Graban: Kult metalowca wiecznie żywy

myslpolska.info 7 godzin temu

Stocznia Gdańska – kolebka Solidarności, chluba Gdańska, Polski, a może choćby miejsce ważne dla historii świata od 4 lat w pierwszych dniach czerwca staje się miejscem organizacji jednego z ważniejszych festiwali heavymetalowych Europy.

Za nami kolejna edycja tej imprezy, która jak co roku wywołuje spore kontrowersje, gromadząc dziesiątki tysięcy fanów ciężkiego brzmienia z całego świata, choć jak zapowiedzieli organizatorzy, impreza po raz ostatni odbywała się w tym niezwykłym miejscu i otoczeniu.

Trochę szkoda. Trudno nie dostrzec bowiem ciekawej zależności estetycznej pomiędzy symboliką muzyki metalowej a industrialnym otoczeniem. Nie wiem czy organizatorzy, a z drugiej strony wykonawcy grający w otoczeniu zabytkowych dźwigów, magazynów i hal produkcyjnych w pełni są świadomi skojarzeń estetycznych, których doznają odbiorcy tego unikalnego wydarzenia. Polscy metalowcy trafnie odczytali jednak tą zależność, skoro już kilka lat temu wpadli na pomysł by wykorzystać ustanowione w 1964 roku przez premiera PRL, Józefa Cyrankiewicza „święto metalowca” jako wyraz jego uznania dla pracowników przemysłu metalurgicznego i hutniczego jako datę celebracji własnej muzyki w dniu 29 marca. Stąd organizują festiwale i koncerty w industrialnych wnętrzach, które podkreślają historyczne korzenie święta.

Z drugiej jednak strony z celebracji tej przebija nuta nostalgii, iż miejsce o znaczeniu historycznym, w którym narodziła się Solidarność staje się obszarem beztroskiej, chwilami bałwochwalczej zabawy. Do jej bluźnierczego charakteru naznaczonego typową dla heavy-metalu symboliką antyreligijną, podobnie jak przesadzonej rekcji kościoła na to wydarzenie przejdę później. Z punktu widzenia założeń niniejszego artykułu interesować mnie będzie jednak bardziej pogłębiona wymowa tutejszej estetyki zabawy postrzeganej w myśl kanonów kultury ponowoczesnej – jako zastąpienie bądź ekwiwalent dawnej etyki pracy typowej dla gospodarki industrialnej z niegdysiejszym kultem robotnika bądź przodownika pracy. Głównym i jednocześnie pierwszym dziełem polskiej kinematografii opisującym fenomen tego kultu w sposób karykaturalny był „Człowiek z marmuru” Andrzeja Wajdy z niezastąpioną postacią Birkuta, posiadający kontynuację sagi w postaci „Człowieka z żelaza” – którego akcja rozgrywa się już w Stoczni Gdańskiej. Może z powyższej perspektywy zasadne byłoby pytanie zadane Birkutowi (a także uczestnikom protestów robotniczych na Wybrzeżu: Annie Walentynowicz, Andrzejowi Gwieździe, Lechowi Wałęsie) czy byliby zadowoleni z faktu, iż w Gdańsku nie produkuje się już statków, a w miejsce odgłosów stalowni dochodzą riffy kapel „metalowych”?

Nostalgia za upadkiem przemysłu stoczniowego

Dotykamy tutaj kwestii istotnej, której nie zauważa w swoim filmie Wajda. Opisywany przez niego proces jest bowiem nie tylko przejawem walki z komunizmem i blokiem sowieckim, któremu sugestywnie wypowiada wojnę Andrzej Gwiazda w kluczowych ustępach filmu w ramach prowadzonych rozmów komitetu strajkowego, co bardziej symptomem szerszej przemiany kulturowej związanej z ideologią postindustrialną znamionującą upadek przemysłu ciężkiego w Europie, a w tym w Polsce. Przypomnijmy tylko, iż nasz kraj był kiedyś wiodącym producentem statków i tego chyba się wstydzić nie należy. Z kolei na temat skutków pośpiesznie realizowanej w Europie polityki deindustrializacji w imię celów klimatycznych i nowych modnych ideologii Matrixa nie trzeba chyba nikogo przekonywać, ani też o tym, iż wskutek tych „reform” Zachód chyba już raz na zawsze utracił swe przodownictwo na rzez Azji.

Proces ten można interpretować w kategoriach filozofii postmodernistycznej przez pryzmat nostalgii i poczucia żalu za światem dawnych norm, wartości i bycia na serio, który przeminął bezpowrotnie. Transformacja dawnego kultu metalowca jako pracownika ciężkiej pracy w kierunku zgodnym z estetyką heavy-metalową posiłkuje się dualizmem przedmiotu i jego obrazu jako odklejonego znaku bądź skojarzenia zgodnie z zasadami semiologii Rolanda Barthesa. To co kiedyś było rzeczywistym zasobem gospodarczym tj. budowa statków, dźwigi, doki i hale produkcyjne dziś podlega celebracji symbolicznej, czyli wtórnej w formie cyrkulacji znaków budujących nasze skojarzenia. Rozwija się zatem przemysł rozrywkowy, komercja, turystyka kulturowa, muzealnictwo ze swoimi rekwizytami przeszłości, knajpy i w końcu koncerty. Zabawa na całego. W tej atmosferze zmierzchu cywilizacji zgodnie z ponowoczesnym bricolagem prawdę zastąpił pozór, produkt – odpady, dzieło sztuki – kicz, bo przecież trudno zaprzeczyć, iż muzyka heavymetalowa jest estetyką kiczu, kultem bałwochwalstwa. A jednak to kult kiczu niezwykle adekwatny do wyzwań naszych czasów i miejsc podobnych do tych co stocznia w Gdańsku, pomimo tragiki sytuacji rozgrywającej się na naszych oczach.

Kościół mobilizuje zastępy

Stąd też i „walka” z tak rozumianym kiczem powinna zachować – wedle mnie – wszelkie proporcje; by nie paść ofiarą analogii do Don Kichota walczącego z wiatrakami. Piszę o tym dlatego, iż od kilku lat Mystic Festival rodzi kontrowersje ze strony środowisk religijnych czy NSZZ Solidarności, które raczej są wyzbyte postmodernistycznej nuty ironii i poczucia humoru, do których często w artykule się odwołuję. Podobnie w tym roku festiwal wzbudził protesty organizacji religijnych z powodu udziału zespołów uważanych za prowokacyjne wobec symboliki chrześcijańskiej (Rotting Christ, Hostia, Marduk czy nasz Behemoth), zbierano podpisy, organizowano petycje. Wszyscy przecież znamy obrazoburczą symbolikę kapel metalowych: pentagramy, odwrócone krzyże, okultyzm, apologia przemocy, wojny, zło etc., etc.

Swoją drogą trzeba uczciwie przyznać, iż podobne symbole obecne są u wielu myślicieli katolickich (np. Josepha de Maistre) i tradycjonalistycznych (nie mówiąc już o tradycjonalistach integralnych w stylu Juliusa Evoli), którzy w ramach swej ekspresji literackiej epatują mistycznymi motywami zepsucia, zgnilizny, a także przemocy i doświadczanego zła jako kar za grzechy, pokuty, ekspiacji, piekła i tortur św. Inkwizycji w duchu apokaliptycznym, a nie płytkiego, banalnego optymizmu w stylu współczesnych dobrotliwych organizacji chrześcijańskich jak „Światło i Życie” bądź „Polski Katolickiej, nie laickiej”, która jest organizatorką ostatnich protestów. Wspomnę tylko, iż u de Maistre’a apologia kata przyjmuje wręcz rodzaj obsesji, co z całą pewnością przypadłoby do gustu polskiemu zespołowi metalowemu noszącemu to dumne imię (pomimo tego, iż Roman Kostrzewski – świeć Panie nad jego duszą – już nie żyje).

Nie taki diabeł straszny

Ale pisząc już zupełnie na serio – twierdzę, iż Kościół katolicki nie powinien marnować swego czasu w walkę z heavy-metalem, z jednego prostego powodu: ponieważ heavy-metal na to nie zasługuje. To wróg zbyt słaby, zbyt kiepski i zbyt tekturowy, by zasłużyć sobie na godne miano wroga w myśl postawionej przez „Polskę Katolicką, nie laicką” na ostrzu noża alternatywy: Bóg – Szatan. Wizerunek Szatana u metalowców to raczej efekt wyparcia idei Boga (by użyć terminu Freuda) wywołanego żalem za niespełnione nadzieje, zatem poprawka, a w rzeczywistości podróbka Pana Boga. Wyznawcy tego gatunku przywiązani do swych idoli i zabawek – podobnie zresztą jak wszyscy rockmeni – miewają problemy z dorośnięciem. Prawidłowość tą dobrze obrazuje klip hardrockowej grupy Lordi, w którym dziewczynka rysuje swoich idoli w zeszycie i zatapia się w marzeniach na temat bajkowych potworów, które bronią ją od reszty klasy. Ten syndrom Piotrusia Pana nie musi być oczywiście regułą i nie chcę nikogo obrażać, jednak w subkulturze metalowców szczególnie widoczne są „dorosłe dzieci, które mają żal” – parafrazując znane słowa piosenki Turbo, zespołu, który również był wykonawcą tegorocznego festiwalu. Uwierzcie, znam osobiście fanów tego gatunku, daleko im do jakiś satanistycznych predylekcji na serio. To osoby o łagodnym, często wręcz naiwnym usposobieniu, które heavy-metalowe gadżety przeplatają z fascynacją dla Gwiezdnych Wojen czy tolkienowskiego Władcy Pierścienia, a może i japońskich filmów o potworach.

Powiem więcej – iż w tej płytkości widzę problem współczesnych młodych ludzi, którzy epatują taką zniewieściałą i banalną osobowością. Metalowcom daleko do waleczności skinheadów z lat 80-tych, którzy w imię swych idei zdolni byli spuścić łomot na serio. Widok skinheada budził blady strach na koncertach, stadionach i ulicach wielkich miast. Na ich tle metalowcy to ludowy diabełek Boruta, który starszy dzieci w jasełkach. Wystarczy zerknąć na te trupie czachy z bijące katan bądź płyt wykonawców gatunku, nasuwające skojarzenia do tanich hollywoodzkich horrorów klasy C. Czy boimy się horrorów na serio? Czy komuś przyszłoby do głowy by oskarżać reżyserów horrorów o satanizm bądź apologię okrucieństwa? Tym bardziej tą ścieżką niech nie podąża Kościół Powszechny dla powagi swego urzędu. Kicz kieruje się swoim prawem i kiczem zostanie, nie warto się zniżać do jego poziomu.

Może i w głowach niektórych metalowców, a bardziej organizatorów (przestraszonych kruchością własnego stanowiska) świta czasem myśl by zamieszać na serio, a może i sprowokować przeciwnika (w tym wypadku środowiska kościelne), wykorzystując przy tym naiwność metalowców, którymi sterować jest wszak łatwo. To w tych kategoriach postrzegałbym nieprzypadkowy według mnie wybór daty wydarzenia pokrywający się z okresem obchodów Uroczystości Bożego Ciała. To akurat jest kwestia niebanalna, bo muzyka jest głośna, stąd słyszalna w promieniu całego śródmieścia Gdańska, tymczasem Boże Ciało jest jedynym świętem katolickim celebrowanym w przestrzeni otwartej. Mało przekonująco brzmią w tym kontekście tłumaczenia organizatorów (Arkadiusza Hronowskiego w imieniu Mystic Coalition), iż data jest stała i zawsze obejmuje pierwsze dni czerwca. Nie sądzę by naprawdę wyczerpano wszystkie możliwości wariantu alternatywnego, tym bardziej, iż w zeszłym roku impreza nie odbywała się w tym samym tygodniu co Boże Ciało, a i w przyszłym też będzie to inny termin. Raczej komuś zależało na zrobieniu rabanu, wykreowaniu się jako ofiary katolickiej Polski, podobnie jak na motywie tym popularność od lat zbija Nergal rozdzierający na swych koncertach biblie na strzępy, pomimo tego, iż jego teksty odwołują się do wątków Świętej Księgi.

I już kończąc artykuł przyznam, iż dane mi było uczestniczyć w koncertach kilku edycji Mystic Festivalu, które odbywały się w gdańskiej stoczni w ostatnich latach, co dostarczyło wielu niezapomnianych wrażeń, tym bardziej, iż w młodości grałem taką muzykę. Stąd też moje uwagi, którymi podzieliłem się w niniejszym artykule z czytelnikiem wraz ze skojarzeniami na temat dziedzictwa kulturowego stoczni jako takiej. Po prostu jest czas na zabawę, ale jest też czas na bycie na serio. Tak też oceniam udział w koncertach tego rodzaju muzyki, iż nie warto dorabiać do nich ideologii, bo coś co jest tanią rozrywką na ideologię nie zasługuje. W piciu piwa w pubie też nie ma żadnej ideologii, nie jesteśmy też dumni z faktu, iż wychylimy piwo, tym bardziej, iż następnego dnia można mieć kaca. Z tego jednak nie wynika, iż tak błahej czynności należy wypowiadać jakąś walką na śmierć i życie. Tym bardziej, iż zakazany owoc lepiej smakuje.

Reasumując, chciałem jedynie troszkę ostudzić emocje, które narosły wokół kolejnej edycji święta ciężkiego grania, które w ostatnich dniach zgromadziło dziesiątki tysięcy fanów z Europy i całego świata w postindustrialnej scenerii stoczni gdańskiej. Środowiska religijne nie muszą się frapować tym wydarzeniem, bo to zwykła igraszka. Są naprawdę problemy ważniejsze i dla Polski, i dla Europy i dla zachodniej kultury trapionej rozległym kryzysem wartości. Ten kryzys to brak sił witalnych, zaś popkultura i heavy-metal – raczej skutki, objawy tego kryzysu, nie zaś jego przyczyny ani tym bardziej wrogowie, wobec których należy mobilizować zastępy. o ile naprawdę chcemy zamanifestować tu własne stanowisko – walczmy raczej o to, by Stocznia była miejscem produkcji statków a nie muzyki metalowej. Bo to akurat jest kwestia istotna.

Michał Graban

Fot. profil mystic festiwal na fb

Myśl Polska, nr 25-26 (21-28.06.2026)

Idź do oryginalnego materiału