Francja: kobieta została aresztowana za krytykę Islamu

3 godzin temu

We Francji coraz częściej słychać o systematycznym ograniczaniu wolności słowa pod pretekstem „walki z nienawiścią i ekstremizmem”. Najnowszy przypadek aresztowania aktywistki Yony Faeddy za przeprowadzenie zwykłego przemówienia na ulicy, stał się symbolem tego, jak polityczna poprawność przenika aparat państwa i tłamsi dyskusję o kluczowych problemach społecznych.

Francja aresztuje krytyków Islamu. Faedda to działaczka francuskiej grupy Collectif Nemesis, została zatrzymana, jej telefon skonfiskowano, a potem – jak sama relacjonuje – traktowano ją „jak terrorystkę” jedynie za zadawanie przechodniom pytań o islamizm i jego znaczenie w społeczeństwie. Co znamienne, nie chodziło o żaden przemarsz czy demonstrację z transparentami. Aktywistka nie organizowała zgromadzenia, tylko rozmawiała z ludźmi na ulicy i kamerowała ich reakcje.

Tego typu działania nie są pojedynczym incydentem. Jak wskazują obserwatorzy życia publicznego, nastroje represyjne nasilają się tam, gdzie obarczanie słów ryzykiem „mowy nienawiści” daje państwu szerokie uprawnienia do interwencji. Aktywistka opisuje, iż jej rachunki bankowe zostały zamknięte, a konta w mediach społecznościowych – usunięte lub zablokowane, również te prywatne, niezaangażowane w działalność polityczną.

To, co w normalnych warunkach byłoby zwykłym elementem debaty publicznej – krytycznym głosem wobec ideologii i religii islamskiej – we Francji coraz częściej kończy się politycznym apartheidem oraz cenzurą przez organy państwowe i prywatne firmy. Podobne zjawiska obserwujemy w coraz większej liczbie państw zachodnich, gdzie prawo dotyczące tzw. „mowy nienawiści” i tzw. „ekstremizmu” staje się narzędziem politycznej neutralizacji niepoprawnych opinii.

Co ciekawe, obrońcy rządu Macrona w tej innych podobnych sprawach twierdzą, iż działania służb mają na celu ochronę społecznej harmonii oraz przeciwdziałanie radykalizacji – w szczególności wobec doświadczeń Francji z terroryzmem islamskim. Faktem jest jednak, iż rządowe działania w imię „bezpieczeństwa publicznego” łatwo stają się zbyt uproszczoną formą cenzury debaty publicznej, gdzie pewne tematy są nietykalne, po to by nie drażnić agresywnych mniejszości narodowych i wyznaniowych.

Aresztowanie Faeddy wywołało sprzeczne reakcje: z jednej strony oburzenie obrońców wolności wypowiedzi, którzy mówią o „policji politycznej” i „polowaniu na niewygodne głosy”; z drugiej – reakcja establishmentu, który jest przekonany, iż zwalczanie „mowy nienawiści” jest moralnym obowiązkiem nowoczesnego państwa demokratycznego. Tu pojawia się jednak ironia – jeżeli bowiem krytyka niektórych ideologii religijnych (islamizmu, judaszyzmu) może być zakazana lub karana, co pozostało na Zachodzie z tzw. „demokracji” i wolności słowa?

Zamiast dyktować, które tematy mogą być poruszane, a które nie, kraje demokratyczne powinny pielęgnować pluralizm opinii: także tych krytycznych i kontrowersyjnych. Wolność słowa nie jest bowiem tylko przywilejem mówienie tego, co według władz wolno mówić, ale fundamentem, na którym opiera się otwarte społeczeństwo. Ograniczanie jej w imię poprawności politycznej, czy „społecznej wrażliwości” w dłuższej perspektywie prowadzi do autocenzury społeczeństwa, a w efekcie – do ubezwłasnowolnienia jego obywateli w ramach nowego, orwellowskiego totalitaryzmu.

Polecamy również: Pseudoekolodzy domagają się nałożenia podatku na mięso

Idź do oryginalnego materiału