Takie spojrzenie dało podstawę do słynnych powiedzeń jak vox populi, vox Dei, głos ludu głosem Boga.

Nie rozumiano jednak tej zasady socjologicznie, ale teologicznie. Dlatego w czasach, gdy wielu chrześcijan szło za herezją arianizmu, która twierdziła, ze Chrystus nie jest naturalnym Synem Bożym, ale człowiekiem, który został zaadaptowany na Syna Bożego, to wydawało się to w zgodzie z kulturą starożytną, nie rodziło napięć i sporów. Wiara w przypadku arianizmu wpisała się – niczym w foremkę do ciasta – do istniejących schematów intelektualnych, one zaczęły dyktować wierze w co może a co nie twierdzić, zamiast kształtować nowe kategorie intelektualne. Wtedy św. Atanazy, być może w socjologicznej mniejszości, był wyrazem wiary Kościoła, bo trzymał się wiernie Ewangelii i nie chciał jej sprzedawać za cenę kompromisów z arianizmem, który twierdził, iż Syn Boży tak, ale nie prawdziwy, ale adoptowany; zamiast Bóg z Boga, arianie woleli: Bóg z człowieka, nie tyle zrodzony jak wiara katolicka twierdzi, co stworzony w opinii arian. Do dziś ten antyariański wymiar brzmi przecież w credo.

Ten, kto jest wierny Ewangelii i poddaje swój umysł Chrystusowi, a nie odwrotnie (Chrystusa poddawałby osądowi miary swego rozumu), ten ma najwięcej do powiedzenia, ten ma „większość” – Chrystus przechyla bowiem statystyki na swoją korzyść i wygrywa każde głosowanie, On ma większość w Kościele…

Niestety percepcja socjologizująca wiarę zrodziła się w kontekście nowożytnym, gdzie model państwa zaczął być wiązany z tym, aby nie dochodziło do starć wewnętrznych w społeczeństwie, ludzie się nie pozabijali, państwo miało pilnować porządku wśród obywateli, a wtedy większość arytmetyczna zaczęła odgrywać coraz większą role. Przekonanie, iż słuchamy nie tego, kto ma racje, a kto głośniej krzyczy i ma więcej zwolenników wypływa w moim odczuciu z tej nowej, już dalekiej od średniowiecznej wizji społeczności politycznej. Wtedy zaczynają pojawiać się przekonania o konieczności narzucania rozwiązań innym „dla dobra ogółu”, dominowaniu jednych nad drugimi (sam ideał nauki zaczął być wiązany z panowaniem nad przyrodą, skutecznym jej wykorzystaniem, a nie samym poznaniem prawdy). Ideałem stanie się tolerancja wypływająca z obawy o kruchą równowagę państwa.

Jak Kościół katolicki rozumie tolerancję?

To ciekawe, iż termin tolerare generalnie dotyczy znoszenia np. innych ludzi, a więc wytrzymania pewnego naporu, a więc chodzi o postawę zbliżoną do cierpliwości w doświadczaniu jakiegoś zła czy przeciwności losu. Natomiast z biegiem lat czy dziesięcioleci zaczął oznaczać coś innego, znowu głównie od nowożytności – jako odpowiedź na konflikty, jakimi były targane państwa w XVII i XVIII wieku. Przestaje być konceptem negatywnym – znosić przeciwieństwa – na rzecz pozytywnego, a więc afirmacji poglądów innych, wymuszonej zgody na akceptację poglądów innych ludzi.

Dziś w rezultacie wielu uważa, iż w ramach tolerancji powinno się akceptować czyjeś poglądy, np. dotyczące płci czy moralnej oceny pewnych zjawisk (np. aborcji), sprzeciwianie się temu jest wyrazem braku tolerancji, a przez to agresji. Tymczasem w chrześcijaństwie odróżnia się sprawę fundamentalną: szacunek dla osoby, ale nie bezwarunkowa akceptacja dla jej poglądów. Poglądy mogą czy wręcz powinny podlegać ocenie, nie można ich „tolerować”. Paradoksalnie w epoce dezinformacji widzimy wyraźnie, iż tolerowanie fakenewsów przynosi wiele szkody. Trzeba wrócić do średniowiecznej zasady argumentowania – jak to mamy w „Summie teologii” św. Tomasza, która opiera się na konieczności uzasadniania. Wiary udowodnić nie można, ale można uzasadnić, dlaczego wierzymy. To była naprawdę istotna kultura argumentacji, która cechowała średniowiecze.

Czy można postawić tezę, iż fałszywie rozumiana tolerancja jest dziś głównym orężem relatywizmu? Liberalny świat głosi bowiem, iż mamy tolerować wszystko, łącznie z błędami, wypaczeniami, herezjami etc. jeżeli tego nie robimy, to jesteśmy przepełnionymi nienawiścią homofonami, rasistami, ksenofobami, antysemitami etc.

To strategia oparta o poszerzanie pojęcia wolności, które się dobrze kojarzy, ale w kolejnych etapach wychodzi poza zakres tego, co związane jest z wolnością. A przecież wolność jest w służbie czegoś więcej, jest wolnością „po coś”, ona ma cel, a więc jest kształtowana przez wartości. Nie jest ślepą siłą, wolność nie oznacza bowiem chcieć czego się tylko zapragnie… nie chodzi w wolności o sam wybór, ale o dobry wybór. Gdyby sam wybór był istotą wolności, to wtedy wolni byliby ci, którzy wybierają zło pozbawiają się np. wraz z uzależnieniami, swojej wolności, a to byłoby absurdalne, aby wolność prowadziła do nie-wolności. Zatem wolność do swej definicji potrzebuje dobra, oparcia o to, co słuszne i prawdziwe.

Paradoks liberalizmu z jego hasłem, iż trzeba wszystko tolerować jest też taki, ze to zawsze jednostronna deklaracja: mamy tolerować wszystko, ale nie tych, co nie tolerują tolerancji…

Czy katolik może „tolerować” grzech, czyli na przykład nie upominać grzesznika, twierdząc przy tym, iż to nie jego sprawa, iż każdy ma swój rozum i odpowiada sam za siebie etc.?

To są delikatne kwestie, bo pytanie nie brzmi „czy”, ale „jak” – to znaczy w jaki sposób działać, aby nie pogłębiać zła, ale wydobywać z zaklętego kręgu niemocy. W katolicyzmie chodzi o „prawdę w miłości”, nie o obsesję na punkcie ujawniania… prawdę można powiedzieć na wiele sposobów, pytanie czy mówiąc ją chcę dobra, czy taka jest moja najgłębsza motywacja.

Dlatego chrześcijańska tradycja upominania – zwłaszcza przy publicznym grzechu – była jasna, miała za cel „pozyskać brata” (por. Mt 18,15) i stawiała na adekwatną formę: inaczej upomina męża żona, matka córkę, inaczej przyjaciel, znajomy, przełożony. Różniła się w przypadku jawnego grzechu i osobistego, nie chodziło o ekshibicjonizm, ale o przywrócenie dobra i świadomość, iż jesteśmy jak naczynia połączone, ma znaczenie co robi drugi. Dziś tyle się mówi o tzw. efekcie mrożącym, czyli ogólnie jak działanie jednostki może wpłynąć na drugich, np. na ich lęk przed działaniem. Widzimy jak „przyzwolenie” z góry, akceptacja zachowań, ma wpływ na innych. Zasadne jest wiec pytanie: a kto wyznacza te dogmaty współczesności? Jak choćby ten, iż gdy chodzi o chrześcijaństwo to nie można pozwolić mu na formułowanie ocen moralnych – Kościół nie ma prawa rzekomo nikogo upominać w liberalnym społeczeństwie – ale inne instytucje, fundacje to już mogą, narzucając pewne oceny oderwane od obiektywnej prawdy.

Argumentacja, iż każdy ma swój rozum jest znowu wybiórcza, gdyż ewidentnie nie działa w edukacji, w pracy zawodowej, gdzie stawia się np. na tutoring, wsparcie przez innego, słuchanie „jego rozumu”, to jest na co dzień reguła dochodzenia do czegoś sensownego, do opanowania nowych kompetencji.

Nierozsądnie więc działa ten argument „każdy ma swój rozum”, podobnie jak z jednej strony mówi się, iż niech dziecko zdecyduje o swojej wierze, gdy będzie dorosłe, dlatego niektórzy rodzice nie będą go chrzcić … ale z drugiej strony, w przypadku edukacji już tak nie myślimy, decydujemy za dziecko wysyłając do szkoły albo prowadząc edukację domową. W jednym temacie tak, w drugim inaczej. Dlaczego? Wydaje mi się, iż czasami za twierdzeniami, iż każdy ma swój rozum stoi pójście na łatwiznę, zrzucenie odpowiedzialności… i wybór ideologiczny.

Jak w związku z tym mamy odróżnić słuszność naszej, katolickiej sprawy od słuszności sprawy np. naszych wrogów – wrogów Kościoła i Chrystusa Pana? Skoro słuszność i niesłuszność są uzależnione od jednostkowego „widzimisię”, czy jest to w ogóle możliwe?

Oczywiście, iż jest możliwe, inaczej nie można byłoby mówić o etyce, w której od starożytności mówi się o „słusznym” działaniu, a zdolność odróżniania jest kluczowa. Wirus czy herezja relatywizmu to rozbrojenie się przed atakiem przeciwnika, genialny ruch wroga, który choćby nie musi atakować, bo wygrał walkę kognitywną, na percepcję, wmówił szereg kłamstw.

A zatem problemem jest absolutyzacja, postawienie jednego aspektu kosztem drugiego, bo proszę zauważyć, iż w etycznym rozeznaniu mamy dwie zasady: sumienie i prawo moralne, a problem polega na tym, iż albo mówi się, ze tylko sumienie ma rozstrzygać (wariant subiektywny), albo tylko litera prawa moralnego (wariant obiektywny), zamiast łączenia obu aspektów. Wielu absolutyzuje np. liturgię, albo moralność, albo dogmatykę, czyniąc z nich „samotne wyspy”, a przecież liturgia, życie, dogmaty to krwioobieg, to musi wzajemnie napędzać siebie, a nie być wyjmowane w kontekstu i traktowane w oderwaniu od innych. Jak żyję, wynika z tego w co wierzę!

Jest wiele sposobów na sprawdzenie słuszności, Chrystus mówił np. o logice owocu, a więc trzeba spojrzeć czy nie ma ofiar… jeżeli jakaś ideologia uważa się za słuszną, a nie prowadzi do podnoszenia poziomu moralnego, jeżeli wprowadza w rozterki, ludzie nie wiedzą kim są, jest coraz więcej rozpaczy, depresji, no to znaczy, ze coś nie działa. Tymczasem nasza cywilizacja nie chce się do tego przyznać i to chowa przed spojrzeniami innych.

Innym miernikiem słuszności jest wierność tradycji – proszę zauważyć lekceważenie dla historii, z jakim mamy dziś do czynienia. Mówi się o „resetach”, podważa kreślenie historycznych kontekstów, liczy się bilans zysków i strat na „dziś”. Dziwnie zwolennicy relatywizmu boją się historii, bo ona pokazuje, iż twierdzenia podobne do tych, które podnoszą już dawno doprowadziły do katastrofy. Żeglarze, którzy będą mówili, iż ma słuszność nawigator mówiący, iż północ jest tam i drugi, ze w inną stronę, i iż każdy z nich ma racje, nie dopłyną do portu.

Nasi dziennikarze, pracownicy edukacji, nasze kina, masowe książki, nasze sądy, a choćby niektóre kościoły – wszystkie te środowiska całymi latami odcinały się od prawa moralnego, wyłączając jego stosowanie najpierw w sferze polityki i gospodarki, potem rodziny, a potem jednostki. Szydzono i wyśmiewano się z tych, którzy wciąż się prawa moralnego trzymali, nazywając ich reakcyjnymi, zacofanymi, etykietując czystość i uczciwość z pomocą terminologii Marksa jako cnoty burżuazyjne. Teraz ci sami ludzie mówią nam, iż wszystko, co mamy do zrobienia w sprawie zła, to zapomnieć o nim, a wiarę i moralność da się przecież zawieźć do cywilizacji z powrotem, jak się przywozi towar do drogerii”, pisze abp Fulton Sheen. Cóż więcej dodać? Chyba tylko tyle, iż po 80 latach od postawienia tej diagnozy jest tak samo, tylko jeszcze bardziej, prawda?

Dokładnie, bo owoce odrzucania prawa moralnego nie są odczuwalne natychmiast, to jak powolna erozja, która niszczy tamę i za chwilę woda wyleje z wielką, niszczycielską siłą. Ale…taką tamę się wzmacnia, a nie osłania w obliczu wyzwań. Tymczasem podważanie etyki jako takiej z powodu relatywistycznego podejścia jest osłabieniem tej „tamy”. Choć lepiej byłoby się posłużyć obrazem koryta rzeki, który umożliwia rzece by płynęła, aby nie skupić się na etyce jako zatrzymywaniu czy wstrzymywaniu, gdyż etyka jest dana po to, aby człowiek był szczęśliwy, nie po to, aby mu utrudniać życie, wprowadzać zakazy dla zakazów. Szczęście wymaga pewnych decyzji, rezygnacji, ale i podjęcia z euforią obowiązków. Nie dajmy sobie obrzydzić pojęcia moralności, bo to jest ogromny problem: robi się wszystko, aby bycie moralnie dobrym kojarzyło się z przestrzeganiem samych zakazów.

Lekkomyślność w tym względzie, w przekonaniu, iż jednym kliknięciem da się np. przywrócić utracone wartości, to mrzonka. To się odbudowuje pokoleniami. Dlatego ma znaczenie strategia – nieco partyzancka – wstrzymywania pochodu wrogich sił wobec cywilizacji. jeżeli nie da się przekonać, iż herezja relatywizmu to tragedia, to choć osłabiajmy jej siłę. Pokazując owoce relatywizmu i konieczność przywrócenia koncepcji „prawdy”.

Abp Sheen przywołał w powyższej wypowiedzi „niektóre kościoły”. Tutaj chyba mamy klucz do zdefiniowania obecnego zamieszania. jeżeli Ksiądz profesor pozwoli chciałbym poruszyć kilka… kontrowersyjnych kwestii, jakie miały miejsce podczas pontyfikatu papieża Franciszka. W pierwszej kolejności kwestia Komunii Świętej dla rozwodników. To przy okazji tej sprawy i adhortacji „Amoris laetitia” wielką furorę zrobiło słowo „rozeznanie”. Czymże jest w tym przypadku rozeznanie, jeżeli nie zachętą do relatywizmu moralnego?

Istotnie są różne rodzaje rozeznania, bo niektóre mogą być zachętą do relatywizmu moralnego, a inne zachętą, aby nie wrzucać do jednego worka sytuacji odmiennych i świadomego wyboru drogi dobra. Norma moralna obiektywna – wyrażona w wersji negatywnej, np. nie zabijaj, nie kradnij – nie podlega zawieszeniu, choć istnieją sytuacje, np. obrona ojczyzny, gdzie żołnierz broniąc granic pozbawia życia wroga. To jednak on sam się pozbawia życia atakując inne państwo, a nie obrońca.

A co do drugiej kwestii: Istnieje wiele form komunii z Kościołem, ta eucharystyczna wyraża obiektywną prawdę i jest ważnym znakiem, także dla tych, którzy nie mogą do niej przystąpić z obiektywnych powodów. Chrześcijanie zawsze wskazywali drogę „trudniejszą”, która podnosi poprzeczkę, na nią wskazywał św. Jan Paweł II, i myślę, iż racje przedstawiane przez Niego są przekonujące i obrazują jasno dlaczego nie warto rozcieńczać chrześcijaństwa zgodą na zerwanie spójności wiary wyrażanej w komunii eucharystycznej. Rozeznanie, które byłoby de facto takim rozcieńczaniem, przynosi ostatecznie krzywdę duchową. Fałszuje duchową orientację ludziom, którzy potrzebują informacji gdzie jest „północ”, aby sobie wyznaczyli potem poszczególne kierunki.

Rozeznawanie jest jednak szeroko obecne w życiu chrześcijan, warto to zauważyć, np. w spowiedzi świętej, rozeznajemy inspiracje duchowe, czy pochodzą od Boga czy szatana, ale także przy okazji dylematów moralnych, więc ta sztuka jest nam potrzebna, gdyż próbuje nam się mawiać co krok, iż wszystko jedno, bo to jest to samo.

Jak w związku z tym katolik powinien rozeznawać? Odnoszę bowiem wrażenie, iż próbuje się do naszej wiary przemycić elementy protestanckie – nieważne, co zrobisz; ważne, żebyś miał spokojne sumienie i aby nie gryzły cię żadne wyrzuty. jeżeli nie gryzą, to nie zrobiłeś nic złego…

Katolicyzm cechuje coś innego, mianowicie „i jedno” (sumienie) „i drugie” (obiektywne prawo moralne). To „i” jest ważne, bo nie ma tam „albo”, na zasadzie albo sumienie albo prawo moralne. Integrować te dwie zasady jest naszym katolickim sposobem życia. Nie jest to łatwe, to prawda, ale brak wyrzutów sumienia to za mało. Mówił o tym św. Paweł, iż choćby gdy sumienie nic nie wyrzuca to jeszcze nie wystarcza… Wiele nas łączy z teologią protestancką, ale istnieje także wiele różnic i warto nie dopuścić do rozmycia swej katolickiej tożsamości.

Kolejna kwestia to tzw. ekumenizm. Pojawiło się w ostatnich miesiącach wiele – moim zdaniem – niebezpiecznych głosów ze strony duchownych, jak np. stwierdzenie, iż Pan Bóg chce różnorodności religii. Jak tego typu deklaracje mają się na przykład do sześciu prawd wiary? Czy to wszystko nie idzie za daleko?

Ekumenizm to sposób budowania jedności wśród chrześcijan, a więc droga dośrodkowa, a nie odśrodkowa. Wiemy, ze bycie katolikiem wyraża się na wiele sposobów, np. mamy katolickie kościoły wschodnie, z inną liturgią niż zachodnia. Dobrze to widać właśnie w liturgii, gdzie mamy ryty ambrozjański, hiszpański, rzymski w obu jego formach. Jedność nie oznacza uniformizacji, spłaszczenia, redukcji do jednego dopuszczalnego modelu.

Ale czym innym jest twierdzić, iż wielość religii jest chciana przez Boga. To nie mieści się w katolickiej nauce pokazującej na bazie Biblii, iż Bóg chce jedności wiary. Chrystus nie jest jednym z wielu, ale kimś niezastąpionym. A Kościół nie jest „jedną z wielu opcji”, ale sposobem w jaki Bóg chce pojednać świat z sobą. Inne religie muszą w pewien sposób być w relacji do Kościoła – sakramentu zbawienia, to znaczy „narzędzia”, przez które Bóg tego dokonuje.

Ostatnia kwestia to błogosławienie tzw. par LGBT. Watykan zastrzegł, iż nie chodzi tutaj o błogosławienie związków, tylko ludzi, którzy są grzeszni. Z jednej strony niestety znaleźli się w całej Europie, w tym w Polsce kapłani, którzy wbrew Stolicy Apostolskiej błogosławili „pary”, czy też „związki LGBT”. Z drugiej strony można odnieść wrażenie, iż błogosławieństwo należy się – przepraszam za wyrażenie – „jak psu micha”. Ci, którzy to głoszą, przywołują fragment Ewangelii o spotkaniu Pana Jezusa z jawnogrzesznicą. Przypominają, iż Sym Boży jej nie potępił, ale jednocześnie zapominają, co do niej powiedział, czyli „Idź i nie grzesz więcej”…

Warto więc czytać zarządzenia Stolicy Apostolskiej, a nie komentatorów tych zarządzeń – musimy wyrobić w sobie, już od lekcji religii w szkołach, taką podstawową zdolność do krytycznego myślenia, które daje religia (bo nie jest ona łatwowiernością) oraz troskę, aby opierać się na źródłach, a nie opiniach.

Z drugiej strony, trzeba przypomnieć co to jest błogosławieństwo: błogosławić to pomnażać dobro. A zatem musi najpierw zaistnieć jakieś dobro. Dlatego nie można błogosławić zła, a takim jest trwanie w związku LGBT. Zgodnie z wiarą katolicką, nie wolno par w takich związkach błogosławić, gdyż błogosławi się ludzi na ich drogę wychodzenia z grzechu, a nie pozostawania w nim; błogosławi się na próby odzyskania wolności, a nie jej tracenia. jeżeli się błogosławi osobę (a nie jej związek) to stoi za tym idea, ze chcemy znaleźć „coś dobrego”, niejako uczepić się tego i prosić Boga, aby na kanwie tego przyczółku dobra u człowieka doszło – dzięki Jego łasce – do wzmocnienia dobra, jego większego owocowania. Łaska, gdy się pojawia, dynamizuje ludzkie życie, wspiera naturę i uzdalnia do takich aktywności, które ją przekraczają. Gdy wiec Bóg błogosławi swemu stworzeniu – a tak sobie przecież życzymy często: niech Cię Bóg błogosławi! – to pomnaża, multiplikuje dobro. Może ta relacja łaski i dobra o przypomina trochę współczesny rower elektryczny: pedałować trzeba jak w każdym rowerze, ale przecież jedzie się szybciej niż dzięki samemu pedałowaniu… Ale powtórzę, w punkcie wyjście jest „dobro”. Błogosławienie zła jest bluźnierstwem.

Zachowanie Jezusa wobec grzeszników jest tu rzeczywiście wspaniałym przykładem: Chrystus nie błogosławił Zacheusza za jego oszustwa jako celnika, ale za nawrócenie… za odważną decyzję porzucenia tego, co robił wcześniej. Błogosławieństwo nie było ofoliowaniem, potwierdzeniem, ale ukierunkowaniem życia we adekwatną stronę.

Jak się bronić przed relatywizmem skoro hierarcha w Wiedniu mówi co innego niż hierarcha w Berlinie, a hierarcha Paryżu co innego niż hierarcha w Mediolanie? Skąd katolik ma wiedzieć, który z nich głosi prawdę?

W Kościele nie jest tak, iż się powtarza jak w partiach politycznych ustalony odgórnie „przekaz dnia”, ale każdy z lokalnych Kościołów żyje w innym kontekście, kulturze, ma odmienne doświadczenie wiary apostolskiej, podobnie jak w starożytności, gdy Hiszpania, Italia czy Bliski Wschód wyznając tę samą Ewangelię stawiały jednak inne akcenty, prezentowały tę samą wiarę z różnych perspektyw, często w odmiennej terminologii filozoficznej, którą potem uzgadniano. Te uzgodnienia były znakiem komunii Kościołów, ale podstawą była ta sama, jedna Ewangelia.

Z odmiennością formy przekazu Ewangelii jest nieco jak z muzyką polifoniczną, rozpisaną na głosy i różne instrumenty, które są zharmonizowane ze sobą i gwałtownie wychwycisz fałszywy dźwięk, który nie pasuje do danej symfonii, jest w niej ciałem obcym, dodanym niezgodnie z regułą, tutaj, w kontekście tematu naszej rozmowy, z regułą wiary.

Co więc robić w takich przypadkach? Jak sama nazwa ‘katolicki’ sugeruje, trzeba głoszoną prawdę odnosić do całości nauczania Kościoła wypływającej z Ewangelii, a nie porównywać ze sobą jedynie małe części czy zakresy nauczania. Trzeba pytać o spójność, bo co po nowatorskich teoriach, które przeczą prawdom moralnym i wypaczają życie chrześcijan?

Gdy słyszymy takie „nowatorskie” nauczanie niektórych osób w Kościele, które podważa dotychczasowe nauczanie, ale nie w sensie rozwijania go, ale gdy widzimy sprzeczności – to trzeba odnieść się do wiary Kościoła, do nauczania, a przecież dziś mamy to niemal na kliknięcie. Myślę o Katechizmie Kościoła Katolickiego, który to w przystępny sposób przedstawia nauczanie Kościoła. Wymaga to od nas wszystkich, nie tylko teologów, wyrobienia w sobie nawyku sięgania do takich źródeł, wsłuchiwania się w racje, w argumentacje. Gdyby Kościół szedł drogą „przekazów partyjnych”, to nie rozwijałby wiary: powtarzano by zgodnie wyuczone formuły, ale rozumiałoby się to inaczej, nie byłoby przyswojenia tej prawdy, a w chrześcijańskiej wierze o to chodzi.

Apostołowie głosili jedną Ewangelie, ale w różny sposób, jedni szli do pogan, inni do Żydów… to samo głosili, ale w różny sposób. A i tak pojawiały się w pierwszych gminach stronnictwa, jeden uważał się za należącego do grupy Apollosa, inny św. Pawła…

Czy herezja relatywizmu, to tak jak herezja scjentyzmu pokłosie pychy? A może jest to po prostu pokłosie postawy Piłata, który zapytał Pana Jezusa „Czym jest Prawda?”, po czym nie czekając na odpowiedź zabrał się i poszedł?

W przypadku tej herezji stawiałbym nie tyle na pychę, która prowadzi do nadmiaru optymizmu, co widać w scjentyzmie, ale w moim odczuciu relatywizm to pokłosie rozpaczy, braku zaufania do prawdy. Chodzi o brak wiary, iż kiedyś dojdę do jasnego poznania sytuacji i iż poznanie prawdy jest dla mnie dobre… bo choć góry mogą być zakryte chmurami, to jednak kiedyś wiatr je przegoni i znowu zobaczę owe góry przed sobą. To, iż ich w danym momencie nie widać, albo iż prawda o nich jest trudno dostępna, nie znaczy, iż ich nie ma.

Najgorzej jak ktoś z takiej wady jaką jest rozpacz zrobi „cnotę” i postawę godną pochwały, jako rzekomy wzór do naśladowania. Ileż razy człowiek, gdy sobie z czymś nie radzi wykrzykuje, ze się nie da, a robi to tylko dlatego, ze ma trudność, iż nie chce isć dalej, nie szuka… Relatywizm to pogodzenie się z rozpaczą… zamiast walka o to, aby się jej nie poddać.

No i „last but not least”, choć może od tego powinienem był zacząć. Pan Jezus powiedział: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a duszy zabić nie mogą; ale raczej bójcie się tego, który i duszę, i cało może zatracić w piekle” (Mt 10, 28). Czy te słowa Zbawiciela były przestrogą przed relatywizmem?

To przestroga przed „otruciem” duchowym, które skupia się nie na tym, co najważniejsze, ale odwraca uwagę od kluczowych kwestii.

Św. Piotr pod Cezareą próbował „relatywizować” proroctwa o Mesjaszu, mówiąc do Jezusa: „Ciebie to nie spotka etc.” To nie do końca tak. Chrystus reaguje zdecydowanie: „Zejdź mi z oczu szatanie”. Warto sobie przypomnieć, ze w raju – jak czytamy w Księdze Rodzaju – też było „Ciebie / Was to nie spotka”, jak to próbuje wmówić pierwszym ludziom szatan w postaci węża zachęcając po sięgnięcie po owoc z drzewa rajskiego. To w jakiejś mierze konsekwencje relatywizacji drzewa życia… was to nie spotka, mówi wąż, a jednak spotkało. Piotr mówi do Chrystusa podobne słowa i dlatego ta identyfikacja jest tak mocna. Ale to przestroga, aby nie relatywizować prawdy, słów Ewangelii, ale przyjmować je z całym radykalizmem.

Bóg zapłać za rozmowę.

Tomasz D. Kolanek

Idź do oryginalnego materiału