Hałas bez sensu. Dlaczego Kowalskiego nie da się traktować poważnie?

12 godzin temu
Zdjęcie: Kowalski


W debacie o umowie UE–Mercosur Janusz Kowalski znów postanowił krzyczeć głośniej niż fakty. Poseł Janusz Kowalski ogłosił na antenie Radia Zet, iż „w ciągu dwóch lat ten rząd roztrwonił mniejszość blokującą”, a następnie dorzucił, iż Polską rządzą „jakieś kompletne fajtłapy”. To wypowiedź efektowna medialnie, ale politycznie pusta – kolejny przykład, dlaczego opinii Kowalskiego coraz trudniej traktować serio.

Zacznijmy od faktów, bo z nimi poseł PiS ma wyraźny problem. Umowa z Mercosur nie pojawiła się nagle „w ciągu dwóch lat”. To projekt negocjowany od ponad 20 lat, znany wszystkim rządom – także tym tworzonym przez Prawo i Sprawiedliwość. Gdy Kowalski mówi o „roztrwonionej mniejszości blokującej”, nie wyjaśnia, dlaczego przez osiem lat rządów PiS ta mniejszość była tylko tymczasowa, nietrwała i oparta bardziej na improwizacji niż realnych sojuszach.

Poseł PiS twierdzi, iż obecny minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski „nie przekonał choćby Łotwy”, bo jej premier poparł umowę. Problem w tym, iż dyplomacja nie polega na telefonie do Rygi dzień przed głosowaniem. Sojusze buduje się latami, a PiS przez lata skutecznie izolował Polskę w Unii Europejskiej, traktując Brukselę jak ideologicznego wroga. Kowalski dziś żąda efektów, zapominając, iż jego własna partia spaliła większość mostów.

Jeszcze bardziej absurdalna jest narracja o „kolegach Tuska i Sikorskiego” z Europejskiej Partii Ludowej, którzy rzekomo zagłosowali przeciw Polsce. To klasyczny przykład myślenia rodem z politycznego tabloidu: Unia jako zjazd partyjnych kolegów, a nie wspólnota państw kierujących się własnym interesem. Portugalia, Szwecja czy Finlandia nie głosują dlatego, iż „ktoś jest kolegą Tuska”, ale dlatego, iż ich gospodarki inaczej oceniają skutki umowy. Sprowadzanie tego do partyjnych sympatii świadczy raczej o intelektualnej dezynwolturze komentatora niż o realnej analizie.

Kowalski nie byłby sobą, gdyby nie spróbował wybielić rządów Mateusza Morawieckiego. „Jak Morawiecki był premierem, to nie było umowy z Mercosurem, ponieważ zbudował mniejszość blokującą” – przekonywał. To półprawda granicząca z manipulacją. Umowa nie weszła w życie nie dlatego, iż PiS ją trwale zablokował, ale dlatego, iż proces wciąż trwał, a Europa była zajęta innymi kryzysami. Nie było żadnego trwałego zwycięstwa – była tylko gra na czas.

Szczególnie groteskowo brzmi atak Kowalskiego na byłego ministra spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz, którego poseł PiS nazwał „intelektualną porażką”. To klasyczna metoda tej formacji: każdy, kto nie pasuje do aktualnej narracji, zostaje uznany za błąd systemu. Tyle iż Czaputowicz był ministrem w rządzie PiS, współodpowiedzialnym za politykę zagraniczną tego obozu. jeżeli był „porażką”, to porażką PiS – a tego Kowalski już nie dodaje.

W tle tej kakofonii krzyków ginie to, co naprawdę istotne. Obecny minister rolnictwa Stefan Krajewski jasno zapowiedział, iż Polska – jeżeli umowa zostanie ostatecznie podpisana – złoży skargę do TSUE, co może ją zablokować. To konkret, a nie radiowa tyrada. Ale konkrety są dla Kowalskiego mniej atrakcyjne niż obrażanie rządu i straszenie rolników wizją „zalewu towarów”.

Trzeba powiedzieć wprost: Janusz Kowalski mówi dużo, głośno i chaotycznie, ale kilka z tego wynika. Jego wypowiedzi są zlepkiem uproszczeń, półprawd i partyjnej propagandy. PiS, zamiast zaproponować realną strategię wobec Mercosur, wystawia kolejnego krzykacza, który myli analizę z inwektywą. A gdy polityk nie odróżnia jednego od drugiego, jego opinii naprawdę nie sposób traktować serio.

Idź do oryginalnego materiału