Gry w UPA

1 tydzień temu

Dni konferencji ws. odbudowy Ukrainy są w Gdańsku bardzo gorące. Nie sposób nie mieć otwartego okna, a co za tym idzie nie sposób nie słyszeć nieustannych syren różnych pojazdów uprzywilejowanych, nie sposób nie odczuwać swoistego odświętnego napięcia, związanego z międzynarodowym wydarzeniem. Nie sposób jednak pominąć także dyplomatycznego napięcia w postaci głębokiego kryzysu w relacjach polsko-ukraińskich, który – choćby jeżeli swoją iskrę znalazł w Kijowie – to w warszawskim Pałacu Prezydenckim natknął się na potoki benzyny.

Na kilka chwil przed rozpoczęciem Ukraine Recovery Conference w Polsce, której sens organizacji w naszym kraju zasadza się na zdobyciu przez polskie firmy szeregu kontraktów przy przyszłej odbudowie zniszczonego rosyjską agresją kraju, prezydent Karol Nawrocki odebrał prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu Order Orła Białego. Nie z błahego powodu, ale jednak najwyraźniej z żałośnie politykierskiej motywacji, związanej z polsko-polską wojną partii politycznych na wyniszczenie. Program SAFE, kontrakty na wielomiliardowe projekty infrastrukturalne czy miejsce Polski przy stole negocjacji przyszłego ładu Europy po zakończeniu wojny Rosji przeciwko Ukrainie – to wszystko jest Polsce potrzebne obiektywnie, dla naszego bezpieczeństwa, dobrobytu i wolności. Jednak Nawrocki nie może pozwolić, aby którykolwiek z tych celów mógł zostać osiągnięty jako sukces rządu Donalda Tuska. Interes prawicy w kalkulacjach prezydenta przebija interes kraju z zupełną łatwością.

Zełenski ponosi znaczną część winy za kryzys w relacjach. To polityk wybitny, ale tylko jak na realia XXI w., a w tych czasach liderzy myślący w długiej perspektywie po prostu się już chyba nie rodzą. Oczywiście, iż najpierw musi obronić kraj przed Moskwą, ale potem przychylność m.in. Warszawy będzie dlań czy dla następców na wagę złota, jeżeli Ukraina ma wejść do Unii Europejskiej, a nie utknąć na zawsze w szarej strefie pomiędzy strefami wpływów. Nadając jednostkom wojskowym nazwy warto więc nie prychać lekceważąco na wrażliwości (i choćby na przewrażliwienia) kluczowych sąsiadów.

Oczywiście, Zełenski i elity ukraińskie woleliby mieć inne UPA. Dla ugruntowania nowej tożsamości narodowej – a ta ma przede wszystkim być budowana w opozycji wobec Rosji i odrzucać wszelkie panslawistyczne naleciałości o rzekomej jedności etnicznej Ukraińców i Rosjan – przydatna byłaby im taka UPA, która walczyła tylko przeciwko Sowietom, w tym zwłaszcza już po wojnie z NKWD, o wolną i suwerenną Ukrainę. Ale równocześnie byłaby to UPA, która nigdy wcześniej nie podniosła ręki i nie dokonała ludobójstwa ponad 100.000 polskich cywilów. To byłaby fajna UPA, UPA wręcz idealna dla narodotwórczych procesów w XXI w. Niestety taka UPA nie istnieje. Jest tylko UPA, której bohaterstwo walki z komunizmem przychodzi wraz ze skazą antypolskich zbrodni i niewyobrażalnego okrucieństwa. Wyjąć jeden aspekt UPA poza jej całokształt to zadanie karkołomne choćby dla topowej polityki historycznej (czyli dla ekspertów żonglowania – aby nie powiedzieć brzydziej – historią). Wymagałoby to równoczesnej, a najlepiej uprzedniej ekspiacji narodowej za zbrodnię wołyńską, na co czas był przed 2014 r., ale nie został wykorzystany. Zabrakło demokratycznej dojrzałości oraz unifikacji tożsamościowej, bo to wtedy był przecież kraj rozpruty na pół pod względem samo-rozumienia – wschodnia Ukraina była bastionem Janukowycza i „łykała” opowieść o odwiecznej przyjaźni Rosji niczym pelikan.

To problem ukraiński, bez rozwiązania którego kraj ten, choćby słusznie, powinien mieć trudności z wejściem do Europy. Całe serce jest po ich stronie, gdy padają ofiarą rosyjskiego bestialstwa, ale to nie znaczy, iż UE potrzebuje wchłaniać kolejne ognisko tępego nacjonalizmu. Unia powinna być wspólnotą narodów, które potrafią krytycznie ocenić własną historię, a pochylenie głów i za zbrodnie wielkie (jak Holokaust), i te mniejsze (jak Vichy czy Jedwabne), i te będące gdzieś pomiędzy (jak Bengal czy Wołyń właśnie) jest dla nich oczywistością i aktem europejskiej oraz liberalno-demokratycznej dojrzałości.

Jednak ten smutny epizod ujawnia także polskie problemy. Polska jest dzisiaj chyba choćby światowym mistrzem polityki historycznej, która wchłonęła w swoje ramy prawie całą naszą politykę zagraniczną. To może być dla niektórych powód do dumy, bo przecież większość państw świata choćby nie zwróciłaby uwagi na nadanie przez inne państwo swojej wojskowej brygadzie takiej czy innej, kaprawej nazwy. Jednak w starciu z Polską na polu polityki historycznej Ukraińcy nie mieli szans. Czy oni nie wiedzą, iż my choćby potrafimy wytropić frazę „polskie obozy koncentracyjne” w jakiejś lokalnej nowozelandzkiej gazecie, uczynić z tego temat debaty publicznej na kilka dni oraz zasypać skrzynkę mailową tej gazety setkami tysięcy wiadomości? Kto, będąc przysłowiowym MSV Duisburg i grając z przysłowiowym Bayernem Monachium, atakuje bramkę przeciwnika wszystkimi graczami z pola? W takim meczu należy raczej przemyśleć każdy krok i modlić się o 90. minutę…

Jednak mistrzostwo w polityce historycznej przynosi ze sobą słabość w wielu innych politykach, zatem to jest bardziej problem niż powód do radości. Polska w XVIII w. żyła realiami wieku XVII, swoją ówczesną potęgą i glorią Sobieskiego pod Wiedniem, tak iż nie zauważyła późniejszego rozkładu i widma zaborów. W XIX w. Polska żyła krzywdą owych zaborów i owe zdarzenia epoki dynastycznej wplotła w nową epokę nacjonalizmów, uznając się za „Chrystusa narodów” skazanego na zmartwychwstanie, wobec czego nie zauważyła, iż metodą powstania nie pokona trzech spośród sześciu największych potęg ówczesnej Europy. W XX w. Polska żyła martyrologią i etosem tych powstań i nie zauważyła, iż sanacyjna idea zderzenia się przy pomocy konia i szabli z Blitzkriegiem jest złą strategią. Dzisiaj Polska żyje swoimi krzywdami z XX w. i nie zauważa… nie wiem i wolę nie myśleć czego. Ale to coś nadchodzi… To z nami czyni polityka historyczna.

Eskalacja konfliktu z Ukrainą wokół nadania oddziałowi wojska imienia „bohaterów UPA” powinna być eskalacją kontrolowaną. Trzeba mieć zrozumienie dla emocji społecznych – poza dyskusją jest fakt, iż wyraźna większość Polek i Polaków poparła odebranie orderu Zełenskiemu, zatem demokratycznie był to ruch bez zarzutu. Jednak te emocje zostały wcześniej odpowiednio przygotowane i wzmożone długimi latami przedkładania polityki historycznej nad każdą inną politykę. Moją sugestią nie jest machnąć ręką na brudzenie się ukraińskiej tożsamości narodowej w złych wzorcach. Ale uwzględniać więcej aspektów niż tylko politykę historyczną.

Można było zagrozić odebraniem orderu, co Nawrocki zrobił, zebrać kapitułę, co także nastąpiło. Byłoby to mocne zaznaczenie polskiej niezgody, złości, krzywdy i bólu, spowodowanych decyzją Zełenskiego. To byłoby nasze non possumus i to donośne – media, nie tylko w obu naszych krajach, o sprawie donosiły intensywnie już na tym etapie. I następnie – zamiast order odbierać – ogłosić, iż jednak odebrany nie zostanie. Ale nie dlatego, iż Zełenski przez cały czas na niego zasługuje, a dlatego iż – jak zaznaczył przecież Andrzej Duda order przyznając – Zełenski był tylko reprezentantem faktycznie odznaczonych, czyli bohaterów ukraińskiej obrony przed rosyjską agresją w 2022 r. A przecież ich bohaterstwo pozostaje aktualne, chyba ta ocena się nie zmienia? Narracja byłaby więc taka, iż Zełenski stracił w naszych oczach pozycję godnego odznaczenia Orłem Białym, ale realnie odznaczeni frontowi bojownicy, broniący tam także Polski, pozostają orderu godni. Gdyby wówczas Zełenski uniósł się dumą i order odesłał, to cała kompromitacja poszłaby na jego konto. Wilk polskiej dumy narodowej byłby chyba syty, ale i dyplomatyczna owca byłaby w miarę cała.

Bezpieczeństwa narodowego Polski nie można już (jak chce prawica) opierać na jednym sojuszniku, który na gwałt w tej chwili wycofuje swoje siły z Europy, obcina wydatki na obronę sojuszników i posiada psychicznie niezrównoważonego prezydenta, który neguje sojusz z Europą i zmienia zdanie w fundamentalnych sprawach co kilka dni, a czasem choćby co kilka godzin. Trzeba je oprzeć na jak największej liczbie demokratycznych partnerów, zwłaszcza na krajach bliskich nam geograficznie. A pośród nich potencjalnie najważniejszym i najcenniejszym sojusznikiem może się okazać zaprawiona w bojach Ukraina. Dodatkowo konkretny zastrzyk dla polskiej gospodarki mogą przynieść umowy na odbudowę ukraińskiej infrastruktury, na co prawdopodobnie popłyną europejskie środki, a może choćby i amerykańskie decyzją przyszłego prezydenta USA z partii Demokratów. Zarówno polskie bezpieczeństwo narodowe, jak i dobrobyt materialny Polski kolejnego pokolenia są zadaniami i celami ważniejszymi niż pamięć o polskich ofiarach z XX w.

Już słyszę histerię wywołaną przez poprzednie zdanie. Stop! Nie twierdzę, iż historia, ofiary, cierpienia, pamięć i zbudowana na nich polska tożsamość narodowa są nieważne. Są TAKŻE ważne. ale gdy wchodzą w konflikt (szkoda, iż taki konflikt się w ogóle pojawia) z bezpieczeństwem narodowym i dobrobytem Polski, to nie stanowią priorytetu. Tymczasem polscy politycy, z prezydentem Nawrockim na czele (cóż, to historyk, były dyrektor Muzeum II Wojny Światowej i prezes IPN) właśnie z pamięci historycznej czynią priorytet wyższy od choćby bezpieczeństwa narodowego. Na to nie możemy się godzić i liberalna część polskiej opinii publicznej się na to po prostu nie zgodzi. Zamordowanym przez UPA 80 lat temu nie możemy pomóc (możemy zapewnić godny pochówek i upamiętnienia i to zrobimy już niedługo, ale to wszystko, co możemy). Natomiast nasze dzieci i wnuki możemy uchronić przed tragedią wojny i możemy zapewnić im życie w dobrobycie i bogactwie. I to zrobimy przede wszystkim innym! Mamy rok 2026, przepowiednie nowej wojny za kilka lat kursują wokół nas. Powoli więc należy nam, mimo wszystko, zamknąć rozdział, w którym żyliśmy naszymi narodowymi krzywdami wieku XX i zwrócić się całą naszą uwagą i zaangażowaniem ku dzisiaj i ku jutrze.

Fot. Wikimedia Commons

Idź do oryginalnego materiału