Francja przed wyborami prezydenckimi w 2027 roku nie jest już krajem jednego politycznego centrum, jednej wspólnej opowieści i jednego języka społecznego awansu. To państwo głęboko podzielone między metropolie i peryferie, między zwycięzców globalizacji i tych, którzy uznali, iż zostali z niej wypchnięci. Właśnie tę Francję opisują od lat Jérôme Fourquet i Christophe Guilluy — pierwszy językiem archipelagu, drugi językiem wywłaszczenia.