Jest taki rodzaj paradoksów, które aż proszą o doszukiwanie się logiki w swojej treści, takich pozornych sprzeczności. Zgodnie z obserwacją filozofa Ryszarda Legutko, świat tradycji wyzwalał różnorodność artystyczną w stopniu znacznie większym niż świat domniemanej wolności artystycznej.
Ten ostatni unormował dekonstrukcję, zanudził prowokacyjnością, oswoił z pozorną zupełnie odwagą wyrażającą się w estetycznej dewastacji tego co tradycyjne i sakralne, przyzwyczaił do jednokierunkowej kontestacji, sprzeciwił się czarno-białej wizji świata przez operowanie najbardziej skrajnymi odcieniami czerni. Analogia do skutków globalizacji jest uzasadniona z tej przyczyny, iż szermując hasłami o różnorodności jej piewcy faktycznie przyczynili się do ujednolicenia światowych metropolii w stopniu historycznie niespotykanym.
Znamy z przeszłości różne formy ekspansji terytorialnej i kulturowej. Oczywiście, tą klasyczną był imperializm, który jednak z czasem uległ przeobrażeniom, znajdując wyraz w próbach budowy form imperialnych, ale bez tradycyjnie rozumianego imperium. Istotnym wyrazem tych ostatnich były niemieckie koncepcje „Weltpolitik” czy „Mitteleuropa” (miała być to forma federacji pod niemieckim przywództwem), ale też „Grossraum” Carla Schmitta. Ten ostatni opisywał strefę wpływów niemieckich, na którą składają się państwa formalnie niezależne – faktycznie oznaczało to, rzecz jasna, przerzucenie na nie kosztów. Znaczny wpływ na myślenie o ekspansji ekonomicznej miały poglądy Rudolfa Kjelléna (twórca pojęcia „geopolityka”) czy Karla Haushofera – zakładały one wykorzystanie z pozoru neutralnych prywatnych przedsiębiorstw.
To co odróżnia globalizację od znanych z przeszłości form ekspansji terytorialnej i kulturowej jest zmiana podmiotów wykonawczych – konkurencjami dla państw są już nie tylko inne państwa, ale także (albo – przede wszystkim) wielkie światowe korporacje, a najważniejsze funkcje z perspektywy światowego porządku zaczęli pełnić ludzie równie przezroczyści, jak szyby wieżowców, które są ich siedzibami.
Pod płaszczem emocji
Pod powierzchnią toczonych często w emocjonalnym tonie i spłyconych dyskusji na temat rozmaitych zjawisk społecznych kryją się wymiary porzucone w debacie nie dlatego, iż ktokolwiek uważa je za nieistotne, ale z tego powodu, iż rozpalają raczej głowy studentów niż emocje społeczne.
Czytałem kiedyś rozmowę z pewnym antropologiem kultury zajmującym się badaniem plemion żyjących w dżungli. Fascynującym się kulturową odmiennością od świata cywilizacji zwolennikom poglądu o równości w różnorodności i odmienności przedstawił on argument: po zaprowadzeniu członków plemienia do dużego europejskiego miasta największą ochotę mieli oni na zjedzenie obiadu w McDonaldzie. Można by z tego wyprowadzić wniosek: inspirujemy się kulturami odmiennymi od naszej i poznajemy je, ale jak przychodzi podjąć wybór to bez wahania decydujemy się na to co zachodnie. Jest to wniosek, który na pewno spodobałby się piewcom globalizacji.
Podobne argumenty, odwołujące się – co warto podkreślić – do jak najbardziej prawdziwych zdarzeń i danych, a zarazem oddziałujące na emocje i skutkujące przefiltrowaniem wiedzy przez układ nerwowy padają z ust przeciwników globalizacji.
Z prawej strony formułowane są obawy o to, iż „globalna wioska” prowadzi do wyzucia z tożsamości, zatracenia tego co lokalne i – wobec realnego braku propozycji tożsamości alternatywnej – pozostawia swoich mieszkańców w pustce. Tradycyjnie podnoszone są też obawy o bezpieczeństwo wywołane masową migracją. Z lewej strony akcentuje się natomiast wywołany globalizacją wzrost rozwarstwienia społecznego, czyli – najkrócej rzecz ujmując – doprowadzenie do sytuacji, w której bogaci są coraz bogatsi a biedni coraz biedniejsi.
Jednocześnie przekraczanie granic państw i mieszanie się kultur wiąże się dla lewicy z nadzieją na przełamanie homogeniczności tradycyjnych społeczeństw i ich kulturowym wzbogaceniem. Jest to nie tylko myślenie życzeniowe, ale też – w moim przekonaniu – odwołujące się do emocji: w tym przypadku niechęci do tradycyjnie rozumianego narodu jako zbiorowości, której samo istnienie rodzi konflikty i przemoc.
Krzysztof Środa, mąż filozof Magdaleny Środy opowiadał kilka lat temu w rozmowie z „Newsweekiem” o trudnych początkach swojej relacji z imigrantem: „Mojego Czeczena znałem już pięć dni, gdy uznałem, iż mogę go wpuścić do domu. Poznałem już jego uśmiech, jego oczy. A mimo to postanowiłem, iż będę spać na antresoli, bo z góry łatwiej się bronić, co było do bólu naiwne, bo przed Czeczenem, który przeżył w górach wojnę, nie obroniłbym się nawet, gdybym spał na wieży Eiffla. Niby już mu ufałem, ale na wszelki wypadek zabrałem ze sobą nóż. Mam taki zabytek z II wojny, nóż niemieckich spadochroniarzy, taki do zabijania ludzi. Minęło kilka miesięcy i mówię mojemu Czeczenowi: „Pamiętasz, jak u mnie spałeś pierwszej nocy? Miałem wtedy nóż pod poduszką”. Uśmiechnął się i powiedział: „Ja też””.
W takim ujęciu podstawowym problemem staje się przełamanie strachu przed obcym. Ta perspektywa, skądinąd pociągająca społecznie – jak się wydaje, w większości ludzi istnieje pewne napięcie między pragnieniem stabilności i trwałości a odkrywaniem nieznanego – spycha na plan dalszy refleksję nad realnością i nieredukowalnością odmienności kulturowych. Utożsamia ona także wyrozumiałość nakazującą przyjmować ludzi „do swojego domu” ze zrozumieniem odmienności – a przecież to ostatnie prowadzi często nie tyle do, utożsamianego z „fobią”, wniosku, iż kogoś należy się bać, ale do konkluzji o różnicach kulturowych, tak głębokich i tak wielopłaszczyznowych, iż niemożliwych do zniwelowania.
Na mniej emocjonalne tory, jak to zwykle bywa, przekierowuje poszerzenie horyzontu – w wymiarze nie tylko metaforycznym, ale także geograficznym. To tylko wydobędzie dyskusję z zaklętego labiryntu strachu i fascynacji, obaw i zachwytu. Tak, lewica ma rację, iż należy poznawać i próbować zrozumieć. Nie, lewica nie ma racji przekonując, iż wnioskiem z poznawania i próby zrozumienia jest budowanie wielokulturowego społeczeństwa.
W podważającym środowiskowe dogmaty o „biednych ludziach, szukających swojego miejsca na Ziemi” tekście pod znamiennym tytułem „Rodziny z dziećmi, wykształcona Afganka, ciężarna kobieta – osoby takie, jak w filmie Holland, są na granicy wyjątkami” Małgorzata Tomczak pisała: „Aktywiści, a więc i opierający się tylko na ich relacjach dziennikarze i twórcy, mówią o tym niechętnie. „Migrant”, zwłaszcza „ekonomiczny”, funkcjonuje w dyskursie jako rodzaj prawicowej obelgi. Żeby ją równoważyć, narracja humanitarna nazywa wszystkich „uchodźcami” i na argument „w Egipcie nie ma wojny”, odpowiada: „tu mamy konkretne osoby prześladowane politycznie, a tu z powodu orientacji seksualnej”. To też mogą być „uchodźcy”, mamy przykłady, dyskusja zamknięta. A iż są to wyjątki od reguły, bo większość osób migruje z takich państw właśnie z powodów ekonomicznych? Niestety, to zbyt zbliżone do prawicowej propagandy, nie do przełknięcia dla mainstreamowego odbiorcy, więc po prostu to pomijamy”.
Przywołuję ten fragment jako cenny przykład wypowiedzi osoby o lewicowych przekonaniach, pełnej troski o los migrantów, a jednak – na skutek poznania i obserwacji – mocno sceptycznej wobec ich niekontrolowanego przemieszczania się do państw europejskich. Dodajmy, iż ludzie z innych kultur są w tekście opisani powierzchownie i przy pomocy ogólników – wniknięcie w kultury, z których się wywodzą prawdopodobnie znacznie uskrajniło by tezy autorki. Co ważne, nie chodzi tu o argumenty standardowo niejako przedstawiane w takim kontekście, czyli pochodzenie z „kultur gwałtu” czy wielokrotnie przewyższającą europejskie normy przestępczość migrantów – już choćby na poziomie myślenia i postrzegania świata różnice są kolosalne.
Człowiek nie jest szklanym wieżowcem
Brytyjski filozof Roger Scruton, polemizując z ideami multikulturalizmu, przeciwstawił pojęcia agregacji i akulturacji, opisując sposoby włączania imigrantów do społeczeństwa.
Agregacja polega na tworzeniu kilku równoległych zbiorowości, których kultury funkcjonują na równych prawach, ich podstawy są włączane do programu nauczania w szkołach. Kultura kraju, do którego przybyli imigranci zostaje zmuszona do wycofania się z roli dominującej. Mieszkańcy państwa, w którym dokonała się agregacja przypominają uczestników świata, który jak dotychczas był jedynie obiektem obserwacji antropologów kultury, badających różne obszary Ziemi. Taki program scalenia kultur prowadzi, rzecz jasna, do rozwarstwienia kulturowego i konfliktów – rzeczywistość po agregacji przypomina drogę zajętą przez kierowców, z których każdy nauczył się innych przepisów ruchu drogowego. Rzeczywistość po agregacji jest, jak budynek postawiony przy użyciu dziesięciu różnych materiałów – pozornie interesujący, faktycznie grożący zawaleniem.
Różnica między antropologiem kultury a człowiekiem funkcjonującym w świecie współistnienia kultur o całkiem nieraz sprzecznych wartościach jest mniej więcej taka jak między stadionowym reporterem opisującym meczowe oprawy przygotowywane przez członków grup kibicowskim a osobą, która co kilka dni zmienia klub, któremu kibicuje.
Akulturacja to próba adaptacji ludzi przybyłych do nowego kręgu kulturowego. Nie oznacza to inwazyjnego ukierunkowywania przybyszów na coś całkowicie nieprzystającego do ich obyczajów, ale raczej pracę nad stworzeniem mającego swoją genezę w tradycji kraju przyjmującego zbioru zasad, któremu podlegałoby funkcjonowanie całego społeczeństwa – nie należy tego, oczywiście, utożsamiać wprost z obowiązującymi przepisami prawa.
Wspominam podział zarysowany przez Scrutona, by stworzyć tło porównawcze dla zmian spowodowanych procesem globalizacji. W wyniku tego ostatniego – z jednej strony – doszło do swoistej syntezy obydwu koncepcji, ale też – z drugiej strony – jego efekty sugerują opisanie koncepcji trzeciej, zupełnie innej od dwóch pozostałych.
Rynek wszystkiego nie ułoży – rynek ułoży to co opłaca mu się ułożyć. Wspólne obiady w McDonaldzie czy porozumiewanie się przy pomocy Facebooka tworzą zredukowanego do paru z nieograniczonej ilości wymiarów „człowieka globalnego” – ani nie tego, który przyswoił kulturę kraju, do którego przybył, ani nie tego, który usiłuje narzucić kulturę własną. Formy życia „człowieka globalnego” nie niwelują różnic, skrywając je za parawanem określonych form i konwencji. Niestety, człowiek nie jest szklanym wieżowcem. A adekwatnie – na całe szczęście.
Jacek Tomczak
Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)











