Są sytuacje, w których odpowiedzialny polityk powinien zamilknąć. Albo przynajmniej ważyć słowa. Dramat młodej policjantki z Piaseczna – według prokuratury zgwałconej przez pijanego przełożonego na terenie jednostki – do takich sytuacji bez wątpienia należy. Tymczasem Jarosław Kaczyński uznał, iż to dobry moment, by uderzyć w rząd. I zrobił to w sposób, który więcej mówi o nim samym niż o stanie państwa.
„W Piasecznie pijany dowódca z oddziałów prewencji policji miał na terenie jednostki zgwałcić młodą policjantkę” – napisał prezes Prawo i Sprawiedliwość na portalu X. Na tym mógłby poprzestać. Ale nie poprzestał. Poszedł dalej, sugerując polityczną odpowiedzialność obecnej władzy, „zmowę milczenia” i fikcyjność procedur. „Nadzór przełożonych? Procedury? Bezpieczeństwo kobiet? Fikcja” – dodał.
Problem polega na tym, iż niemal każde z tych zdań rozmija się z faktami.
Jak poinformowała Prokuratura Okręgowa w Warszawie, podejrzany policjant został natychmiast zatrzymany, usłyszał zarzuty zgwałcenia i zmuszenia do innej czynności seksualnej, został zawieszony w obowiązkach i tymczasowo aresztowany. Stołeczna policja uruchomiła postępowanie dyscyplinarne. Nie było zmowy milczenia, nie było zamiatania sprawy pod dywan. Była szybka reakcja instytucji państwa.
W jaki sposób Kaczyński powiązał ten dramat z rządem? Tego nie wyjaśnił. I właśnie w tym tkwi sedno problemu. Prezes PiS po raz kolejny zastosował swój ulubiony mechanizm: pojedyncze, bulwersujące zdarzenie potraktował jako dowód na systemową zapaść, za którą odpowiadają jego polityczni przeciwnicy. Bez dowodów, bez ciągu przyczynowo-skutkowego, bez elementarnej uczciwości.
To jest nie tylko niedorzeczne. To jest cyniczne.
Bo gwałt – jeżeli potwierdzi go sąd – nie jest „skutkiem rządów”. Jest przestępstwem popełnionym przez konkretnego człowieka. Nadużyciem władzy, alkoholu i zaufania. Próba przypisania tej zbrodni aktualnej ekipie rządzącej jest logicznie tak samo absurdalna, jak obarczanie rządu odpowiedzialnością za każde przestępstwo popełnione w Polsce. Państwo odpowiada za reakcję – i ta reakcja, w tym przypadku, była natychmiastowa.
Wpis Kaczyńskiego nie służy więc ani wyjaśnianiu sprawy, ani obronie kobiet, ani poprawie procedur. Służy wyłącznie politycznej narracji. Ofiara staje się w niej rekwizytem, a przemoc – argumentem w twitterowej wojnie. To szczególnie uderzające w ustach polityka, którego formacja przez lata marginalizowała problem przemocy wobec kobiet, atakowała ruchy kobiece i bagatelizowała kwestie praw reprodukcyjnych.
„Bezpieczeństwo kobiet? Fikcja” – pisze Kaczyński. Trudno o większą hipokryzję. To właśnie rządy PiS demontowały systemowe wsparcie dla ofiar przemocy, osłabiały zaufanie do instytucji i upartyjniały służby. jeżeli dziś mamy mówić o odpowiedzialności politycznej, to raczej w tym kontekście, a nie w doraźnym ataku na następców.
Styl tego wpisu jest zresztą charakterystyczny: seria pytań retorycznych, sugestie bez dowodów, emocjonalne skróty. To język nie analizy, ale oskarżenia. I to oskarżenia rzuconego w przestrzeń publiczną bez troski o skutki – także dla samej pokrzywdzonej, której tragedia staje się elementem partyjnej kampanii.
W tygodniku opinii wypada powiedzieć jasno: łączenie dramatu policjantki z bieżącą walką polityczną jest moralnie wątpliwe i intelektualnie nieuczciwe. Państwo nie zawiodło dlatego, iż władza się zmieniła. Zawiódł konkretny człowiek. A instytucje – wbrew sugestiom prezesa PiS – zadziałały.
Jarosław Kaczyński po raz kolejny pokazał, iż nie potrafi – albo nie chce – odróżnić odpowiedzialnej debaty publicznej od politycznego żerowania na cudzym nieszczęściu. A to już nie jest tylko kwestia stylu. To kwestia elementarnych granic, których przekraczać nie wolno.

1 dzień temu





