Spór między Kamilą Gasiuk-Pihowicz a Dariuszem Mateckim wywołał falę oburzenia, ale tylko na pierwszy rzut oka dotyczy on stylu wypowiedzi. W rzeczywistości jest to kolejna odsłona dużo poważniejszego konfliktu: o odpowiedzialność polityków za nadużycia władzy, o granice hipokryzji i o to, kto ma prawo oburzać się na „poziom debaty publicznej”.
Gasiuk-Pihowicz w swoim wpisie w mediach społecznościowych rzeczywiście użyła ostrego języka, wulgarnie przekręcając nazwisko posła PiS. Zapytała: „Czy podczas narady w Jeruzalu, gdy z resztą grupy przestępczej dzieliliście pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości, był Pan zwolennikiem zakupu kampera dla fundacji żony kolegi?”. Sformułowanie „poseł Szmatecki” nie jest subtelne, ale nie ono jest istotą tej wypowiedzi. Sednem jest pytanie o realne mechanizmy dystrybucji publicznych pieniędzy, które od lat budzą poważne wątpliwości.
Matecki zareagował klasycznie: nie odnosząc się do meritum, tylko do formy. „Tak samo nie odpisuję Jackowi Murańskiemu, a Kamila Gasiuk-Pihowicz to jest taka ‘postać znana’ tylko, iż w spódnicy. Ten sam poziom, nie będę się do tego poziomu zniżać” – stwierdził. W tej odpowiedzi zawiera się cała strategia polityków PiS: unikać odpowiedzi na pytania o konkretne afery, za to budować narrację o rzekomym „hejcie” i „agresji drugiej strony”.
Problem w tym, iż Matecki nie jest zwykłym użytkownikiem Twittera, który może pozwolić sobie na moralną obrażalskość. Jest politykiem formacji, która przez lata uczyniła z języka pogardy i insynuacji podstawowe narzędzie komunikacji. Gdy PiS atakował sędziów, dziennikarzy czy opozycję, nikt nie mówił o „standardach debaty”. Teraz, gdy padają pytania o Fundusz Sprawiedliwości, nagle pojawia się ton urażonej niewinności.
Gasiuk-Pihowicz nie atakuje Mateckiego dla sportu. Od lat zajmuje się praworządnością i mechanizmami nadużyć władzy, zarówno w Polsce, jak i w Parlamencie Europejskim. Jej wpis jest brutalny w formie, ale logiczny w treści: skoro politycy PiS są wiązani z systemem, w którym publiczne pieniądze trafiały do zaprzyjaźnionych fundacji, to pytanie o „kampera dla fundacji żony kolegi” nie jest hejtem, tylko skrótem myślowym opisującym patologię.
Matecki próbuje sprowadzić sprawę do poziomu osobistej zniewagi. To wygodne, bo pozwala uniknąć rozmowy o faktach. Zamiast odpowiedzieć, czy brał udział w spotkaniach dotyczących podziału środków z Funduszu Sprawiedliwości, mówi o „poziomie” i „niezaniżaniu się”. W praktyce oznacza to polityczną ucieczkę – dokładnie taką samą, jaką obserwowaliśmy przy kolejnych aferach poprzedniej władzy.
Można dyskutować, czy Gasiuk-Pihowicz powinna używać takiego języka. Ale trudno udawać, iż problemem jest słowo „Szmatecki”, a nie to, co ono przykrywa. W polskiej polityce przez osiem lat obowiązywała zasada bezkarności: jeżeli jesteś po adekwatnej stronie, możesz wszystko, a jeżeli ktoś cię krytykuje, to jest „hejterem”, „postacią znaną” albo „wrogiem narodu”.
W tym sensie reakcja Mateckiego jest wręcz podręcznikowa. Zamiast odpowiedzieć na pytanie, obraża się i stawia się w roli ofiary. Gasiuk-Pihowicz robi coś odwrotnego: mówi wprost, brutalnie, bez owijania w bawełnę. Jej styl może razić, ale przynajmniej nie udaje, iż nic się nie stało.
Ten spór pokazuje też coś więcej: zmianę reguł gry. Politycy PiS przyzwyczaili się, iż nikt ich nie rozlicza, a niewygodne pytania można zbyć moralizatorskim gestem. Dziś to już nie działa. Gasiuk-Pihowicz, choćby w ostrej formie, reprezentuje nowy standard: nie ma świętych krów, są tylko pytania o pieniądze, władzę i odpowiedzialność. I to właśnie jest dla Mateckiego naprawdę niewygodne.

2 godzin temu






